Dlaczego koalicja pokochała opozycję

Dlaczego koalicja pokochała opozycję

Miłość w czasach kryzysu – tak najkrócej można określić to, co się będzie działo w polskiej polityce. Donald Tusk i Jarosław Kaczyński będą się do siebie uśmiechać i umizgiwać, a prezydent i rząd zaczną przypominać stare dobre małżeństwo. Trochę zrzędliwe, trochę uszczypliwe, ale tak naprawdę na siebie skazane. Ten teatr jest oczywiście robiony na pokaz, ale cała trójka będzie mieć z tego wymierne korzyści.
Gdyby uczuciowe życie Dody było od początku do końca udane, ludzie dawno by się nim znużyli. Tak jak nużą się innymi gwiazdami. Najpierw pojawia się ekscytacja, potem przesyt, a całość wieńczy kultowa konstatacja: „Nuda. Nic się nie dzieje, proszę pana". Ale  z Dodą jest inaczej. Jej związku nie da się tak łatwo przetrawić i  wypluć. Doda i jej Radzio na zmianę się kochają, porzucają, zdradzają i  godzą. Dzięki temu ich miłosne perypetie są niekończącym się źródłem rozrywki. W polityce, która dziś przypomina popkulturę, jest podobnie. Żeby być w grze, trzeba kombinować. I tak jak w show-biznesie tej zasady nauczyli się Doda i Radzio, tak w polityce lekcję odrobiły tylko dwie partie – PiS i PO.
U schyłku rządów SLD Polacy chcieli odmiany, więc Tusk i Kaczyński zgodnie trzymali sztamę. Kiedy Leszek Miller zniknął, a  Polska stała się krainą szczęśliwości, nastał kaczyzm i wyborcy zażądali igrzysk. Dostali to, czego chcieli: wojnę na górze, o jakiej im się wcześniej nie śniło. Gdy przyszedł kryzys, konfl ikt stał się niestrawny i Polacy zażądali ogólnonarodowej zgody. I jak łatwo się domyślić, dostaną ją od tych, którzy dopiero co zamachiwali się na siebie siekierami. I tu żarty się kończą, a zaczyna walka o polityczne przetrwanie. Bo o ile za czasów PiS i w pierwszym roku rządów PO uprawianie polityki mogło być dla Tuska i Kaczyńskiego czymś w rodzaju beztroskiej zabawy, o tyle teraz sytuacja robi się groźna. Dziś nikt nie  wie, jak głęboki będzie kryzys. Bo czy Tusk może być pewien, że  bezrobocie w Polsce nie poszybuje znowu do 20 proc., a ludzie nie zaczną wychodzić na ulice? Raczej nie. A czy ma gwarancję, że wyborcy pozostaną wierni jego partii? Z pewnością nie.
„Wprost" ustalił, że Donald Tusk zaczyna myśleć o ucieczce do przodu, czyli o zaproponowaniu wszystkim partiom, od PiS do SLD, wielkiej koalicji. To scenariusz nie na dziś, ale na jutro. Na czas przed wyborami prezydenckimi. Premier Tusk bardzo obawia się kryzysu. Z jednej strony wie, że nie ma na niego realnego wpływu, a z drugiej – zdaje sobie sprawę, że to on będzie ponosił odpowiedzialność w oczach wyborców. – Dlatego jedynym wyjściem jest nawoływanie do ponadpartyjnego porozumienia i rozłożenie odpowiedzialności na wszystkie partie. Tak aby frustracja społeczeństwa nie skanalizowała się wyłącznie na nas – przekonuje jeden z bliskich współpracowników Tuska.
Z informacji „Wprost" wynika, że premier Tusk już nawet sondował w tej sprawie Lecha Kaczyńskiego. – Premier rzucił ten pomysł dwa miesiące temu podczas jednej z rozmów z prezydentem. Potraktowaliśmy to wtedy bardziej jako intelektualną prowokację niż prawdziwą propozycję, ale kto wie – mówi „Wprost" jeden z najbardziej zaufanych współpracowników głowy państwa. Swoistym potwierdzeniem tego faktu jest ostatnia deklaracja szefa Kancelarii Prezydenta Piotra Kownackiego w „Dzienniku”: „Lech Kaczyńśki chciałby być patronem porozumienia PO i PiS w sprawie zwalczania skutków kryzysu”. Pod względem wizerun- kowym rola mediatora między obu partiami byłaby dla Kaczyńskiego idealna. Pozwoliłaby mu na zdystansowanie się od partii swojego brata i  wejście w buty, które tak dobrze służyły Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. W  buty prezydenta wszystkich Polaków. To prawda, obecnie plan stworzenia wielkiej koalicji brzmi surrealistycznie i wszystkie opowieści na temat jej projekcji w spokojnych czasach należałoby potraktować jak spekulacje sfrustrowanych polityków. A wiara, że platforma pozwoli Kaczyńskiemu odgrywać rolę ponadpartyjnego arbitra, jest szczytem naiwności. To  wszystko prawda, ale scenariusz, w którym Tusk proponuje swoim dotychczasowym wrogom zawieszenie broni na czas kryzysu i ustalenie wspólnego planu ratunkowego, nie brzmi już tak egzotycznie. Oferta porozumienia ponad podziałami idealnie pasuje przecież do stylu Tuska. –  Mimo wszystko w to nie wierzę. To jest szyte zbyt grubymi nićmi i ludzie szybko by się zorientowali, że to zwykła zagrywka pod publikę –  powątpiewa jeden z członków zarządu PO. Czy polityk PO ma rację? Sięgnijmy do wypowiedzi sprzed ostatnich wyborów parlamentarnych. „Koalicja wielkiej szansy jest nam potrzebna, bo to bardzo ważny czas w historii Polski. Doczekamy cudu gospodarczego, jeśli zamiast upokarzania się nawzajem znajdziemy sposób porozumiewania się. Przecież autostrada i szpital nie mają legitymacji partyjnej” –  apelował wówczas Tusk. Te słowa padły zaledwie jedenaście dni przed wyborami.

Jeśli szef platformy był w stanie wysunąć propozycję wielkiej koalicji, gdy temperaturę politycznego sporu wyznaczały wypowiedzi o dorzynaniu watahy i zamienianiu się miejscami z ZOMO, to równie dobrze mógłby to  zrobić teraz. Tym bardziej że  skorzystałyby na tym wszystkie strony porozumienia. Wyobraźmy sobie, że  Tusk i bracia Kaczyńscy uzgadniają kompromisowy katalog antykryzysowych ustaw. Nie jest to żadna wielka koalicja, ale zwyczajne szukanie punktów stycznych i spisanie wspólnego planu ratunkowego. Platforma zyskałaby w  ten sposób dwa zderzaki w postaci prezydenta i PiS. W razie społecznego niezadowolenia Tusk mógłby się podzielić odpowiedzialnością z  Kaczyńskimi. Prezydent wreszcie miałby szansę zerwania z wizerunkiem zawalidrogi, który wetuje na potęgę i nie pozwala rządzić. Z kolei Jarosław Kaczyński udowodniłby, że nawet nie mając konta w banku, może być traktowany przez Tuska jako partner do rozmów o gospodarce. No i  najważniejsze, pokazałby się jako człowiek skłonny do porozumienia. Z  pewnością zachęcać go do tego może reakcja mediów na pokojowe przemówienie na kongresie PiS oraz tournée po omijanych dotychczas telewizjach i radiostacjach. Efekt tej zmiany jest wstrząsający. Podliftingowany Kaczyński zaczął zbierać u dziennikarzy świetne recenzje. Można śmiało powiedzieć, że szef PiS już dziś ma prasę niemal tak dobrą jak Tusk, nieco osłabiony chaosem ostatnich miesięcy. Okazuje się więc, że do  zdobycia przychylności mediów wystarczyło kilka razy ugryźć się w język, powiedzieć „przepraszam", nie dać się sprowokować Tomaszowi Lisowi i  Monice Olejnik oraz wymyślić średnio oryginalny bon mot o wyższości pokoju nad wojną.

Zadziałał efekt świeżości: uśmiechnięty i uczesany Kaczyński z poszetką w kieszonce marynarki jest dla mediów czymś nowym, a więc atrakcyjnym. Na tej samej zasadzie dla brukowców atrakcyjne jest pojednanie Dody z  Radziem po kilku miesiącach separacji. Faktem jest jednak, że polityczna odwilż następuje też realnie. Szczególnie da się ją odczuć w relacjach między Pałacem Prezydenckim a  rządem. Zakopany został nawet najostrzejszy wojenny topór. Z ustaleń „Wprost" wynika bowiem, że Lech Kaczyński pogodził się z Radosławem Sikorskim. Do tego pojednania doszło trzy tygodnie temu podczas spotkania prezydenta z korpusem dyplomatycznym. Po zakończeniu oficjalnej części uroczystości prezydent zaprosił szefa MSZ na rozmowę do Ogrodu Zimowego. Mimo wiejącej chłodem nazwy i ascetycznego wystroju wnętrza atmosfera tej ponadgodzinnej rozmowy była ciepła. Obaj politycy sporo żartowali i wspominali. Nie obyło się także bez drobnych uszczypliwości. Najważniejsze jednak, że prezydent znowu zaczął się zwracać do Sikorskiego po imieniu, co wcześniej było rzadkością. W  porównaniu z lipcową rozmową w sprawie tarczy antyrakietowej, podczas której padło słynne pytanie: „Czy zna pan Rona Asmusa?", to prawdziwy przełom. Co ciekawe, Sikorski starał się zwracać do prezydenta bezosobowo. – Czyli ani na ty, ani na pan. Trzeba jednak pamiętać, że  gdy minister jest wzburzony, to mówi „panie prezydencie”, więc nie jest źle. Zresztą ta rozmowa w ogóle była dziwna. Taka siedząco-chodzona. Prezydent i minister co chwila wstawali i chodzili po sali – opowiada współpracownik szefa MSZ. Ocieplenie ma bardzo konkretny powód. Chodzi o  ambasadorskie nominacje. W 2009 r. kończy się bowiem kadencja wielu ambasadorów pracujących w krajach byłego ZSRR: w Rosji, na Ukrainie, Litwie, Łotwie, w Armenii, Kazachstanie i Azerbejdżanie. A wiadomo, że  Lech Kaczyński przywiązuje szczególną wagę do polityki wschodniej i z pewnością nie będzie bezwarunkowo podpisywać wszystkich nominacji proponowanych przez resort. – Prezydent liczy na konsultacje w sprawie tych placówek – potwierdza w rozmowie z „Wprost” Piotr Kownacki. W tych negocjacjach jednak i Sikorski ma mocną kartę przetargową. Prezydent zabiega o nominację na ambasadora dla byłej szefowej MSZ Anny Fotygi. Z  naszych informacji wynika, że Kaczyński najchętniej widziałby ją w  Kijowie, ale na tę placówkę Sikorski podobno ma innego kandydata. – To  będzie polityczny ambasador, ale nie Foti – mówi urzędnik MSZ. W tej sytuacji gra toczy się o dwa miejsca: Wilno i ONZ. – Jesteśmy na dobrej drodze – zdradza jeden ze współpracowników prezydenta. – Wbrew pozorom bardziej prawdopodobne jest wysłanie jej na placówkę przy ONZ. Teoretycznie jest to miejsce bardziej prestiżowe, ale Sikorski traktuje ONZ po macoszemu. A Wilno to co innego. Niby mały kraj, ale tam jest realna polityka – dodaje nasz rozmówca z MSZ. Kaczyński z pewnością będzie chciał mieć także wpływ na obsadę placówki w Moskwie. – Mamy wstępną, ale mocną kandydaturę. Facet o znanym nazwisku, kilka razy ocierał się o politykę, jest związany z organizacjami pozarządowymi. Myślę, że prezydent go zaakceptuje – mówi współpracownik Sikorskiego. Poprawę w stosunkach dużego pałacu z MSZ dostrzegają także posłowie z  sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. – Wydaje się, że obie instytucje znalazły formułę współpracy – mówi Paweł Zalewski, poseł niezrzeszony. –  Rzeczywiście, wygląda na to, że uzgodnienia przebiegają sprawnie –  dodaje szef tej komisji Krzysztof Lisek z PO. Zaskakująco dobrze układają się relacje prezydenckiego obozu z MON. Paradoksalnie do największych spięć między Lechem Kaczyńskim a Bogdanem Klichem dochodziło w czasie, gdy na czele BBN stał koncyliacyjny Władysław Stasiak. Jego łagodność jest tak słynna, że poseł PO Jarosław Gowin żartuje, iż szczytem agresji u Stasiaka jest zwracanie się „pani dobrodziejko” do Beaty Michniewicz, gospodyni sobotniego „Salonu politycznego” w radiowej Trójce. Kiedy kilka tygodni temu do BBN przychodził Aleksander Szczygło, wszy- scy byli przekonani, że Klich będzie teraz obrywać od prezydenta raz za  razem. Te przewidywania były zresztą w dużej mierze uzasadnione, bo  głównym powodem odejścia Stasiaka była właśnie zbytnia wyrozumiałość wobec rządu. – Szczygło jest ostry. Jak Klich dostanie od niego fangę, to od razu będzie spokój – zacierał ręce jeszcze niedawno jeden z posłów PiS. Te przepowiednie się jednak nie sprawdziły. Okazuje się bowiem, że  szorstki Szczygło dogaduje się z Klichem lepiej niż „okrągły" Stasiak. I  to mimo początkowych złośliwości. Kiedy Szczygło wchodził do BBN, Klich oskarżył go o upartyjnianie wojska. Pierwszy sygnał do zawieszenia broni pojawił się jednak już w dniu nominacji. „Moje drugie imię to  koncyliacja. Nikt mnie nie prześcignie w budowaniu dobrych relacji z  panem ministrem Klichem” – wypalił wówczas Szczygło, parafrazując dawne słowa Sikorskiego o prezydencie. Co prawda, nie powstrzymał się przy tym od ironicznego uśmieszku, ale podobno miał dobre chęci. – Dzień przed nominacją mówił mi, że wymyślił coś pokojowego – opowiada jeden z jego współpracowników. Na te słowa ponoć wpadł, jeżdżąc na rowerze. Kolejny krok ku zgodzie Klich zrobił podczas uroczystości rocznicowych związanych z katastrofą Casy w Mirosławcu. Po oficjalnej części szefowie MON i BBN wraz z generalicją udali się do saloniku. Szczygło od razu wyjął paczkę papierosów i powiedział, że idzie zapalić do pokoju obok. „A poczęstuje mnie pan? Też chętnie zapalę” – niespodziewanie odezwał się Klich. „Oczywiście” – odpowiedział Szczygło. To właśnie wtedy puściły pierwsze lody. A trzeba wiedzieć, że wypalenie papierosa było dla Klicha nie lada poświęceniem. Bo szef MON jest niepalący. Później było już tylko lepiej. Obaj politycy doszli do porozumienia w  sprawie wyboru nowego szefa Sztabu Generalnego, którym prawdopodobnie pozostanie gen. Franciszek Gągor. To tym bardziej ważne, że konflikt w  tej sprawie tlił się między dużym pałacem a MON od pół roku. Później politycy PO i PiS mogli przecierać oczy ze zdumienia jeszcze dwukrotnie. Po raz pierwszy, gdy Szczygło wziął Klicha w obronę podczas finansowych cięć w MON. I po raz drugi, gdy przeprosił w „Kropce nad i” Sikorskiego za nazwanie go zdrajcą. Co ciekawe, Szczygło ma dobre relacje także z  Grzegorzem Schetyną. Podobno to dlatego BBN wziął na siebie trudne konsultacje z MSWiA w sprawie emerytur mundurowych. Niezłą atmosferę między Schetyną i Szczygłą dobrze obrazują dwie anegdoty. – Któregoś dnia Szczygło zadzwonił do Schetyny i powiedział, że chciałby dostać założenia do naszego projektu – opowiada jeden z urzędników MSWiA. Co w  tym nadzwyczajnego? Dotychczas, gdy Kancelaria Prezydenta chciała jakichś rządowych materiałów, wysyłała oficjalne pismo. – A Szczygło najpierw zadzwonił, grzecznie poprosił i dopiero potem wysłał papier. Wbrew pozorom takie drobiazgi są ważne – tłumaczy nasz rozmówca. Chemia działa w obie strony. Można się było o tym przekonać kilka tygodni temu, gdy Szczygło jako gość brał udział w posiedzeniu rządu. – Grzesiek cały czas go zaczepiał. Uśmiechał się, machał i gestykulował. Zresztą oni do  siebie pasują. Obaj mają oschły sposób bycia, ale przy tym dają się lubić – opowiada jeden z ministrów, który obserwował zachowanie obu polityków. Podobnie jak w wypadku relacji z Sikorskim, odwilż przekłada się na konkrety. Główne założenie projektu MSWiA to wydłużenie okresu służby funkcjonariuszom mundurowym z 15 do 25 lat. Kancelaria Prezydenta uważa tę zmianę za zbyt drastyczną. Prawdopodobnie obie strony spotkają się w połowie drogi i stanie na 20 latach. – Zdaje się, że jest to  rozwiązanie stosowane w większości krajów NATO – przyznaje Piotr Kownacki. Kompromis miedzy prezydentem a rządem jest możliwy także w  sprawie innego sztandarowego pomysłu PO, czyli zmiany sposobu finansowania partii. – Całkowita rezygnacja z finansowania budżetowego nie wchodzi w grę, bo to otwiera drogę do korupcji. Prezydent nie mówi jednak „nie” ograniczeniu skali tych subwencji oraz zmianom w sposobie wydawania pieniędzy. Jest tu pewne pole do dyskusji – mówi „Wprost" Piotr Kownacki. Trzeba pamiętać, że eksplozja miłości ze strony PO, PiS i prezydenta bardziej wynika z marketingowej potrzeby zmiany wizerunku niż  autentycznej metamorfozy któregokolwiek z polityków. Dość dobrze można to uchwycić, oglądając najnowszy spot PiS. W  jego ostatniej scenie wyluzowany Jarosław Kaczyński deklaruje: „Jesteśmy gotowi do współpracy, aby Polska powróciła na drogę szybkiego rozwoju”. Zaraz po tym na ekranie pojawia się jednak wybite tłustym drukiem hasło: „Czyny, nie cuda”, szydzące z hasła platformy. To tak, jakby szef PiS najpierw wyciągnął do Tuska rękę na zgodę, a potem złośliwie kopnął go w  kostkę. A jak mawiał francuski poeta Alfred de Musset, fałszywa miłość jest gorsza niż prawdziwa nienawiść. Historia trudnej miłości 2001 – w styczniu powstaje Platforma Obywatelska, w czerwcu – Prawo i Sprawiedliwość 20 czerwca 2002 – obie partie zawierają koalicję w wyborach samorządowych do sejmików województw 10 stycznia 2003 – 5 kwietnia 2004 – okres współpracy Jana Rokity i Zbigniewa Ziobry w komisji śledczej ds. afery Rywina; obaj posłowie organizują wspólne konferencje, a ich kluby zgodnie głosują za przyjęciem napisanego przez Ziobrę raportu z prac komisji 1 stycznia 2005 – 25 września 2005 – PO i PiS szykują się do wspólnej koalicji, a Jan Rokita jest na  billboardach reklamowany jako „premier z Krakowa” 23 października 2005 – Lech Kaczyński zwycięża w wyborach prezydenckich; nadzieje na PO-PiS maleją 30 października 2005 – abp Tadeusz Gocłowski organizuje spotkanie ostatniej szansy, m.in. Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska; brak zgody PiS, by szefem MSWiA został Rokita, oznacza koniec marzeń o PO-PiS Styczeń 2006 – PO odrzuca ofertę Jarosława Kaczyńskiego, który proponuje powołanie Bloku Naprawy Państwa, czyli koalicji wszystkich partii poza SLD; PiS rozpoczyna współpracę z  Samoobroną i LPR; zaczyna się polityczna wojna Tuska z Kaczyńskim Jesień 2007 – posłowie decydują o  skróceniu kadencji Sejmu; podczas brutalnej kampanii wyborczej politycy PO i PiS wyzywają się od zdrajców i nawołują do dorzynania przeciwników 1 października 2007 – trzy tygodnie przed wyborami dochodzi do zatrzymania posłanki PO Beaty Sawickiej przez CBA, którym kieruje były polityk PiS Mariusz Kamiński 2008 – rządy koalicji PO-PSL; mimo deklaracji Tuska o prowadzeniu polityki miłości, PO i PiS są w stanie wojny 14 października 2008 – apogeum konfliktu; między Donaldem Tuskiem a Lechem Kaczyńskim dochodzi do wojny o samolot na szczyt UE w Brukseli 1 lutego 2009 – początek końca wojny PiS i  PO; Jarosław Kaczyński podczas kongresu swojej partii odcina się od  koalicji z Samoobroną i LPR oraz nawołuje do pokoju Niemcy Wielka koalicja ma najdłuższą tradycję u naszych zachodnich sąsiadów. W  ten sposób nazywa się tam porozumienie chadeków i socjaldemokratów. Pierwsza wielka koalicja powstała w 1963 r., druga – w 2005 r. i do dziś trwa pod przewodnictwem Angeli Merkel. Francja Prezydent Nicolas Sarkozy, tworząc rząd, wyszedł poza ramy swojego ugrupowania. Ten prawicowy polityk gwiazdami powstałego pod jego patronatem gabinetu uczynił ikonę lewicy Bernarda Kouchnera (minister spraw zagranicznych) i centrystę Hervé Morina (szef resortu obrony). Austria Najbardziej egzotyczne alianse mają na swoim koncie austriaccy chadecy, którzy przez kilkanaście lat byli w koalicji z socjaldemokratami. Jej żywot dobiegł końca w 1999 r., kiedy prawica zawarła sojusz z  populistami Jörga Haidera. Dwa miesiące temu chadecy po raz kolejny wrócili do koalicji z socjaldemokratami. Stany Zjednoczone Podobnie jak Sarkozy postąpił prezydent USA Barack Obama, który do swojego gabinetu powołał m.in. Roberta Gatesa, czołowego przedstawiciela administracji George’a Busha. „Gabinet Obamy swoją różnorodnością przypomina reklamę firmy Benetton” – skonkludował Chris Matthews, dziennikarz telewizji MSNBC.

Historia trudnej miłości

2001 – w styczniu powstaje Platforma nObywatelska, w czerwcu – Prawo i Sprawiedliwość

20 czerwca 2002 – obie partie zawierają koalicję w wyborach samorządowych do sejmików województw

10 stycznia 2003 – 5 kwietnia 2004 – okres współpracy Jana Rokity i Zbigniewa Ziobry w komisji śledczej ds. afery Rywina; obaj posłowie organizują wspólne konferencje, a ich kluby zgodnie głosują za przyjęciem napisanego przez Ziobrę raportu z prac komisji

1 stycznia 2005 – 25 września 2005 – PO i PiS szykują się do wspólnej koalicji, a Jan Rokita jest na billboardach reklamowany jako „premier z Krakowa"

23 października 2005 – Lech Kaczyński zwycięża w wyborach prezydenckich; nadzieje na PO-PiS maleją

30 października 2005 – abp Tadeusz Gocłowski organizuje spotkanie ostatniej szansy, m.in. Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska; brak zgody PiS, by szefem MSWiA został Rokita, oznacza koniec marzeń o PO-PiS

Styczeń 2006 – PO odrzuca ofertę Jarosława Kaczyńskiego, który proponuje powołanie Bloku Naprawy Państwa, czyli koalicji wszystkich partii poza SLD; PiS rozpoczyna współpracę z Samoobroną i LPR; zaczyna się polityczna wojna Tuska z Kaczyńskim

Jesień 2007 – posłowie decydują o skróceniu kadencji Sejmu; podczas brutalnej kampanii wyborczej politycy PO i PiS wyzywają się od zdrajców i nawołują do dorzynania przeciwników

1 października 2007 – trzy tygodnie przed wyborami dochodzi do zatrzymania posłanki PO Beaty Sawickiej przez CBA, którym kieruje były polityk PiS Mariusz Kamiński

2008 – rządy koalicji PO-PSL; mimo deklaracji Tuska o prowadzeniu polityki miłości, PO i PiS są w stanie wojny

14 października 2008 – apogeum konfliktu; między Donaldem Tuskiem a Lechem Kaczyńskim dochodzi do wojny o samolot na szczyt UE w Brukseli

1 lutego 2009 – początek końca wojny PiS i PO; Jarosław Kaczyński podczas kongresu swojej partii odcina się od koalicji z Samoobroną i LPR oraz nawołuje do pokoj 

Fronty Jedności Narodu

Niemcy
Wielka koalicja ma najdłuższą tradycję u naszych zachodnich sąsiadów. W ten sposób nazywa się tam porozumienie chadeków i socjaldemokratów. Pierwsza wielka koalicja powstała w 1963 r., druga – w 2005 r. i do dziś trwa pod przewodnictwem Angeli Merkel.

Francja
Prezydent Nicolas Sarkozy, tworząc rząd, wyszedł poza ramy swojego ugrupowania. Ten prawicowy polityk gwiazdami powstałego pod jego patronatem gabinetu uczynił ikonę lewicy Bernarda Kouchnera (minister spraw zagranicznych) i centrystę Hervé Morina (szef resortu obrony).

Austria
Najbardziej egzotyczne alianse mają na swoim koncie austriaccy chadecy, którzy przez kilkanaście lat byli w koalicji z socjaldemokratami. Jej żywot dobiegł końca w 1999 r., kiedy prawica zawarła sojusz z populistami Jörga Haidera. Dwa miesiące temu chadecy po raz kolejny wrócili do koalicji z socjaldemokratami.

Stany Zjednoczone
Podobnie jak Sarkozy postąpił prezydent USA Barack Obama, który do swojego gabinetu powołał m.in. Roberta Gatesa, czołowego przedstawiciela administracji George’a Busha. „Gabinet Obamy swoją różnorodnością przypomina reklamę firmy Benetton" – skonkludował Chris Matthews, dziennikarz telewizji MSNBC.

Okładka tygodnika WPROST: 8/2009
Więcej możesz przeczytać w 8/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 3
  • gargamel IP
    ale pięknie całuje Donek! mniam,mniam, ja też bym chciał od niego dostać tak czuły pocałunek
    • ed IP
      Potwierdzam opinię, okładka niesmaczna, to miało być \"na wesoło\"? tfu! Kaczyński powinien się obrazić. Lepszy byłby pocałunek z schetyną a hiciorem z sikorem.
      • mojVOX IP
        Okladka obrzydliwa i zupelnie bez sensu. Niesmaczne i  nieuzasadnione.

        Czytaj także