Dobrzy terroryści

Dobrzy terroryści

Terroryści, i to nawet islamscy, coraz częściej stają się literackimi bohaterami pozytywnymi. Ich nienawiść do cywilizacji Zachodu jest bowiem podzielana przez wielu wybitnych pisarzy. Także noblistów.
Terroryści w literaturze zawsze budzili grozę i niechęć, nawet jeśli przykrytą nieco przez ironię. Dobrze było to widoczne w „Człowieku, który był czwartkiem" Gilberta Keitha Chestertona. Piotr Wierchowieński z „Biesów" Fiodora Dostojewskiego to postać zdecydowanie antypatyczna, a nawet budząca obrzydzenie. Mikołaj Stawrogin dla odmiany budzi raczej pogardę i współczucie. A jedyne sympatyczne postacie wśród rewolucjonistów to ci, którzy – jak Szatow –  odnaleźli miłość do ojczyzny i kobiety. Nie inaczej jest u Josepha Conrada. Haldin z powieści „W oczach Zachodu" jest groźnym szaleńcem, prowadzącym całą cywilizację ku przepaści.

Negatywne nastawienie głównego nurtu kultury do terroryzmu jest już przeszłością. I nie chodzi tylko o popkulturowe obnoszenie się z  koszulkami z symbolami terrorystów spod znaku Frakcji Czerwonej Armii czy Che Guevary ani o gloryfi kujące ich fi lmy, ale także o tzw. kulturę wysoką. Nobliści czy inni wybitni literaci podchodzą coraz częściej do terrorystów (nie tylko czerwonych, ale nawet islamskich) z dużą dozą sympatii. Dostrzegają w  nich bystrych ludzi, którzy trafnie odczytując schorzenia zachodniej cywilizacji, być może wybrali jedynie błędne metody walki.
John Updike (zmarły niedawno amerykański pisarz) ustami jednego z  bohaterów „Terrorysty" przyznaje rację Sajjidowi Kutbowi, głównemu ideologowi islamskiego fundamentalizmu. „Ma sporo racji, co do Ameryki. Inne rasy i seks – tego się boimy. Gdy stracisz siły, Ameryka ma  niewiele do zaoferowania. Nie pozwala ci nawet umrzeć, szpitale doją kasę tak długo od państwa, jak się tylko da. Firmy farmaceutyczne zmieniły lekarzy w oszustów" – oznajmia Jack Levy swemu uczniowi, który właśnie zamierza zamordować setki niewinnych ludzi. Nie oznacza to  poparcia dla takich działań. Ale powodem owego braku jest nie tyle niezgoda na islamistyczną diagnozę rzeczywistości („ci szaleni Arabowie mają rację – hedonizm, nihilizm to wszystko, co mamy do zaoferowania" –  stwierdza Levy), ile chęć darowania życia innym.
Tytułowy terrorysta też jest postacią budzącą szczerą sympatię. Porzucony przez ojca i  nieakceptujący matki poszukującej wciąż nowych kochanków chłopak odnalazł w Bogu islamu zagubionego ojca, a jasne wskazania religii pomogły mu się odnaleźć w brudnym, złym i pozbawionym wszelkich wartości (tak przedstawia go Updike) „amerykańskim śnie". Terroryzm zaś nie  został wybrany przez niego samego, ale podpowiedziany mu przez agentów CIA udających przyjaciół i szczerych muzułmanów. Terrorysta przemienia się w miłego chłopaka, który zostaje wrobiony w zbrodnię.
Subtelniejsza w swoich analizach jest noblistka Doris Lessing. Zaszczepiona młodzieńczą fascynacją komunizmem z pewną dozą sceptycyzmu opisuje w  „Dobrej terrorystce" pomysły na zbawienie świata za pomocą bomb sfi nansowanych za sowieckie pieniądze. Terroryzm pozostaje w tej książce zresztą raczej tłem do pokazania niezniszczalnej kobiecej natury, nawet u najbardziej rewolucyjnie nastawionych pań. Alice, choć jest komunistką, uwielbia urządzanie domu, a także nie potrafi się obejść bez patriarchalnego związku z homoseksualistą. Zdobywanie pieniędzy, meblowanie i chronienie domu jest głównym elementem jej tożsamości. A  niejako przy okazji opisu duszy kobiety pojawia się wątek zamachu terrorystycznego. I choć Lessing nie pochwala tego działania, to  podziela społeczne oceny terrorystów. Opisy Wielkiej Brytanii za czasów Margaret Thatcher, wstrząsające obrazy matek z dziećmi zamieszkujących maleńkie komunalne hoteliki czy stosunek noblistki do urzędów państwowych są w znacznym stopniu zbieżne z opiniami Alice i jej przyjaciół. Podobnie jak niechęć do liberalnego, chrześcijańskiego, heteroseksualnego i patriarchalnego społeczeństwa.

Conrad, z całym swoim przywiązaniem do cywilizacyjnych źródeł moralności, Chesterton czy Dostojewski nie byli bezkrytyczni wobec sobie współczesnych. Ale oni, inaczej niż obecni pisarze, nie brzydzili się kulturą. A właśnie obrzydzenie wobec otaczającego świata i instytucji stanowiących o jego społecznym wymiarze pozostaje jednym z najlepiej widocznych elementów literackiego opisu świata. Mario Vargas Llosa w „Rozmowie w katedrze", Lessing w „Dobrej terrorystce" czy Updike w „Terroryście" brzydzą się otaczającym ich światem i traktują go jak coś, co można i należy zburzyć, by dopiero na  gruzach zbudować nowy świat (choć i on – przynajmniej u Lessing – wcale nie będzie dużo lepszy). Dostojewski czy Conrad, krytykując pewne wynaturzenia, uznawali cywilizację, państwo i jego instytucje za wartość, której należy bronić. Terroryści byli więc nie tyle sprawnymi analitykami, których należy słuchać, by poznać schorzenia cywilizacji, ile stadem demonów, które należało – jak to pokazuje motto „Biesów” – zmusić do wstąpienia w stado świń i do rzucenia w przepaść. U Lessing czy Updike’a takie postawienie sprawy jest zwyczajnie niemożliwe, bo świniami jesteśmy my wszyscy. A  terroryści co najwyżej nam to uświadomiają, pokazując, że nie ma  ucieczki przed powszechnym panświnizmem.
Takie postawienie sprawy w istocie uniemożliwia obronę przed terroryzmem. Bo jeśli wszyscy jesteśmy tak samo źli, nasza cywilizacja jest godna potępienia, a instytucje państwowe propagują przemoc lub  pozostają obojętne wobec ludzkich potrzeb, to niby dlaczego mielibyśmy jej bronić przed zagładą? Jeśli conradowskie „jądro ciemności" tkwi w  centrum cywilizacji, to jej zburzenie i zniszczenie (w duchu rosyjskich czy islamskich nihilistów) pozostaje realnym lekarstwem na kryzys. Odrzucenie terroryzmu może tu wynikać tylko ze zmęczenia kolejnymi rewolucjami, ale nie z uznania, że niszczy ona coś realnie dobrego. A  jeśli zgodzimy się na takie postawienie sprawy, to prędzej czy później zgodzimy się na zniszczenie cywilizacji, która nas otacza. A literatura współczesna (poza oczywiście powieściami sensacyjnymi), inaczej niż  wielkie narracje XIX i początku XX wieku, pełna jest melancholijnej akceptacji burzenia, które dokonuje się na naszych oczach.





Okładka tygodnika WPROST: 8/2009
Więcej możesz przeczytać w 8/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0