Rosyjska rakieta nad Polską. Dyżurny miał spać, inny nie zdążył do radiostacji

Rosyjska rakieta nad Polską. Dyżurny miał spać, inny nie zdążył do radiostacji

Syreny alarmowe, zdjęcie ilustracyjne
Syreny alarmowe, zdjęcie ilustracyjne Źródło: Shutterstock / Desintegrator
W 10 z 17 powiatów Lubelszczyzny nie uruchomiono syren. W jednym dyżurny spał, w innym nie zdążył do radiostacji – ustaliły media.

Wirtualna Polska ujawniła szczegóły problemów z systemem alarmowania podczas wtargnięcia rosyjskiej rakiety nad Polskę 30 lipca. Z ustaleń portalu wynika, że zawodziły kolejne elementy procedury: od szybkości przekazywania informacji po organizację nocnych dyżurów w powiatach.

Problemy potwierdził wcześniej wojewoda lubelski Krzysztof Komorski. Spośród 17 powiatów objętych alarmem tylko w siedmiu syreny zostały uruchomione zgodnie z poleceniem.

Rakieta spadła o 3:45. Polecenie dotarło później

Z oficjalnej chronologii Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego wynika, że już około godz. 3:09 powiatowe centra zarządzania kryzysowego zostały poinformowane o konieczności prowadzenia nasłuchu. O godz. 3:39 Rządowe Centrum Bezpieczeństwa przekazało informację o realnym zagrożeniu, a o godz. 3:44 rozpoczęto procedurę uruchamiania syren.

Najbardziej wymowna jest jednak sytuacja w powiecie biłgorajskim, gdzie rakieta Ch-101 spadła w Tarnawie-Kolonii.

Starosta Andrzej Szarlip przekazał WP, że SMS o konieczności prowadzenia nasłuchu otrzymał o godz. 3:44, czyli około minuty przed wybuchem. Dyżurujący pracownik starostwa dostał wiadomość chwilę później. Polecenie uruchomienia syren trafiło natomiast do stanowiska kierowania straży pożarnej mailem dopiero o godz. 3:49 – cztery minuty po uderzeniu rakiety.

Mieszkańcy zaczęli wówczas sami dzwonić pod numer 112, informując o wybuchu.

Jeden dyżurny spał, drugi nie zdążył do urzędu

W innych powiatach zawiodła organizacja dyżurów. W powiecie tomaszowskim radiostacja potrzebna do odebrania polecenia znajduje się w budynku starostwa, natomiast pracownik pełnił dyżur z domu. Na dotarcie na miejsce miał 15 minut. Zanim dojechał, alarm został już odwołany.

Jeszcze inaczej wyglądała sytuacja w powiecie puławskim. Dyżurny nie usłyszał SMS-a i nie obudził się. Starosta Teresa Gutowska tłumaczyła, że pracownicy dzień wcześniej byli zaangażowani w działania związane ze skażeniem wody w Kazimierzu Dolnym, a urząd nie ma środków na utrzymywanie dodatkowej obsady. – Po prostu człowiek musi się obudzić i rozpocząć całą procedurę. No a człowiek też zawodzi – przyznała w rozmowie z WP.

W powiecie kraśnickim pracownik miał natomiast opóźnić reakcję, ponieważ przed uruchomieniem syren próbował skontaktować się ze swoim przełożonym. WP nie otrzymała wyjaśnień dotyczących braku alarmu w Chełmie i Zamościu.

System ma zostać przebudowany

Wojewoda lubelski zapowiedział skrócenie całej ścieżki decyzyjnej. Część uprawnień związanych z uruchamianiem alarmu ma zostać przeniesiona na poziom wojewódzki. Jak stwierdził Komorski, z obecnego procesu „trzeba wyjąć kilka ogniw”.

Problemem pozostaje infrastruktura. Jak ustaliła WP, spośród 364 syren w województwie tylko 164 mogą zostać włączone zdalnie. Do pozostałych 200 potrzebna jest fizyczna obecność człowieka. Jeszcze w tym roku w regionie ma pojawić się 200 nowych urządzeń.

Ustalenia WP wpisują się w opisywany już przez „Wprost” problem niespójnego systemu ostrzegania. Gen. bryg. Artur Jakubczyk wskazywał, że alarm powinien być automatycznie połączony z przekazywaniem mieszkańcom konkretnych informacji o zagrożeniu i sposobie postępowania.

Czytaj też:
Gen. Polko po incydencie z rosyjską rakietą w Polsce. „Okno czasowe się zamknie”
Czytaj też:
RCB rozesłało SMS-a do wszystkich Polaków, link nie działa. Poseł PiS: Totalna amatorka

Źródło: WPROST.pl / Wirtualna Polska