Wirtualna Polska ujawniła szczegóły problemów z systemem alarmowania podczas wtargnięcia rosyjskiej rakiety nad Polskę 30 lipca. Z ustaleń portalu wynika, że zawodziły kolejne elementy procedury: od szybkości przekazywania informacji po organizację nocnych dyżurów w powiatach.
Problemy potwierdził wcześniej wojewoda lubelski Krzysztof Komorski. Spośród 17 powiatów objętych alarmem tylko w siedmiu syreny zostały uruchomione zgodnie z poleceniem.
Rakieta spadła o 3:45. Polecenie dotarło później
Z oficjalnej chronologii Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego wynika, że już około godz. 3:09 powiatowe centra zarządzania kryzysowego zostały poinformowane o konieczności prowadzenia nasłuchu. O godz. 3:39 Rządowe Centrum Bezpieczeństwa przekazało informację o realnym zagrożeniu, a o godz. 3:44 rozpoczęto procedurę uruchamiania syren.
Najbardziej wymowna jest jednak sytuacja w powiecie biłgorajskim, gdzie rakieta Ch-101 spadła w Tarnawie-Kolonii.
Starosta Andrzej Szarlip przekazał WP, że SMS o konieczności prowadzenia nasłuchu otrzymał o godz. 3:44, czyli około minuty przed wybuchem. Dyżurujący pracownik starostwa dostał wiadomość chwilę później. Polecenie uruchomienia syren trafiło natomiast do stanowiska kierowania straży pożarnej mailem dopiero o godz. 3:49 – cztery minuty po uderzeniu rakiety.
Mieszkańcy zaczęli wówczas sami dzwonić pod numer 112, informując o wybuchu.
Jeden dyżurny spał, drugi nie zdążył do urzędu
W innych powiatach zawiodła organizacja dyżurów. W powiecie tomaszowskim radiostacja potrzebna do odebrania polecenia znajduje się w budynku starostwa, natomiast pracownik pełnił dyżur z domu. Na dotarcie na miejsce miał 15 minut. Zanim dojechał, alarm został już odwołany.
Jeszcze inaczej wyglądała sytuacja w powiecie puławskim. Dyżurny nie usłyszał SMS-a i nie obudził się. Starosta Teresa Gutowska tłumaczyła, że pracownicy dzień wcześniej byli zaangażowani w działania związane ze skażeniem wody w Kazimierzu Dolnym, a urząd nie ma środków na utrzymywanie dodatkowej obsady. – Po prostu człowiek musi się obudzić i rozpocząć całą procedurę. No a człowiek też zawodzi – przyznała w rozmowie z WP.
W powiecie kraśnickim pracownik miał natomiast opóźnić reakcję, ponieważ przed uruchomieniem syren próbował skontaktować się ze swoim przełożonym. WP nie otrzymała wyjaśnień dotyczących braku alarmu w Chełmie i Zamościu.
System ma zostać przebudowany
Wojewoda lubelski zapowiedział skrócenie całej ścieżki decyzyjnej. Część uprawnień związanych z uruchamianiem alarmu ma zostać przeniesiona na poziom wojewódzki. Jak stwierdził Komorski, z obecnego procesu „trzeba wyjąć kilka ogniw”.
Problemem pozostaje infrastruktura. Jak ustaliła WP, spośród 364 syren w województwie tylko 164 mogą zostać włączone zdalnie. Do pozostałych 200 potrzebna jest fizyczna obecność człowieka. Jeszcze w tym roku w regionie ma pojawić się 200 nowych urządzeń.
Ustalenia WP wpisują się w opisywany już przez „Wprost” problem niespójnego systemu ostrzegania. Gen. bryg. Artur Jakubczyk wskazywał, że alarm powinien być automatycznie połączony z przekazywaniem mieszkańcom konkretnych informacji o zagrożeniu i sposobie postępowania.
Czytaj też:
Gen. Polko po incydencie z rosyjską rakietą w Polsce. „Okno czasowe się zamknie” Czytaj też:
RCB rozesłało SMS-a do wszystkich Polaków, link nie działa. Poseł PiS: Totalna amatorka
