W co wierzą Polacy

W co wierzą Polacy

Polska plasuje się w ścisłej czołówce państw wyznających wartości związane z religią katolicką. Te same badania – projekt Human Values Studies – ujawniają jednocześnie, że aż 32 proc. Polek i Polaków wierzy w reinkarnację. I jest to najwyższy odsetek na kontynencie! W co, u licha, wierzą współcześni Polacy?
System wierzeń związany z reinkarnacją zasadza się na koncepcji, według której dusza osoby umierającej wciela się w ciało nowo powstającego organizmu: ludzkiego, zwierzęcego, a nawet roślinnego. Koncepcja ta występuje w hinduizmie, religiach animistycznych, kabale, teozofii, promuje ją także wielogłowy nurt New Age. Autorytet Słowa Objawionego, bez względu na jego lokalne odmiany, absolutnie odrzuca jednak domniemanie o „kołowrocie wcieleń" jako pogląd z gruntu sprzeczny z nauką Kościoła katolickiego. Mimo to wiara w wędrówkę dusz zatacza coraz szersze kręgi. O ile fakt, że w reinkarnację wierzy 60 proc. mieszkańców USA czy 24 proc. Brytyjczyków i tyle samo Francuzów dałby się w przybliżeniu wyjaśnić wielowyznaniowością tych społeczeństw, o tyle podobna argumentacja w odniesieniu do naszego kraju traci na znaczeniu. Jak to zatem możliwe, by w państwie, w którym ochrzczonych jest 95 proc. obywateli, co trzeci wyznawał pogląd całkowicie sprzeczny z teologią katolicką?

Z badań CBOS z 2006 roku dowiadujemy się, że osób deklarujących się jako religijne jest w Polsce 69 proc. (w tym 21 proc. bardzo religijnych). 17 proc. badanych stwierdziło, że są obojętni w tym względzie, 11 proc. wskazało na niereligijność, a 3 proc. wybrało całkowitą niereligijność. W rezultacie trzy ostatnie kategorie – osób dystansujących się wobec religii – obejmują prawie jedną trzecią polskiego społeczeństwa. Różnica między liczbą ochrzczonych a rzeczywiście związanych z religią dominującą jest więc znaczna. Rozważając kwestię tego, w co naprawdę wierzą dziś Polacy, należy mieć tego świadomość. Bo to pierwszy element układanki.

Pisanie o wierze większości musi uwzględniać także tezy nauki światowej i trendy globalne. Jednym z nich jest lansowany od lat przez licznych badaczy pogląd, w którego myśl Europa – a szerzej po Weberowsku „odczarowany" świat Zachodu – dotknięty jest przez postępujący proces sekularyzacji. Proces ten ma swoje źródła w uznaniu, że każda religia jest tylko kolejną pozycją w duchowym „menu”, z którego swobodnie może korzystać współczesny człowiek. Dlatego też w dostępnym po polsku „Leksykonie mitologii” chrześcijaństwo sąsiaduje z takimi hasłami jak grecki Chronos, irański bóg Chrosztag oraz Chuku, stwórca w wierzeniach nigeryjskiego ludu Igbo. Katolicyzm jawi się nie tylko jako rodzaj mitologii, ale także jako narzędzie opresji w kulturze, która znacznie bardziej niż zobowiązania ceni wolność wyboru. Dlatego w wielu krajach kościoły na potęgę pustoszeją, a w niedzielę rodziny wybierają się zgodnie do centrów handlowych, przezwanych wymownie „świątyniami konsumpcji". Czy teza o postępującej sekularyzacji społeczeństw znajduje potwierdzenie także w odniesieniu do Polski?

Od razu powiedzmy, że według CBOS- -owskiej wizji najwyżej cenionymi nad Wisłą wartościami życiowymi są zdrowie, szczęście rodzinne, praca zawodowa i spokój. Tego w końcu najczęściej życzymy sobie wzajemnie podczas świąt czy uroczystości rodzinnych. Wśród tych wartości religię wybrała nieco ponad jedna czwarta badanych. Ta raczej niezbyt wysoka pozycja religii w codziennym życiu Polaków wzrasta zdecydowanie, gdy w grę wchodzą przełomowe, graniczne momenty życia: niemal wszyscy doceniają obrzęd pogrzebowy i związany z chrztem, równie wysokie oceny otrzymują ceremonie kościelne towarzyszące zawarciu małżeństwa. W tym świetle teza o sekularyzacji się nie potwierdza. Kontestacja chrztu, pochówku czy ślubu kościelnego to w dalszym ciągu rzadkość. Mogłaby to być krzepiąca wiadomość dla kręgów zarządzających Kościołem. Mogłaby być, lecz w istocie nie jest. Religijność polska ma bowiem dosyć paradoksalny charakter.

Aż 94 proc. Polaków wierzy w Boga, 88 proc. w zmartwychwstanie Chrystusa, 84 proc. w istnienie nieba, 65 proc. w piekło, a jeszcze mniej, bo 64 proc., w cuda. Tak wynika z opublikowanych w sierpniu 2006 roku przez „Rzeczpospolitą" badań przeprowadzonych wśród polskich katolików. Wiarę w duchy i diabła deklarowała mniej niż połowa, 28 proc. z kolei wierzy w reinkarnację, co przy okazji potwierdza rezultaty badań paneuropejskich. Niekonsekwencji jest mnóstwo. Jaką wizję swojej wiary może mieć owe 6 proc. katolików niewierzących w istnienie Boga? Co o wizerunku krzyża sądzi 12 proc. innych, odrzucających dogmat o Chrystusowej rezurekcji? Jak traktuje spowiedź, grzech i pokutę ponad połowa, dla której diabeł to postać rodem z bajki?

Jednym z wyjaśnień tego fenomenu – katolik niewierzący w Boga to wszak czysty oksymoron! – może być fakt, że jedna czwarta polskich katolików nie wnika w istotę swojej wiary. Tak przynajmniej wskazują inne badania, ogłoszone we wrześniu 2006 roku. Pracownia Badań Społecznych (na zlecenie „Gościa Niedzielnego") przepytała katolików z podstawowych kwestii natury dogmatycznej. Uzyskane odpowiedzi ponownie dały do myślenia. 20 proc. katolików nie wierzy w Sąd Ostateczny, ponad 15 proc. nie wierzy w stworzenie świata, 13 proc. podważa historyczność postaci Jezusa, a 26 proc. odrzuca wiarę w jego poczęcie z Ducha Świętego. Dla dopełnienia obrazu co dziesiąty „wierny” – traktuje śmierć fizyczną jako ostateczny koniec życia.

Już te dane wystarczą, by stwierdzić obłędne pomieszanie wiedzy pochodzącej z różnych porządków: oficjalnej teologii katolickiej, ludowej tradycji, wpływów innych religii, treści rozpowszechnianych przez prasę brukową, opery mydlane itp. Nie mamy tutaj do czynienia z duchową całością opartą na spójnym systemie dogmatów, ale raczej z konglomeratem popularnych przekonań i symboli. Na pewno nie bez związku z tym zjawiskiem pozostaje fakt, że ponad 20 proc. ankietowanych (w badaniach PBS) uważa sam Kościół za korporację księży i biskupów, organizację wykorzystującą ludzką naiwność bądź instytucję charytatywną.

W literaturze przedmiotu zupełnie poważnie używa się dzisiaj określenia „katolik selektywny", czyli taki, który wierzy w niektóre tylko prawdy wiary i bardzo wybiórczo ją praktykuje. „Maryja to moja najlepsza przyjaciółka”; „Maryja była normalną kobietą. Prowadziła dom, miała sąsiadów”; „Była matką, jak ja, i to jest podobieństwo mojego życia do jej życia” – to niektóre z wyznań, jakie zanotowała badaczka kobiecej religijności Inga Kuźma. W odniesieniu do tego rodzaju postaw używa ona terminu „uswojszczenie sacrum”. Trafia tym w sedno.

Jednym z filarów procesu, który moglibyśmy określić jako „słabnięcie religii", jest jej sprywatyzowanie. Polega nie tylko na tym, że religię uważa się za element prywatnych przekonań, ale także na tworzeniu sobie własnego wariantu wierzeń, takiego duchowego patchworku. Odwołanie się do analogii z duchowym menu i tu jest pożyteczne – w praktykach prywatyzowania religii pozycje z menu można dowolnie łączyć, jedne faworyzować, inne zupełnie wykluczać, wreszcie składać reklamacje i żądać innego zestawu przypraw. A wszystko pod szyldem tej samej jadłodajni.

Załamywanie się instytucjonalnie zdefiniowanych form religii na rzecz rozmaitych religii sprywatyzowanych łączy Polskę z resztą zachodniego świata. Również w tej dziedzinie coraz chętniej wybieramy przede wszystkim to, co jest dla nas wygodne bądź atrakcyjne z uwagi na dominujący trend, bez baczenia na teologię i sens dogmatów. Potrzeba posiadania w domu personal computer jest obecnie dla wielu osób równie silna, jak potrzeba stworzenia na własny użytek personal Jesus. Tak jak Maryja staje się bliską przyjaciółką, a nie odległą matką Boga, tak Jezus wielu osobom zaczyna się jawić niczym sympatyczny filozof, długowłosy protohipis, na pewno chętny do rozmów, jakie chce się z nim toczyć na wszelkie możliwe tematy. Przecież „taki mały, taki duży może świętym być (…), a każdy święty chodzi uśmiechnięty" – jak w swoim hicie przekonuje Arka Noego. Nie powinno przeto dziwić, że w wypadku dwóch trzecich polskich katolików zachodzi istotny konflikt między wiarą a rozumem. I że konflikt ten próbują rozwiązać na własną rękę.

Z tego samego powodu coraz częściej obserwujemy zmianę katolickiej obrzędowości w popkulturową ceremonialność. Nasze współczesne świętowanie znacznie więcej ma wspólnego ze stylem spędzania wolnego czasu niż z przeżyciem o charakterze religijnym. Bardzo nawet wystawny sztafaż obrzędowości i symboliki – towarzyszący na przykład świętom Bożego Narodzenia – nie wypływa już ani z ciągłości kultury, ani z wiecznotrwałych, zakorzenionych w nauce Kościoła przekonań na temat natury świata, jego zmienności i ostatecznego przeznaczenia. To, że w naszych domach pojawiają się udekorowane choinki, jest w coraz większej mierze wynikiem zmasowanych działań komercyjnych. Choinka nie funkcjonuje jako symbol rajskiego drzewa życia, z którego wykonano Chrystusowy krzyż, ale raczej w kategoriach widomego znaku świętowania, uczestnictwa w konsumpcjonistycznym rytuale, przynależności do tej sfery społecznej, która chce celebry i którą na taką celebrę stać. Reklamowe komunikaty więcej tu znaczą niż religijne dogmaty, liczy się aktualny lifestyle, a nie meandry teologii. Nie mam wątpliwości, że w posttradycyjnym świecie początku XXI wieku polska obrzędowość religijna zawłaszczona została przez popkulturę, a realnie istniejącą generacją nie jest kreowane przez część mediów „pokolenie JP II", ale raczej dostrzegane wokół „pokolenie MP3”.

Spektrum zjawisk, zachowań i postaw mieszczących się w haśle „w co wierzą Polacy" nie ogranicza się oczywiście do katolickiego uniwersum. W codziennych praktykach swoje decyzje uzależniamy od spraw, które akademicki uzus każe deprecjonująco nazywać przesądami. Jest to sfera raczej trudno uchwytna, w kulturze zawierzającej racjonalizmowi i wydajności dość wstydliwa, dyskretna. Kto jednak nie słyszał o nawiedzonych domach, w których straszy? Kto ani razu nie przeczytał horoskopu, nie zastanawiał się nad ukrytym sensem ostatniego snu albo nie chwycił się za guzik na widok umorusanego kominiarza?

Można przyjąć, że Polacy dzielą się zasadniczo na dwie grupy: fanów serialu „Zagubieni" oraz kreskówek z serii „Scooby-Doo”. Pierwsi, urzeczeni wizją rzeczywistości, w której wszystko ma drugie dno, a siły nadprzyrodzone bez przerwy ingerują w ludzkie życie, podatni są na wiarę w zjawiska pozarozumowe. Wielbiciele Scooby-Doo, safandułowatego psa, jego równie poczciwego pana o imieniu Kudłaty oraz ich grupki przyjaciół, do rzeczy nadprzyrodzonych podchodzą z kolei z dużym dystansem. W końcu bohater tej bajki, straszony przez zastępy coraz to nowych duchów, fantomów i monstrów, nieodmiennie odkrywa w finale ich zwyczajną postać poprzebieranych ludzi. Jeśli przełożymy taki podział na bezwzględne dane statystyczne, okaże się, że miłośnicy „Scooby- Doo” stanowią 39 proc. społeczeństwa, a fani „Zagubionych” 61 proc., bo tylu z nas wierzy w przesądy. Zdecydowanie częściej przesądne są kobiety niż mężczyźni, osoby słabiej wykształcone, raczej mieszkańcy małych miast i wsi. Takie przynajmniej wyniki podawał Ośrodek Badania Opinii Publicznej, bazując na własnych kompleksowych badaniach, którymi objęto w 1994 roku ponad tysiąc dorosłych obywateli.

Istnieją przesądy związane z tym, co przynosi szczęście: 40 proc. Polek i Polaków wierzy w dobroczynną w tym względzie moc kominiarza, 30 proc. w czterolistną koniczynę, którą uda się znaleźć, 26 proc. w rozbicie kieliszka (albo szklanki), 25 proc. pokłada wiarę w różnego typu talizmany, a 15 proc. zawierza liczbie 7. Po drugiej stronie przesądowego kontinuum znajdują się rzeczy przynoszące pecha i zwiastujące nieszczęście: rozbicie lustra – 27 proc. wskazań, czarny kot przebiegający drogę – 24 proc., witanie się przez próg – 23 proc., liczba 13 (jako numer pokoju hotelowego, domu, mieszkania, pozycja w dzienniku szkolnym itp.) – 22 proc., wstanie z łóżka lewą nogą – 12 proc., wreszcie zobaczenie kobiety z pustym wiadrem – 8 proc. Zdecydowanie częściej jednak niż w koniczynę czy kominiarza skłonni jesteśmy wierzyć w sny. Aż 68 proc. badanych stwierdziło, że w snach zawarte są przestrogi dotyczące naszego postępowania bądź znaki, które trzeba brać pod uwagę w planowaniu przyszłości. Dodajmy, że w tę pedagogiczno--profetyczną funkcję snów wierzy trzy czwarte polskich kobiet. Nie ma innego przedmiotu wiary, niezwiązanego ściśle z jakąkolwiek instytucjonalną religią, który znalazłby aż tak powszechną akceptację. Czy może to wynikać z przekonania, że „dzienna", zwyczajna, zagoniona codzienność takich znaków nie podsuwa; że jest niema i głucha na potrzeby ludzi, którzy łakną drogowskazów, pomocy, podpowiedzi w ryzykownym zadaniu układania własnego życia?

W analizie przedmiotów wiary nie mogło zabraknąć horoskopów. O ile w epokach wcześniejszych o przyszłe losy zapytywano szamanów, cenionych przepowiadaczy przyszłości, wielkich proroków, o tyle współcześnie większość zadowala się skromniejszym przekazem horoskopowym. Często czyta je 26 proc. Polek i Polaków, czasami – 39 proc., rzadko – 15 proc. Tylko co piąty ankietowany stwierdzał, że nigdy nie zaprząta sobie tym głowy. Pocieszające jest to, że pytani o to, czy wierzymy w zawartość horoskopów, odpowiadamy najczęściej, że nie (47 proc.). Zaledwie co piąta badana osoba twierdzi, że ufa tym specyficznym przepowiedniom. Akceptacja horoskopów stanowi z kolei rodzaj przygotowania do wizyty u wróżki albo jasnowidza, do czego przyznało się 19 proc. ankietowanych. Nie od rzeczy będzie tu dopowiedzieć, że szczególnie sceptyczni winni być ci, którzy decydują się na ofertę powróżenia przez romskie kobiety, obecne na ulicach wielu miast: otóż Romowie sami sobie nie wróżą i nie widzą sensu w tego typu manipulacji. Uznają jednak, że naiwni gadziowie (czyli nie-Romowie) decydujący się na skorzystanie z tych usług sami są sobie winni.

Zajmujący się współczesnymi wierzeniami antropologowie przekonują, że – wbrew standardom wiedzy filozoficznej – w praktyce możliwe jest wyznawanie przekonań sprzecznych z sobą. Dlatego polscy katolicy 20 lat temu masowo zasiadali przed telewizorami, aby i na nich spłynęła część uzdrawiającej siły przekazywanej przez Anatolija Michajłowicza Kaszpirowskiego. To dzięki temu rozdzielaniu wiedzy pochodzącej z różnych porządków w razie ciężkiej choroby korzystamy najpierw z porady lekarza rodzinnego, a potem udajemy się do „mądrych", „babek”, „szeptuch”, znachorów albo jako pątnicy pielgrzymujemy do któregoś z sanktuariów. Bez tej umiejętności łączenia osobnych typów wiary już dawno zbankrutowałyby sklepy ezoteryczne, nie urządzano by targów wiedzy tajemnej, a radiesteci i bioenergoterapeuci musieliby poszukać innego zajęcia.

Richard A. Peterson i Roger M. Kern są autorami pożytecznej w tym kontekście koncepcji „kulturowego wszystkożercy". Skoro naszego „ja” nie określa już jedna stała, ale bez przerwy ulegamy wpływom różnych środowisk, to wykluczające się wcześniej poglądy i postawy możliwe są obecnie do połączenia w tej samej osobie. Można zatem uczestniczyć w bożonarodzeniowej pasterce, spluwać przez lewe ramię na widok czarnego kota i wystrzegać się zawarcia związku małżeńskiego w maju, a ponadto brać udział w zajęciach z hatha jogi czy seansach majacych na celu „otwarcie umysłu na kosmos”. Płynna, nieokreślona, coraz mniej zrozumiała rzeczywistość w wielu z nas budzi lęk. Wszelkie odmiany religii, związków wyznaniowych i innych form wierzenia funkcjonują jako antidotum na ten lęk.

Skrapianie wodą święconą samochodów, okadzanie szałwią nowego komputera w domu i wiązanie czerwonej wstążki na dziecięcym wózku winniśmy postrzegać jako wyraz tej samej bezradności, nowoczesnego zagubienia i nieodpartego poczucia skończoności. Jesteśmy jak majsterkowicze, którzy chcą po swojemu poskładać klocki nieposkładanego świata. Coraz bardziej odczuwa się bowiem brak głównego projektanta.





 

Okładka tygodnika WPROST: 52/2009
Więcej możesz przeczytać w 52/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 2
  • stanislaw39@interia.pl IP
    NASA znów podała nowe informacje o dokryciach na Marsie. Podobno odkryto, choć nie napewno, wodę, siarkę i chlor. Jednak zdjęcia z tej planety zapierają dech w piesiach. Kiedy byłem małym chłopcem w letnie wieczory urzekał nas widok księżyca w pełni. Moja matka zadawała pytanie? Czy kiedyś ludzie tam wylecą? Okazało się, że wylecieli, nawt dalej, choć nie fizycznie, ale poprzez swoje automaty. Nie jest jeszcze pewne, czy jakiekolwiek życie tam istnieje, ale jest pewne, że już tam mieszka NMP- Królowa Wszechświata. Łazik Curiosity jej, co prawda nie odkrył, ale tak powiedział nasz największy papież JPII, czyżby łgał? To kłamstwo tak dyskryminuje papiestwo, jak wiara w to, że ziemia była płaska i wszysto się wokół niej kręciło oraz, że została stworzona w ciągu 6 dni około 6 tysięcy lat temu.
    • Michał IP
      Ci co wierzą w reinkarnację to będzie z nimi tak oni po śmierci staną się trawą a jak jestem jaroszem i zjem ich jako trawę i powtórnie obrócą się w gó.........

      Czytaj także