Lally School reformuje program. Rywale uważnie przyglądają się tym pomysłom
MBA inny niż wszystkie
Lally School reformuje program. Rywale uważnie przyglądają się tym pomysłom
Na poczĄtku 2002 roku Lally School of Management& Technology przy Rensselaer Polytechnic Institute była na równi pochyłej. Jej program ginął w cieniu większych i bardziej znanych szkół, a liczba zgłoszeń malała. Sielski kampus miał swój urok, ale miasteczko Troy w stanie Nowy Jork nie przyciągało studentów tak jak wielkie aglomeracje Bostonu czy Nowego Jorku. Nadszedł czas zmian.
Administracja uczelni zdecydowała się zerwać z tradycyjnym programem MBA i w jego miejsce zbudowała od zera zupełnie nową koncepcję. Kiedy na intelektualnym placu budowy opadł kurz, wyłonił się nowatorski program MBA. Zamiast opierać się na konwencjonalnych tekstach i studiach przypadków, analizowanych podczas standardowych kursów marketingu i finansów, kadra naukowa pod kierownictwem Iftekhara Hasana, pełniącego obowiązki dziekana Rensselaer, przygotowała kurs, podczas którego profesorowie działają wspólnie. Dzięki całościowemu ujęciu problemów wprowadzają studentów w świat prawdziwego biznesu. - To nie jest MBA, które kończył twój ojciec - uważa Hasan.
Na początek kurs został rozbity na pięć "strumieni wiedzy", które zastąpiły tradycyjne przedmioty. Każdy z nich wnika w różne aspekty biznesu, takie jak kreowanie przedsiębiorstwa i sieci oraz zarządzanie nimi, innowacyjność i tworzenie wartości marki. Nie oznacza to, że studenci nie uczą się ekonomii, marketingu czy planowania strategicznego. Wiedza ta prezentowana jest jednak w szerszym kontekście. Typowy wykład może obejmować np. dyskusję prowadzoną przez wykładowcę finansów o zmianach wartości firmy po fuzji. Kolejnym punktem jest wystąpienie zawodowego menedżera, który prezentuje swój punkt widzenia. Ponieważ proces nauczania jest mocno zakorzeniony w prawdziwych warunkach rynkowych, studenci nie używają tradycyjnych podręczników. - Bazujemy na artykułach w gazetach codziennych i magazynach - wyjaśnia Philip H. Phan, profesor zarządzania strategicznego i przedsiębiorczości.
Dla obserwatora z zewnątrz program realizowany w Rensselaer może się wydawać się nieco chaotyczny. Na zajęciach stale trwa pełna pasji wymiana poglądów. Na kursie zatytułowanym Biznesowe implikacje rozwoju technologii studenci podzieleni na czteroosobowe zespoły opracowują plany patentowe dla produktów wymyślonych w Instytucie Komercjalizacji Technologii, położonym w innej części kampusu. Trzydziestu kilku studentów rozproszonych po sali zbija się w grupki wokół komputerów. Trzech profesorów prowadzących kurs - biolog, socjolog i specjalista od marketingu - krąży od jednej grupy do drugiej.
Z pozoru kombinacja ta jest dziwaczna, ale jeśli posłuchamy przez chwilę, wszystko zaczyna się układać w spójną całość. Marketingowiec mówi o doniosłości danego wynalazku. Biolog skupia się na naukowej stronie studenckich projektów oraz polityce państwa w dziedzinie nauki. Z kolei socjolog przybliża słuchaczom trendy kształtujące gusty konsumenckie. Zespoły studentów muszą przetworzyć te informacje i wybrać najlepsze propozycje. - Studenci otrzymują użyteczne materiały, ale uczą się, jak je skutecznie wykorzystać - mówi Richard Lei-fer, profesor i dyrektor wykonawczy programu. - Kiedy opuszczają mury uczelni, wiedzą, jak planować zarządzanie, ponieważ zetknęli się z tym zagadnieniem bezpośrednio, a nie tylko o nim słyszeli. Każdy strumień ma podobny format.
Brakujące kawałki
Życie rewolucjonisty nie jest jednak łatwe i przed programem z Rensselaer stoją liczne wyzwania. Przykład pierwszy z brzegu: kilka miesięcy temu, podczas pierwszego semestru nowego kursu, tematem porannych zajęć z biznesowych implikacji rozwoju technologicznego były strategie marketingu komputerowego. Słysząc o tym, studenci wytrzeszczyli oczy. Nic dziwnego - nie przeszli przez podstawowy kurs marketingu, który umożliwia bardziej zaawansowane badania. Profesorowie szybko się zorientowali, że studenci potrzebują dodatkowych zajęć, i uzupełnili program o brakujący fragment. - Dostosowujemy się do sytuacji - przyznaje profesor Gina O'Connor, dyrektor programu MBA.
Zaczątki nowego projektu widoczne były już w starym programie MBA - kursie pod nazwą Wzornictwo, produkcja i marketing (DMM). W jego skład wchodziło pięć różnych zagadnień (marketing, produkcja, księgowość, wzornictwo i działalność operacyjna) połączonych w całość wykładaną przez zintegrowany zespół naukowców. Jednym z założeń kursu było również uczestnictwo studentów w praktykach. Pracując nad nowym programem, kadra i władze uczelni uznały, że schemat ten może zostać zastosowany na szerszą skalę. - DMM sprawdzał się tak dobrze, że ponowne wykorzystanie tego formatu było logiczne - mówi profesor Jeffrey Durgee, członek zespołu metodycznego.
To wysoce zintegrowane podejście wymaga ścisłej współpracy, zwłaszcza między profesorami, którzy zwykle walczą z sobą o prestiż i środki na badania. - Pracownicy naukowi zazwyczaj nie potrafią pracować w zespole - mówi Leifer. Jednak w Rensselaer profesorowie musieli powściągnąć swoje ego, by zaplanować kurs od różnych stron, tak by interdyscyplinarny program odniósł sukces.
- Pracując razem, wiele nauczyliśmy się o wypracowywaniu kompromisu - mówi Phan. Studentów z pierwszego rocznika, którzy tytuł MBA uzyskają w 2006 r., także rzucono na głęboką wodę. Duncan Pickard z pierwszego roku szczególnie dużo obiecywał sobie po Biznesowych implikacjach rozwoju technologicznego. Po zakończeniu nauki chce zarządzać nowo powstałymi spółkami technologicznymi. Jednak po pierwszych tygodniach był bardzo rozczarowany. - Uważałem, że to nie ma sensu - mówi. Dopiero kilka miesięcy później, pracując nad ostatecznym projektem, Pickard doznał olśnienia. Wszystkie elementy programu złożyły mu się w całość. - Ujrzałem pełny obraz - twierdzi.
Prawdziwym sprawdzianem nowego programu będzie jednak to, czy firmy będą chciały zatrudnić absolwentów Rensselaer. Keith A. Davey, wiceprezes Ford Motor China ds. planowania i rozwoju, był zaangażowany w program uczelni od samego początku jako jeden z doradców ze strony sektora korporacyjnego. - Ten model to fantastyczny pierwszy krok w stronę tak bardzo potrzebnej radykalnej reformy MBA - mówi Davey. Liczba firm, które chcą zatrudnić studentów pierwszego roku na letnie staże w 2005 r., wzrosła ponaddwukrotnie w porównaniu z rokiem ubiegłym.
Rensselaer zapoczątkował reformatorski trend, ale inne mniejsze uczelnie oferujące MBA także myślą o ich przedefiniowaniu. Tepper School of Business przy Carnegie Mellon University ograniczyła liczbę podstawowych kursów, tak by studenci mogli się skupić na bardziej zintegrowanych przedmiotach, takich jak marketing internetowy i analiza inwestycji. - Nawet niewielka zmiana pomaga przyciągać kandydatów - uważa Kenneth B. Dunn, dziekan szkoły. W Haas School of Business przy Uniwersytecie Kalifornijskim pełniący obowiązki dziekana Richard K. Lyons pracuje nad stworzeniem centrów badawczych, w których mogliby współpracować profesorowie z różnych dziedzin. - Szukamy przestrzeni pomiędzy poszczególnymi kierunkami nauki - mówi Lyons.
Zagadnienia interdyscyplinarne to pole, na którym szkoły biznesu naprawdę mogą odcisnąć swoje piętno, ale to bardzo trudne zadanie. Wygląda jednak na to, że Rensselaer znalazła na to sposób.
MBA po reformie
Rensselaer Polytechnic Institute jesienią ubiegłego roku uruchomił nowy program, który może zrewolucjonizować nauczanie MBA. Co nowego oferuje? Oto porównanie:
Tradycyjne MBA
- jednorazowe kursy z finansów, marketingu itd.
- profesorowie rzadko, o ile w ogóle, współpracują z sobą
- nacisk kładziony jest na tradycyjne przedmioty
MBA w Rensselaer
- pięć "strumieni wiedzy" obejmujących wszystkie tematy
- nauczanie opiera się na współpracy kadry naukowej
- nacisk kładziony jest na sytuacje i projekty
wzięte z prawdziwego biznesu
Źródło: BusinessWeek, RPI
Geoff Gloeckler
Lally School reformuje program. Rywale uważnie przyglądają się tym pomysłom
Na poczĄtku 2002 roku Lally School of Management& Technology przy Rensselaer Polytechnic Institute była na równi pochyłej. Jej program ginął w cieniu większych i bardziej znanych szkół, a liczba zgłoszeń malała. Sielski kampus miał swój urok, ale miasteczko Troy w stanie Nowy Jork nie przyciągało studentów tak jak wielkie aglomeracje Bostonu czy Nowego Jorku. Nadszedł czas zmian.
Administracja uczelni zdecydowała się zerwać z tradycyjnym programem MBA i w jego miejsce zbudowała od zera zupełnie nową koncepcję. Kiedy na intelektualnym placu budowy opadł kurz, wyłonił się nowatorski program MBA. Zamiast opierać się na konwencjonalnych tekstach i studiach przypadków, analizowanych podczas standardowych kursów marketingu i finansów, kadra naukowa pod kierownictwem Iftekhara Hasana, pełniącego obowiązki dziekana Rensselaer, przygotowała kurs, podczas którego profesorowie działają wspólnie. Dzięki całościowemu ujęciu problemów wprowadzają studentów w świat prawdziwego biznesu. - To nie jest MBA, które kończył twój ojciec - uważa Hasan.
Na początek kurs został rozbity na pięć "strumieni wiedzy", które zastąpiły tradycyjne przedmioty. Każdy z nich wnika w różne aspekty biznesu, takie jak kreowanie przedsiębiorstwa i sieci oraz zarządzanie nimi, innowacyjność i tworzenie wartości marki. Nie oznacza to, że studenci nie uczą się ekonomii, marketingu czy planowania strategicznego. Wiedza ta prezentowana jest jednak w szerszym kontekście. Typowy wykład może obejmować np. dyskusję prowadzoną przez wykładowcę finansów o zmianach wartości firmy po fuzji. Kolejnym punktem jest wystąpienie zawodowego menedżera, który prezentuje swój punkt widzenia. Ponieważ proces nauczania jest mocno zakorzeniony w prawdziwych warunkach rynkowych, studenci nie używają tradycyjnych podręczników. - Bazujemy na artykułach w gazetach codziennych i magazynach - wyjaśnia Philip H. Phan, profesor zarządzania strategicznego i przedsiębiorczości.
Dla obserwatora z zewnątrz program realizowany w Rensselaer może się wydawać się nieco chaotyczny. Na zajęciach stale trwa pełna pasji wymiana poglądów. Na kursie zatytułowanym Biznesowe implikacje rozwoju technologii studenci podzieleni na czteroosobowe zespoły opracowują plany patentowe dla produktów wymyślonych w Instytucie Komercjalizacji Technologii, położonym w innej części kampusu. Trzydziestu kilku studentów rozproszonych po sali zbija się w grupki wokół komputerów. Trzech profesorów prowadzących kurs - biolog, socjolog i specjalista od marketingu - krąży od jednej grupy do drugiej.
Z pozoru kombinacja ta jest dziwaczna, ale jeśli posłuchamy przez chwilę, wszystko zaczyna się układać w spójną całość. Marketingowiec mówi o doniosłości danego wynalazku. Biolog skupia się na naukowej stronie studenckich projektów oraz polityce państwa w dziedzinie nauki. Z kolei socjolog przybliża słuchaczom trendy kształtujące gusty konsumenckie. Zespoły studentów muszą przetworzyć te informacje i wybrać najlepsze propozycje. - Studenci otrzymują użyteczne materiały, ale uczą się, jak je skutecznie wykorzystać - mówi Richard Lei-fer, profesor i dyrektor wykonawczy programu. - Kiedy opuszczają mury uczelni, wiedzą, jak planować zarządzanie, ponieważ zetknęli się z tym zagadnieniem bezpośrednio, a nie tylko o nim słyszeli. Każdy strumień ma podobny format.
Brakujące kawałki
Życie rewolucjonisty nie jest jednak łatwe i przed programem z Rensselaer stoją liczne wyzwania. Przykład pierwszy z brzegu: kilka miesięcy temu, podczas pierwszego semestru nowego kursu, tematem porannych zajęć z biznesowych implikacji rozwoju technologicznego były strategie marketingu komputerowego. Słysząc o tym, studenci wytrzeszczyli oczy. Nic dziwnego - nie przeszli przez podstawowy kurs marketingu, który umożliwia bardziej zaawansowane badania. Profesorowie szybko się zorientowali, że studenci potrzebują dodatkowych zajęć, i uzupełnili program o brakujący fragment. - Dostosowujemy się do sytuacji - przyznaje profesor Gina O'Connor, dyrektor programu MBA.
Zaczątki nowego projektu widoczne były już w starym programie MBA - kursie pod nazwą Wzornictwo, produkcja i marketing (DMM). W jego skład wchodziło pięć różnych zagadnień (marketing, produkcja, księgowość, wzornictwo i działalność operacyjna) połączonych w całość wykładaną przez zintegrowany zespół naukowców. Jednym z założeń kursu było również uczestnictwo studentów w praktykach. Pracując nad nowym programem, kadra i władze uczelni uznały, że schemat ten może zostać zastosowany na szerszą skalę. - DMM sprawdzał się tak dobrze, że ponowne wykorzystanie tego formatu było logiczne - mówi profesor Jeffrey Durgee, członek zespołu metodycznego.
To wysoce zintegrowane podejście wymaga ścisłej współpracy, zwłaszcza między profesorami, którzy zwykle walczą z sobą o prestiż i środki na badania. - Pracownicy naukowi zazwyczaj nie potrafią pracować w zespole - mówi Leifer. Jednak w Rensselaer profesorowie musieli powściągnąć swoje ego, by zaplanować kurs od różnych stron, tak by interdyscyplinarny program odniósł sukces.
- Pracując razem, wiele nauczyliśmy się o wypracowywaniu kompromisu - mówi Phan. Studentów z pierwszego rocznika, którzy tytuł MBA uzyskają w 2006 r., także rzucono na głęboką wodę. Duncan Pickard z pierwszego roku szczególnie dużo obiecywał sobie po Biznesowych implikacjach rozwoju technologicznego. Po zakończeniu nauki chce zarządzać nowo powstałymi spółkami technologicznymi. Jednak po pierwszych tygodniach był bardzo rozczarowany. - Uważałem, że to nie ma sensu - mówi. Dopiero kilka miesięcy później, pracując nad ostatecznym projektem, Pickard doznał olśnienia. Wszystkie elementy programu złożyły mu się w całość. - Ujrzałem pełny obraz - twierdzi.
Prawdziwym sprawdzianem nowego programu będzie jednak to, czy firmy będą chciały zatrudnić absolwentów Rensselaer. Keith A. Davey, wiceprezes Ford Motor China ds. planowania i rozwoju, był zaangażowany w program uczelni od samego początku jako jeden z doradców ze strony sektora korporacyjnego. - Ten model to fantastyczny pierwszy krok w stronę tak bardzo potrzebnej radykalnej reformy MBA - mówi Davey. Liczba firm, które chcą zatrudnić studentów pierwszego roku na letnie staże w 2005 r., wzrosła ponaddwukrotnie w porównaniu z rokiem ubiegłym.
Rensselaer zapoczątkował reformatorski trend, ale inne mniejsze uczelnie oferujące MBA także myślą o ich przedefiniowaniu. Tepper School of Business przy Carnegie Mellon University ograniczyła liczbę podstawowych kursów, tak by studenci mogli się skupić na bardziej zintegrowanych przedmiotach, takich jak marketing internetowy i analiza inwestycji. - Nawet niewielka zmiana pomaga przyciągać kandydatów - uważa Kenneth B. Dunn, dziekan szkoły. W Haas School of Business przy Uniwersytecie Kalifornijskim pełniący obowiązki dziekana Richard K. Lyons pracuje nad stworzeniem centrów badawczych, w których mogliby współpracować profesorowie z różnych dziedzin. - Szukamy przestrzeni pomiędzy poszczególnymi kierunkami nauki - mówi Lyons.
Zagadnienia interdyscyplinarne to pole, na którym szkoły biznesu naprawdę mogą odcisnąć swoje piętno, ale to bardzo trudne zadanie. Wygląda jednak na to, że Rensselaer znalazła na to sposób.
MBA po reformie
Rensselaer Polytechnic Institute jesienią ubiegłego roku uruchomił nowy program, który może zrewolucjonizować nauczanie MBA. Co nowego oferuje? Oto porównanie:
Tradycyjne MBA
- jednorazowe kursy z finansów, marketingu itd.
- profesorowie rzadko, o ile w ogóle, współpracują z sobą
- nacisk kładziony jest na tradycyjne przedmioty
MBA w Rensselaer
- pięć "strumieni wiedzy" obejmujących wszystkie tematy
- nauczanie opiera się na współpracy kadry naukowej
- nacisk kładziony jest na sytuacje i projekty
wzięte z prawdziwego biznesu
Źródło: BusinessWeek, RPI
Geoff Gloeckler