Agnieszka Niesłuchowska, „Wprost”: Ryszard Czarnecki twierdzi, że to największy kryzys w PiS od lat. Z kolei Michał Dworczyk sugeruje, że wciąż trwają próby jego zażegnania. Czy to tylko polityczna kokieteria, czy wreszcie dojdzie do formalnego wyrzucenia z partii rozłamowców.
Marcin Kędryna: Patrząc na tę sytuację od kilku dni, mam przed oczami popularny mem: siedzi wąsaty facet na fotelu, ma błogi uśmiech a pod obrazkiem jest podpis: „I bardzo, k…. dobrze”. Uważam po prostu, że to rozstrzygnięcie powinno nastąpić pół roku wcześniej – dla dobra wszystkich.
Dobrze dla kogo?
Dla konserwatywnego elektoratu.
Prezes Jarosław Kaczyński nie krył jednak rozgoryczenia. Chyba nie spodziewał się, że – jak twierdzi – Mateusz Morawiecki będzie parł do przejęcia władzy w partii i próby pozbawienia go prezesury.
Do tego typu rewelacji podchodzę z dużą rezerwą. O tym, co dzieje się wewnątrz ugrupowań, dowiadujemy się od dziennikarzy, którzy rzadko cokolwiek weryfikują. A akurat politycy PiS są mistrzami świata w „spinie” – zwłaszcza mediom, które uważają za wrogie. Ktoś coś wrzuca, nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością, ale rusza ogólnokrajowa dyskusja. Widziałem ten mechanizm wielokrotnie przez ostatnią dekadę.
Powołuję się jednak na bezpośredni cytat z prezesa PiS, który w TV Republika stwierdził, że Morawiecki wprost zapowiedział mu chęć przejęcia partii.
Rozumiem, tylko Jarosław Kaczyński ma swoje traumatyczne doświadczenia. Po wyborach prezydenckich w 2010 roku politycy PJN uznali, że stworzą „bardziej cywilizowany PiS”. Koniec końców niczego takiego nie zbudowali, większość wylądowała w Platformie Obywatelskiej i z czasem zaczęła zwalczać PiS ze zdwojoną energią.
Mogę jedynie przypuszczać, że gdy Mateusz Morawiecki mówił o budowaniu „drugiego płuca”, prezes zdiagnozował to właśnie przez pryzmat tamtej traumy.
Mówi pan, że ten przełom był potrzebny. Z drugiej strony politycy PiS robią dziś wiele, by narzucić narrację o „zdradzie” Morawieckiego – przypominają jego doradztwo dla Tuska, ruszyła wręcz kampania obrzydzania byłego premiera. Czy to zadziała na zbitych z tropu wyborców?
Warto zwrócić uwagę na inną rzecz. Przez ostatnią dekadę spore grono ludzi, w imię wyimaginowanej jedności prawicy, nie pozwalało sobie na słowo krytyki działań tzw. Zjednoczonej Prawicy. Dziś ci sami ludzie otwierają oczy i nagle mówią głośno, co tak naprawdę myślą o Kurskim, Sasinie, Mateckim czy innych postaciach. Patrzą na ich obecne zachowanie, przypominają sobie wcześniejsze i głośno mówią, że przekroczono granicę.
No dobrze, ale co na zaostrzającej się wojnie z Morawieckim może zyskać PiS? I czy w ogóle coś zyska.
PiS wszedł obecnie w tryb walki wyłącznie o żelazny elektorat – czyli o jakieś 15–17 proc. A partia, która walczy o taki wynik, nie walczy o przejęcie władzy. Z mojego punktu widzenia największym przekleństwem PiS jest fakt, że dla większości jego posłów, PiS zawsze był partią opozycyjną, której głównym celem jest reelekcja za wszelką cenę, a nie wzięcie odpowiedzialności za rządzenie. To jest kolejny dowód na permanentny kryzys podziału władzy. I wcale nie chodzi mi o sądownictwo.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
