W kieszeni u Chińczyka

W kieszeni u Chińczyka

Głód gotówki pcha firmy w objęcia Chińczyków, Rosjan i arabskich szejków
Prezes grupy finansowej Citigroup chwalił się gościowi postępami w nauce chińskiego. Członkowie zarządów gigantów bankowych Morgan Stanley i Merrill Lynch sami podawali szampana. W ukłonach giął się Stephen Schwarzman, twórca Blackstone, jednego z największych funduszy inwestycyjnych świata. Gościem był Gao Xiqing, szef państwowej Chińskiej Spółki Inwestycyjnej (CIC). Do wizyty Chińczyka na Wall Street doszło w grudniu 2007 r. Schwarzman krzyczał, że "wiara wstąpiła w Amerykę". I nic dziwnego, bo jego fundusz od CIC dostał 3 mld USD. Dobroczyńca wsparł też wiele innych zachodnich instytucji finansowych i koncernów. Gdy władze i tajne służby w USA i Europie stają na głowie, aby poddać kontroli i ograniczyć u siebie inwestycje kapitału powiązanego z rządami Chin, Rosji czy państw arabskich, firmy z ich krajów postępują odwrotnie. Bo gdy Zachód toczy kryzys finansowy i szefowie koncernów rozpaczliwie szukają gotówki, największe jej zasoby oferują niewygodne politycznie rządy. Również polski duży biznes zaczyna być napędzany chińskimi pieniędzmi. Ale to dopiero początek chińsko-rosyjsko-arabskiej inwazji na zachodnie rynki.

Duma i uprzedzenie
Tajemnicą sukcesu polskiej sieci komórkowej Play są chińskie pieniądze. Firma P4, operator tej sieci, powstała w niemałej części za pieniądze z kredytu od Chińskiego Banku Rozwoju (CDB) i przy wykorzystaniu sprzętu telekomunikacyjnego chińskiej firmy Huawei. Niedawno operator podpisał nową umowę z CDB, zwiększającą linię kredytową do rekordowych 640 mln euro. – Chińskie firmy są doskonałymi kontrahentami, elastycznymi i bardzo otwartymi. Zależy im na dobrych kontaktach z Zachodem – uważa Jacek Niewęgłowski, wiceprezes ds. strategii i rozwoju P4. Poza zastrzykiem gotówki i technologii Chińczycy wzięli na siebie poważną część ryzyka biznesowego (sprzęt dostarczyli na kredyt, który nie zaczął być spłacany, a już udzielili jeszcze większej pożyczki – wszystko to dla operatora, który właściwie dopiero rozkręca biznes).
– Czeka nas napływ ogromnego kapitału z Chin i Bliskiego Wschodu oraz przejęcia firm europejskich i amerykańskich – mówi Krzysztof Rybiński, były wiceprezes NBP, partner w Ernst & Young. Kryzys sektora finansowego na Zachodzie (niektórzy szacują łączne straty na 1,6 bln USD) stworzył Chińczykom, Rosjanom czy arabskim szejkom niepowtarzalną okazję. Ci, którzy jeszcze wczoraj odsyłali ich z kwitkiem, dziś błagają ich o pieniądze. Sprzedają im akcje swych firm, uzależniają się od pożyczek.
Tylko Centralny Bank Chin ma 1,7 bln USD rezerw (rosną w tempie 1,5 mld USD na dobę) i dopiero niedawno zaczął je inwestować za granicą. W 2007 r. Chińczycy przeprowadzili ponad 160 transakcji nabycia udziałów zagranicznych firm o łącznej wartości 25,7 mld USD. Tymczasem w pierwszym kwartale 2008 r. już przeprowadzili 63 takie transakcje warte ponad 26 mld USD. – Wartość rynku chińskich zakupów akcji i przejęć będzie się podwajała co roku – uważa Steven Wallace, szef działu fuzji i akwizycji na rynkach Azji i Pacyfiku w Citigroup.

Kropla po kropli
Niczym w chińskiej torturze wodnej – kropla po kropli tamtejszy kapitał drąży zachodnie rynki. Na zakupy wyruszyła wspomniana CIC, całkowicie zależna od chińskiego banku centralnego. Powstała w październiku 2007 r., na starcie otrzymując z państwowych rezerw 200 mld USD. W USA wsparła finansowo nie tylko Blackstone, lecz także bank Morgan Stanley (w grudniu za 5 mld USD kupiła 9,9 proc. jego akcji). Teraz prowadzi negocjacje z niemiecką grupą finansową Allianz w sprawie zakupu Dresdner Banku. „Inwestowanie w europejski sektor finansowy traktujemy poważnie i długoterminowo, ale nie mamy żadnego konkretnego planu" – zarzeka się Gao Xiqing.
– Choć Chińczycy mają mnóstwo wolnych zasobów, inwestują z dużą rozwagą i stosunkowo powoli. Zależy im na dobrym wizerunku, nie chcą być postrzegani jako finansowi kolonialiści – twierdzi John Gallagher, szef działu fuzji i przejęć azjatyckiego oddziału banku Credit Suisse. Jak ognia boją się przekroczenia pewnej granicy, po której zachodnim politykom zapali się czerwone światło i zaczną blokować takie inwestycje. Jest to tym ważniejsze, że lokują spory kapitał we wrażliwe sektory: bankowy, energetyczny, telekomunikacyjny. W maju 2008 r. za miliard dolarów CIC nabyła 1 proc. akcji brytyjskiego giganta naftowego BP, pół roku wcześniej ulokowała podobną sumę we francuskim Totalu. – Jeżeli ceny ropy nadal będą rosły, to możemy być pewni, że Chińczycy będą kupować kolejne akcje koncernów naftowych – twierdzi Victor Shum z firmy doradztwa energetycznego Purvin & Gertz. Uważa on, że te inwestycje nie mają politycznego znaczenia. Dopóki Chińczycy po kawałku nie przejmą pełnej kontroli nad którąś z zachodnich firm energetycznych.

Szejkowie w Disneylandzie
Jeszcze mocniej na rynki zachodnie wciska się kapitał z Zatoki Perskiej. W październiku 2007 r. nowy prezes Citigroup Robert Rubin już dwa dni po objęciu stanowiska wsiadł do samolotu i poleciał na Bliski Wschód. Wrócił z obiecanymi ponad 15 mld USD od państwowego Kuwejckiego Urzędu ds. Inwestycji oraz podobnej instytucji z Abu Zabi. Za te pieniądze arabskie fundusze staną się największymi akcjonariuszami grupy. Te same fundusze wcześniej kupiły 48 proc. akcji londyńskiej giełdy.
Sypiący petrodolarami szejkowie mają tę przewagę nad Chińczykami, że są nieco lepiej postrzegani przez władze USA czy państw unii. Zresztą wizja dostępu do pieniędzy, którymi dysponują, łamie opory. Według banku Standard Chartered, tylko prywatne fundusze inwestycyjne szejków zarządzają na świecie majątkiem wartym mniej więcej 1,5 bln USD. Dziś skupują dosłownie wszystko – od strategicznych firm po narodowe symbole zachodnich państw.
W 2006 r. arabska grupa Dubai Ports World, należąca do szejka Dubaju Mohammeda bin Rashida Al-Maktouma, kupiła za prawie 7 mld USD brytyjskiego operatora promów P&O i jednocześnie stała się trzecim największym na świecie operatorem promowo-portowym. W ciągu kolejnych miesięcy ten sam szejk przejął m.in. sieć 300 hoteli Travelodge w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Hiszpanii, londyńską firmę zarządzającą słynnym Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds i karuzelą London Eye, klub piłkarski FC Liverpool.
Szejk Abu Zabi Khalif bin Zayed al Nahayan kontroluje 17 proc. austriackiego koncernu paliwowego OMV, podczas gdy saudyjski książę Al-Waleed bin Talal Al Saud ma spore pakiety akcji takich gigantów amerykańskiej gospodarki, jak AOL, Apple Computers, Citigroup czy Motorola, oraz 25 proc. udziałów w paryskim Disneylandzie.

Rosjanie nadchodzą
Największe obawy wywołuje kapitał rosyjski. I nie chodzi tu wyłącznie o agresywne inwestycje Gazpromu. Kilka miesięcy temu Kreml powołał Narodowy Fundusz Majątkowy, podlegający ministrowi finansów Aleksiejowi Kudrinowi. Fundusz zaczyna działalność z 32,7 mld USD na koncie, ale specjaliści nie mają wątpliwości, że wkrótce może być nawet kilkakrotnie bogatszy. Na jego celowniku znajdą się wszystkie istotne spółki w USA i Europie, którym powinie się noga i zaczną rozglądać się za finansowym ratunkiem. Półtora roku temu kontrolowany przez Kreml bank VTB ujawnił, że zgromadził 5 proc. akcji paneuropejskiego koncernu lotniczo-zbrojeniowego EADS (m.in. właściciel Airbusa). Następnego dnia doradca rosyjskiego prezydenta ds. polityki zagranicznej Siergiej Prichodko wypalił, że Rosja może zwiększyć swój udział do 25 proc., co wystarczyłoby do zablokowania głównych decyzji w koncernie, który stworzyli Niemcy, Brytyjczycy i Francuzi. Nawet w przychylnym Moskwie Berlinie zaczęto przygotowywać projekt ustawy dającej rządowi prawo weta w wypadku inwestycji zagranicznych, które mogłyby narazić na szwank interes narodowy.
– Naturalne jest, że państwa chcą bronić swoich interesów narodowych, ale blokując napływ kapitału z Chin czy Bliskiego Wschodu, stają w obliczu silnego protekcjonizmu. Może się to zemścić na nich w przyszłości – uważa Krzysztof Rybiński. Zastrzyki gotówki ze Wschodu pozwalają rodzimym inwestorom przebrnąć przez kryzys finansowy; ratują przed upadkiem koncerny, których akcje mają w portfelach miliony przyszłych emerytów w USA czy Europie. Zwiększają też konkurencję na rynku, co jest korzystne dla klientów. Na przykład operator sieci Play za chińskie pieniądze chce zbudować najnowocześniejszą infrastrukturę mobilnego Internetu w Europie Środkowej, co zmusi innych dostawców sieci w Polsce do walki cenami i jakością.
Rządy po obu stronach Atlantyku na razie nie mają pomysłu, jak się odnieść do inwestycyjnego ataku. We wrześniu 2007 r. Komisja Europejska wydała tzw. dyrektywę wzajemności. Zakłada ona, że państwa spoza unii, które chcą inwestować na wspólnotowym rynku, muszą się odwzajemnić pełną swobodą dla firm unijnych u siebie. To ewidentny prztyczek dla Rosjan, Chińczyków i inwestorów arabskich. – Chodzi nam o inwestorów, którzy mogą się kierować innymi motywacjami niż ekonomiczne – mówi Ferran Tarradellas Espuny, rzecznik unijnego komisarza ds. energii.
Amerykanie już w 1975 r. utworzyli Komitet ds. Inwestycji Zagranicznych (CFIUS) – rządową agencję, która sprawdza, czy ewentualne przejęcia i fuzje nie stanowią zagrożenia dla interesu narodowego. W ostatnich latach ma on pełne ręce roboty. W marcu 2008 r. CFIUS zablokował przejęcie przez połączone siły chińskich Huawei i Bain Capital znanej firmy nowych technologii 3Com, która dostarcza rozwiązania sieciowe m.in. dla amerykańskich instytucji rządowych.

Otwarte wyspy
Wielka Brytania jest uważana za najprzychylniejsze na świecie miejsce dla kapitału z Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Wyspy przechwytują aż 20 proc. wszystkich chińskich inwestycji zagranicznych. Na co mogą sobie tam pozwolić inwestorzy z Dalekiego i Bliskiego Wschodu, pokazuje przykład banku Barclays. Rok temu Chiński Bank Rozwoju zainwestował w niego 3 mld USD. Kolejne inwestycje w tę brytyjską grupę finansową, szacowane łącznie na 4,5 mld USD, zapowiedziały wspólnie katarski fundusz Challenger oraz Katarski Urząd ds. Inwestycji. Jeżeli transakcja zostanie dopięta, to Chińczycy i Arabowie będą mieli wspólnie 15 proc. udziałów banku. Gdy giełdowi gracze w Londynie się o tym dowiedzieli, akcje banku wystrzeliły w górę o 6 proc.
– To znak, że zachodnie rynki finansowe zozumiały, że takie transakcje są potrzebne zarówno firmom z Europy i USA, jak i chińskim, rosyjskim czy arabskim. Tym pierwszym daje to możliwość pozyskania nowego kapitału, a drugim pozwala wypłynąć na międzynarodowe wody – uważa Richard Gibb z Merrill Lynch, który doradza m.in. Fortisowi. 

Największe zagraniczne inwestycje kapitału z Azji

Citigroup 25 mld $
Budżety jednej z największych instytucji finansowych świata zostały poważnie naruszone przez kryzys w USA. Ze wsparciem przyszły trzy narodowe spółki inwestycyjne z Kuwejtu, Singapuru i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Kuwejtczycy zainwestowali aż 10 mld USD, a pozostali po 7‑8 mld USD. Wspólnie Chińczycy i Arabowie mają ok. 15 proc. akcji Citigroup

P&O 6,8 mld $
Założony w 1837 r. największy w Europie operator promów, portów i terminali cargo został kupiony przez spółkę Dubai Ports, należącą do szejka Mohammeda bin Rashida al-Maktouma. Transakcję opiewającą na 6,8 mld USD chcieli zablokować Amerykanie, którzy skierowali sprawę do brytyjskiego Sądu Najwyższego. Ten jednak wydał zgodę na przejęcie.

UBS 11,4 mld $
Szwajcarski bank ma poważne kłopoty finansowe. 2007 rok zakończył startą w wysokości 18,4 mld USD i musiał szukać pomocy u azjatyckich inwestorów. W grudniu 2007 r. 8,8 proc. jego akcji kupiła za 9,75 mld USD Singapurska Spółka Inwestycyjna. Kolejne 1,6 proc. udziałów nabyły fundusze arabskie. Zapłaciły za nie 1,7 mld USD.

Fortis 6,5 mld $
W październiku 2007 roku chińska grupa ubezpieczeniowa Ping An kupiła 4,2 proc. udziałów w Fortisie za ponad 2,4 mld dol. Niedługo potem wydała kolejne 3,5 mld dol. na przejęcie 50 proc. udziałów w spółce Fortis Investment. W ubiegłym tygodniu firma rosyjskiego miliardera Sulejmana Kerimowa dała Fortisowi zastrzyk w postaci 630 mln USD.

Barclays 7,5 mld $
W lipcu 2007 r. Chiński Bank Rozwoju wyłożył 2,98 mld USD na zakup akcji brytyjskiego banku. Zaraz ponim 2 mld USD w tej instytucji ulokował holding Temasek z Singapuru. W czerwcu 2008 r. inwestycję w Barclays zapowiedział Katarski Urząd ds. Inwestycji oraz fundusz Challenger. Na akcje brytyjskiego banku wyłożą 4,5 mld USD banku.

IBM 1,2 mld $
W 2005 r. chińska spółka Lenovo kupiła za ponad 1,2 mld USD oddział IBM zajmujący się produkcją komputerów osobistych. Na transakcję musiał się zgodzić amerykański Komitet ds. Inwestycji Zagranicznych, który stwierdził, że może ona zagrozić interesom narodowym USA. Po kilku miesiącach przepychanek wydał jednak decyzję przychylną dla Lenovo.


Chiny w Polsce

Play
Dwa lata temu spółka P4, operator sieci komórkowej Play, pożyczyła od Chińskiego Banku Rozwoju 150 mln euro. Infrastrukturę sieciową dla operatora budowała chińska firma Huawei. Kilka tygodni temu umowę o współpracy i kredytową powiększono o 490 mln euro. Za te pieniądze Huawei pomoże Playowi zbudować sieć szerokopasmowego dostępu do Internetu.

Alchemia
Roman Karkosik, jeden z najbogatszych Polaków, chce kupić państwową Walcownię Rur Jedność (najdłuższa, niedokończona od ponad 25 lat inwestycja PRL). Tylko na jej wykończenie i uruchomienie produkcji potrzeba ok. 150 mln zł, dlatego należąca do Karkosika spółka Alchemia liczy na wsparcie ze strony chińskiego koncernu hutniczego TPCO, z którym podpisała już list intencyjny. Do przetargu o walcownię polsko-chiński sojusz stanie prawdopodobnie już w październiku 2008 r.

Okładka tygodnika WPROST: 29/2008
Więcej możesz przeczytać w 29/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0