To strzelał karabin

To strzelał karabin

W USA broń można kupić niemal równie łatwo jak bilet do kina na film o Batmanie. Dlatego po masakrze w Aurorze na przedmieściach Denver następna tragedia jest tylko kwestią czasu.
Spakował do skrzyni zapas jedzenia na dwa tygodnie, kilkanaście litrów wody, zatyczki do uszu, zapałki, linę, lornetkę, tranzystorowe radio, maczetę, trzy noże myśliwskie, siedem snajperskich karabinów i 700 sztuk amunicji; załadował skrzynię na wózek i poszedł do szkoły. 1 sierpnia 1966 r., w najgorętszy dzień tamtego lata, 25-letni Charles Whitman, student Uniwersytetu Teksaskiego w Austin, celował do ludzi ze szczytu 27-piętrowej uniwersyteckiej wieży. Zdążył zabić 14 osób i ranić 32, zanim do budynku wdarło się trzech policjantów i jeden uzbrojony cywil. Whitman zginął na miejscu od dziewięciu strzałów.

To on rozpoczął ponurą tradycję w powojennej historii USA – strzelania do niewinnych, przypadkowych ofiar. Szaleńcy różnej maści hołdują jej do dziś. Rzeź na skalę tej pierwszej, która przebija się na czołówki światowych mediów, zdarza się co kilka lat, ale do cichych tragedii, kiedy ofiar jest mniej, dochodzi każdego roku. Najnowszy rozdział sagi napisał James Holmes, gdy bocznymi drzwiami wtargnął do kina w Aurorze na przedmieściach Denver i zabił 12 widzów oglądających najnowszy film o Batmanie. Jego zbrodnia jest o tyle inna od wszystkich dotychczasowych, że sprawca przeżył. W miniony poniedziałek we fryzurze Jokera stanął przed sądem. Prokurator niemal na pewno zażąda kary śmierci. W takim wypadku proces potrwa długie miesiące, a Amerykanie będą mieli okazję zadać oskarżonemu pytanie, jakiego nie usłyszał żaden z jego poprzedników: dlaczego zabijał?

Myśliwi z Waszyngtonu

Dzień po masakrze w Austin dziennikarze dotarli do ojca Charlesa Whitmana – miłośnika broni, właściciela kolekcji liczącej 65 sztuk – i też go o to zapytali. Nie odpowiedział, tylko się pochwalił: – W wieku 12 lat mój syn z 50 m trafiał wiewiórki w oko.

Holmes nie musiał się wykazywać snajperskim darem, bo strzelał do ludzi z bliska, m.in. z półautomatycznego wojskowego karabinu AR-15, zdolnego wypluwać 400 pocisków na minutę. Posiadanie takiej broni na prywatny użytek było w Stanach nielegalne od 1994 r., ale dziesięć lat później Kongres nie przedłużył zakazu. Amerykanie mają dziś najbardziej liberalne na świecie przepisy o dostępie do broni i są najlepiej uzbrojonym społeczeństwem globu. W prywatnych rękach znajduje się ponad 300 mln sztuk broni – po jednej na każdego statystycznego obywatela.

Pod naciskiem lobby producentów i miłośników broni przepisy są dalej liberalizowane. W ostatnich 30 latach 44 stany przegłosowały ustawy pozwalające obywatelom nosić ukrytą broń poza domem dla własnego bezpieczeństwa. Tylko osiem stanów całkowicie zakazuje paradowania ze spluwą na widoku, a w 12 jest to możliwe bez żadnych ograniczeń i pozwoleń. Od 2005 r. prawo na Florydzie pozwala zabić napastnika, nawet jeśli postraszony bronią przerwał atak i podniósł ręce do góry.

Dan Walker z Teksasu popiera takie przepisy. – Ameryka ma problem, bo nie wszystkie dzieci oswaja się z bronią od najmłodszych lat – powiedział mi, kiedy przed kilku laty spotkałem się z nim w Austin. – Nieuzbrojone społeczeństwo hoduje przestępców, bo wzmacnia ich poczucie bezkarności.

Walker był wtedy prezesem teksaskiego oddziału Narodowego Stowarzyszenia Strzeleckiego (NRA), jednej z najbardziej wpływowych grup nacisku w Waszyngtonie. Opowiadał z dumą, że miał sześć lat, gdy zabił po raz pierwszy: – Pojedynczym strzałem z 50 m trafiłem łanię w łopatkę. Zostałem myśliwym.

Jego organizacja formalnie reprezentuje myśliwych, ale faktycznie jest blisko związana ze zjednoczeniem 7 tys. amerykańskich producentów broni, skrywającym się pod szyldem Narodowej Fundacji Sportów Strzeleckich. Obie grupy wydały w 2011 r. prawie 3,5 mln dolarów na lobbing w Waszyngtonie, a na licznych polowaniach u boku ich członków do łań celują kongresmani obu partii. Prezes NRA David Keene pracował dla republikańskich prezydentów Ronalda Reagana i George’a H.W. Busha seniora. Po masakrze w Aurorze, jak po każdej większej strzelaninie, na NRA i jej politycznych sojuszników sypią się gromy ze strony zwolenników zaostrzenia przepisów. Dla nich odpowiedź na pytanie, dlaczego Holmes zabijał, jest prosta: bo miał karabin. Na podorędziu mają dane statystyczne: ponad 8 tys. ludzi każdego roku ginie w USA od broni palnej. To jedna osoba na godzinę. 80 proc. wszystkich tego typu morderstw dokonywanych w 23 najbogatszych krajach świata ma miejsce w USA.

Jednak po Aurorze żaden z kandydatów w wyborach prezydenckich nie zająknął się o potrzebie zmiany prawa. Wsparcie Mitta Romneya dla NRA jest znane, ale dlaczego milczy Barack Obama, nazywany przez członków NRA „najmniej przyjaznym nam prezydentem w historii”? Odpowiedź można było znaleźć w kolejkach do sklepów z bronią, jakie ustawiły się w całym Kolorado dzień po tragedii na premierze filmu „Mroczny Rycerz powstaje”. Sprzedaż wzrosła o 40 proc. w porównaniu z tym samym okresem w zeszłym roku. Na atak zbrojny Amerykanie odpowiadają, kupując więcej broni. Kolorado, Wirginia, Ohio czy Nevada to stany, gdzie sympatia dla demokratów i republikanów rozkłada się po równo i wynik wyborów nigdy nie jest pewny. Jednocześnie ich obywatele w większości popierają wolny dostęp do broni. Obama nie pozwoli sobie na ryzyko utraty poparcia w kluczowych stanach.

Niewinni zabijacy

Jeśli Barack Obama zostanie w Białym Domu na drugą kadencję i pójdzie na wojnę z NRA, będzie też musiał zmierzyć się z konstytucją. „Prawo ludzi do posiadania i noszenia broni nie może być naruszone. Dobrze zorganizowana milicja jest niezbędna dla bezpieczeństwa wolnego państwa” – mówi druga poprawka. Sąd Najwyższy już dwukrotnie orzekał na korzyść lobby strzeleckiego, nie przyjmując argumentów, że konstytucyjny przepis odnosi się do milicji formowanych zaraz po wojnie o niepodległość na wypadek desantu Brytyjczyków i nijak ma się do współczesności.

Poza konstytucyjnym NRA ma jeszcze jeden argument: to nie broń zabija, tylko ludzie. Problem nie leży w przepisach, lecz w upadku społeczeństwa. W popkulturze.

Dan Walker: – Proszę popatrzeć, jak dziś szkoli się naszą młodzież. Chłopak idzie do kina na film o zabijaniu. Trzyma dziewczynę za rękę, zajada popcorn, popija colę – przeżywa pozytywne emocje, oglądając przemoc. Zostaje znieczulony.

Dla NRA odpowiedź na pytanie, dlaczego Holmes zabijał, też jest prosta: bo naoglądał się głupich filmów. Jakby na potwierdzenie takiej diagnozy James Holmes, dokonawszy masakry, wyszedł z kina i przedstawił się policjantom: „Jestem Joker”. Dylan Klebold i Eric Harris, którzy w 1999 r. w oddalonym od Aurory o 30 minut drogi liceum Columbine zabili 12 uczniów i nauczyciela, namiętnie grali w brutalną grę komputerową „Doom”, a na swoją akcję – niczym bohaterowie „Matriksa” – założyli czarne prochowce. Film braci Wachowskich miał premierę trzy tygodnie wcześniej. Oczywiście „Doom” nie został wycofany ze sprzedaży, a „Matrix” nie zniknął z ekranów. Nie grozi to też teraz nowemu obrazowi o Batmanie „Mroczny Rycerz powstaje”. Producent Warner Bros w powściągliwym oświadczeniu wyraził smutek z powodu tragedii. Do Aurory pojechał odtwórca roli Christian Bale.

Warner Bros w ramach żałoby nie opublikował danych box office, ale analitycy z Hollywood szacują, że film zarobił 160 mln dolarów w pierwszy weekend rozpowszechniania w USA. To nieco mniej, niż zakładali marketingowcy, ale nie na tyle, aby zacząć wątpić, że film będzie światowym hitem. Nie stracą też wydawcy komiksów, mimo że część amerykańskich mediów sugeruje, że Holmesa mogła zainspirować scena strzelaniny w kinie porno z komiksu „Mroczny Rycerz powraca”. Nie należy się spodziewać powtórki z lat 50. ubiegłego wieku, kiedy po publikacji głośnej książki „Seduction of the Innocent” (Uwodzenie niewinnych) o tym, jak komiks demoralizuje młode pokolenie, branża wprowadziła autocenzurę. Dziś niewinni są z przemocą oswojeni. Filmy, które jeszcze 20 lat temu dostałyby w USA stempel „tylko dla dorosłych”, teraz są dozwolone od lat 13. Bohaterowie mogą się zarzynać do woli, jeśli tylko nie biegają nago i nie używają brzydkich słów.

Ale w bajdurzeniu strzelców z NRA o tym, że to Hollywood ponosi największą odpowiedzialność za Aurorę i inne strzelaniny, tkwi pewien szkopuł. Popkultura na całym świecie pełna jest przemocy, ale tylko Amerykanie przejawiają aż taki pęd do zabijania. Jakkolwiek identyfikowałby się z Jokerem, James Holmes mógłby tylko marzyć o wcieleniu się w jego rolę, gdyby nie miał gdzie kupić karabinu. A Charles Whitman nie rozpocząłby tej sagi, gdyby tatuś nie nauczył go z 50 m trafiać w wiewiórki w oko.
Okładka tygodnika WPROST: 31/2012
Więcej możesz przeczytać w 31/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0