Okiem Brytyjczyka - Niebezpieczne przejęcie

Okiem Brytyjczyka - Niebezpieczne przejęcie

W dawnych czasach KGB mógł przekupywać albo co najwyżej szantażować jakiegoś dziennikarza, aby przemycić nieco dezinformacji. Obecnie nie trzeba prowadzić infiltracji w zachodnich mediach. Wystarczy je kupić.
Jest dla mnie dość zrozumiałe, dlaczego Aleksandr Lebiediew, pod koniec lat 80. oddelegowany do radzieckiej ambasady w Londynie jako attaché do  spraw gospodarczych, zdecydował się kupić większościowy udział w  wielkonakładowej popołudniówce „Evening Standard". To  mało prawdopodobne, aby posiadanie wydawnictwa prasowego w Wielkiej Brytanii przyniosło fortunę. Umożliwia jednak kontakty z  przedstawicielami elit kulturalnych, społecznych i politycznych oraz  daje możliwość wywierania na nich wpływu. W pewnej mierze chroni także przed krytyką w innych mediach. Redaktorzy brytyjscy przestrzegają niepisanego układu – nie napuszczają swoich śledczych na kolegów z  branży. Gdyby jakaś znana dynastia brytyjskich potentatów prasowych dorobiła się na prostytucji, członkowie innej popierali nazistów, a  redaktor trzeciej słynnej gazety był drapieżcą seksualnym (przykłady mogą, ale nie muszą być autentyczne), prawdopodobieństwo publikacji materiałów o tych sprawach w konkurencyjnym piśmie byłoby nikłe. Z pewnego powodu jednak niepokoi mnie przejęcie „Evening Standard" przez Lebiediewa (i to, że być może przejmie też „The Independent", który boryka się z poważnymi problemami). Szkolony na początku lat 80. w  Instytucie Czerwonego Sztandaru, jak zdobywać tajne informacje i  wywierać wpływ na przedstawicieli najwyższych kręgów brytyjskiego establishmentu, teraz sam do tych elit należy. Trzeba zaznaczyć, że  Lebiediew nie należy do lojalnych stronników Putina. Jest współwłaścicielem „Nowej Gaziety”, odważnego pisma, w którym niedawno opublikowano fascynujące wyniki badań firm i majątków członków rodziny Putina (czy ktoś słyszał kiedyś o jego kuzynach, na przykład o Igorze Putinie albo Michaile?). Na tle Putinów amerykański klan Bushów wydaje się grupą amatorów.

Osobiście nic do Lebiediewa nie mam. Wielokrotnie spotykałem go w  Moskwie. To urzekający, skromny i wnikliwy człowiek. Nie tylko w  rozmowach prywatnych, lecz także publicznie krytykuje autorytarne zapędy i szowinizm rosyjskich władz. Jest więc znacznie odważniejszy od pewnych rosyjskich oligarchów, którzy niezadowolenie wyrażają po cichutku, kiedy niczym to nie grozi.

Moje obawy w pewnym stopniu wynikają z głębokiej niechęci do weteranów KGB, choćby bardzo ogładzonych. Lebiediew ostro występuje przeciwko wszelkim próbom porównywania elitarnego wywiadu zagranicznego, w którym pracował, z przerażającą radziecką bezpieką. W moim przekonaniu to nieco bałamutne. Być może nie należy być aż  tak drobiazgowym i dogmatycznym. Nikt jednak nie może być pewny, że  obecne wrogie nastawienie Lebiediewa wobec Kremla jest całkowicie szczere i się nie zmieni. Nie można wykluczyć, że Kreml chce mieć kilku zamożnych i wpływowych „koncesjonowanych krytyków". Dzięki nim władze znałyby zamierzenia opozycji, a poza tym zwracano by mniejszą uwagę na  autentycznych opozycjonistów. Trzeba też pamiętać, że Lebiediew działa również na rosyjskich rynkach. Można się więc obawiać, że kiedyś będzie się na niego skutecznie wywierać presję, być może nakłaniając do  odstąpienia udziałów w brytyjskich mediach innemu Rosjaninowi, stwarzającemu większe zagrożenie. Jedyną osobą, która może temu zapo- biec, jest lord Peter Mandelson, minister ds. biznesu. Ale Mandelson przyjaźni się z Olegiem Dieripaską, kontrowersyjnym rosyjskim magnatem. Lord Mandelson zapewnia, że nie ma tajemnic, i twierdzi, że jego życie prywatne nie ma tu nic do rzeczy. Kiedy jednak polityk dbający o własny wizerunek przyjaźni się z oligarchą, który nie może się udać do USA, bo  FBI nie akceptuje jego metod biznesowych, niektórym może się to wydać dziwne.

Edward Lucas
Brytyjski dziennikarz i publicysta. korespondent "The Economist" w Europie Środkowej i Wschodniej

Okładka tygodnika WPROST: 7/2009
Więcej możesz przeczytać w 7/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także