18-latka uwięziona w domu na Ursynowie. Przeżyła prawdziwy horror

18-latka uwięziona w domu na Ursynowie. Przeżyła prawdziwy horror

Radiowóz policyjny, zdjęcie ilustracyjne
Radiowóz policyjny, zdjęcie ilustracyjne Źródło: Pixabay / AndrzejRembowski
18-letnia Anastazja została zmuszona do pracy przy handlu narkotykami w domu na warszawskim Ursynowie. Zamknięta, zastraszana i izolowana od świata, trafiła do szpitala po wypadku radiowozu. Jej historia ujawnia mechanizmy handlu ludźmi w Polsce.

– Moja córka była zmuszona do pracy przy handlu narkotykami. Zamknięto ją w domu na Ursynowie, z którego nie miała prawa wychodzić. Grożono, że jeśli ucieknie, znajdą ją, a potem zabiją – mówi dziennikarzom Gazety Wyborczej Tatiana, matka 18-letniej Anastazji. Rodzina dziewczyny pochodzi z Ukrainy. Z Anastazją nie ma obecnie kontaktu. Przebywa na oddziale intensywnej terapii, jej stan lekarze określają jako ciężki.

Ogłoszenie o pracę pierwszym stopniem do piekła

Anastazja skończyła 18 lat w kwietniu ubiegłego roku. Jesienią po raz pierwszy wyjechała za granicę – do Katowic, gdzie mieszkała grupa znajomych z jej rodzinnych stron. Początkowo planowała krótki pobyt, jednak z powodu problemów z dostawami prądu w Ukrainie zdecydowała się zostać w Polsce na zimę i tutaj podjąć pracę.

Najpierw zatrudniła się w fabryce, później natrafiła na ogłoszenie w komunikatorze Telegram. Dotyczyło pracy w rosyjskojęzycznym call center w Warszawie. Anastazja odpowiedziała.

Na miejsce pojechała po raz pierwszy w okolicach Nowego Roku. „Call center” mieściło się w segmencie dużego domu przy ulicy Bekasów na Ursynowie, niedaleko Jeziora Imielińskiego. Po zamknięciu lokalu przez policję sąsiedzi twierdzili, że nie mieli pojęcia, co działo się w środku. – Każdy tu żyje swoim życiem, nie ma tu sąsiedzkiej społeczności – mówiła jedna z mieszkanek.

Groźby, izolacja i przemoc

Według informatora dziennikarzy, osoby zainteresowane pracą musiały wypełniać szczegółowe ankiety z danymi osobowymi, w tym numerem paszportu. Następnie pokazywano im nagrania brutalnej przemocy. Przekaz był prosty: brak współpracy oznacza konsekwencje.

– Kiedy moja córka zaczęła tam pracować, wciąż miałam z nią kontakt. Pisała, że wszystko u niej w porządku, że ma dobrą pracę. Nigdy nie napisała jednak, gdzie pracuje i czym się zajmuje – relacjonuje Tatiana.

Domem zarządzało dwóch obywateli Ukrainy w wieku 24 i 34 lat. To oni mieli wydawać polecenia i stosować groźby. Przetrzymywane osoby mieszkały w tym samym budynku, nie mogły go opuszczać, a jedzenie dostarczali im przełożeni. Według źródeł mężczyźni byli powiązani ze zorganizowaną grupą przestępczą ze Wschodu.

Policyjna akcja i zarzuty handlu ludźmi

Nielegalne narkotykowe „call center” działało przez kilka miesięcy. Anastazja spędziła tam około trzech tygodni. Przełom nastąpił dzięki 22-letniemu Artemowi, któremu udało się uciec i zadzwonić pod numer alarmowy 112.

15 stycznia do domu na Ursynowie wkroczyli uzbrojeni policjanci. W środku zastali 22 osoby z Ukrainy. Początkowo wszyscy trafili do izb zatrzymań, również Anastazja.

Zarzuty przedstawiono dwóm organizatorom procederu. Prokuratura podejrzewa ich o udział w zorganizowanej grupie przestępczej o charakterze zbrojnym, handel narkotykami oraz handel ludźmi. Grozi im do 25 lat więzienia.

Policja zawnioskowała o deportację 12 osób, uznając, że „stwarzały realne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa i porządku publicznego”. Sąd wyraził na to zgodę. Osoby te wydalono do Ukrainy i objęto 10-letnim zakazem wjazdu do strefy Schengen. Zarzutów im jednak nie postawiono. Jak przekazał Paweł Chmura z biura prasowego Komendy Stołecznej Policji, nie pozwalał na to zgromadzony materiał dowodowy.

Wypadek radiowozu. Anastazja walczy o zdrowie

Status pokrzywdzonych uzyskało dziewięć osób, w tym Anastazja i Artem. Zostali objęci pomocą fundacji La Strada, zajmującej się przeciwdziałaniem handlowi ludźmi.

Najciężej poszkodowana jest jednak Anastazja. 16 stycznia była przewożona z przesłuchania do izby zatrzymań. Nieoznakowany radiowóz jechał na sygnale, przewożąc pięć osób. – Moja córka opowiedziała, że jechali bardzo szybko, można powiedzieć zygzakiem. Ostatnie co pamięta to głośny huk – mówi Tatiana.

Do wypadku doszło na skrzyżowaniu na Woli, gdy radiowóz wjechał na czerwonym świetle. Anastazja siedziała z tyłu, skuta kajdankami. Doznała poważnych obrażeń – ma usuniętą śledzionę, liczne złamania żeber i miednicy. Jej stan jest ciężki. Rodzina nie została poinformowana o wypadku. Matka dowiedziała się o hospitalizacji córki od jej znajomych i natychmiast przyjechała do Warszawy. – Teraz najważniejsze jest dla mnie to, żeby wróciła do zdrowia – podkreśla.

Dodaje, że mimo upływu kilku tygodni nikt z policji nie skontaktował się z nią w tej sprawie.

Czytaj też:
Policja uderza w handel ludźmi. Cztery ofiary odnalezione w Polsce
Czytaj też:
Jeden z najbogatszych Polaków opuszcza więzienie. Był skazany za zabójstwo bossa mafii

Opracowała:
Źródło: Gazeta Wyborcza