Fiasko referendum przeciwko Trzaskowskiemu? „Szykuje sobie alibi”

Fiasko referendum przeciwko Trzaskowskiemu? „Szykuje sobie alibi”

Rafał Trzaskowski
Rafał Trzaskowski Źródło: PAP / Marcin Obara
Referendum ws. odwołania Rafała Trzaskowskiego nie dostało oficjalnego wsparcia żadnej dużej partii. Organizatorzy mają coraz mniej czasu na zebranie podpisów.

Do 28 września organizatorzy referendum w sprawie odwołania Rafała Trzaskowskiego mają czas na zebranie wymaganej liczby podpisów.

Referendum ws. Trzaskowskiego. Ile podpisów zebrano?

– Kluczowa informacja dziś jest taka: z dużą radością ogłaszam, że osiągnęliśmy pułap 100 tys. zebranych podpisów w akcji oddolnej, obywatelskiej, opartej na wolontariacie. Jesteśmy z tego wyniku ogromnie dumni – ogłosił Maciej Wilk w poniedziałek 14 września.

Do przeprowadzenia referendum potrzeba 132 tys. ważnych podpisów. Organizatorzy sami przyznają jednak, że chcą mieć znacznie większy zapas, ponieważ część kart może zostać zakwestionowana. Ich zdaniem bezpieczny wynik to 150-160 tys. podpisów.

Na zebranie kolejnych podpisów zostały niespełna dwa tygodnie. Maciej Wilk przekonuje, że jego wolontariusze zdobywają średnio około 2 tys. podpisów dziennie. Przy utrzymaniu takiego tempa do 28 września mogłoby przybyć jeszcze około 28-30 tys. podpisów. Taki wynik oznaczałby około 130 tys. zebranych podpisów, czyli mniej więcej tyle, ile wynosi ustawowe minimum.

– Chcemy zebrać nie tylko brakujące 30 tys., ale i duży naddatek, minimum to 150-160 tys. Poniżej nie ma sensu nawet ich składać do komisarza – mówił Maciej Wilk.

Podczas wyborów na prezydenta Warszawy w 2024 roku prawicowi rywale Rafała Trzaskowskiego otrzymali łącznie blisko 230 tys. głosów. Oznacza to, że inicjatywie Wilka nie udało się na razie zmobilizować nawet połowy tego elektoratu.

Chcieli odwołać Trzaskowskiego. Poparł ich tylko Braun

Referendum nie doczekało się też szerokiego poparcia ze strony partii politycznych. Oficjalnie inicjatywę poparł Grzegorz Braun, a także Janusz Korwin-Mikke. Pozostałe ugrupowania zachowują dystans.

Sebastian Kaleta z PiS przekonuje, że jego partia nie blokuje jednak swoim działaczom udziału w akcji. – Obserwujemy tę inicjatywę z życzliwego dystansu – mówi poseł. – Szanujemy deklarację organizatorów o tym, że zbiórka podpisów ma charakter oddolny, apartyjny. Nasi działacze mieli wolną rękę, wśród wolontariuszy są ludzie z PiS, na przykład Oskar Szafarowicz – dodaje.

– Jakbyśmy się włączyli w zbiórkę, a zakończyłaby się fiaskiem, to oni natychmiast by zrzucili winę na nas, że zepsuliśmy piękną apolityczną inicjatywę – ocenia anonimowo inny polityk PiS.

Jeszcze ostrzej sytuację ocenia Anna Maria Żukowska. – Nie przekonali nikogo. Nie mają wsparcia żadnej partii. Nawet PiS, nawet Konfederacji. Wszyscy czuli, że w Warszawie nie ma emocji za odwołaniem Trzaskowskiego. Nikt nie chciał się włączyć do czegoś, co się skończy klęską. – mówi posłanka i szefowa warszawskich struktur lewicy.

Referendum w Warszawie? Wilk skarży się na przepisy

Organizatorzy referendum zwracają uwagę również na przepisy dotyczące organizacji referendum.

"Skandalem i niegodziwością na skalę państwową jest fakt, że w trzeciej dekadzie XXI wieku obywatele wciąż są zmuszani do zbierania podpisów w ważnych dla siebie sprawach na ulicach – w upale, w deszczu, na papierowych kartkach" – skarżył się Maciej Wilk. Wskazywał również na możliwość odrzucania podpisów z powodów, które jego zdaniem są absurdalne.

– Gdy przeczytałam ten wpis, to już wiedziałam, że pan Wilk szykuje sobie alibi na to, dlaczego nie zebrał podpisów. Referendum nie będzie, nie wierzę w to. I nie wierzę w te liczby podpisów, które podają organizatorzy – stwierdziła Dorota Łoboda, warszawska posłanka KO.

Czytaj też:
Trzaskowski odwołany? Decydująca faza przed referendum. „Dwukrotnie chciał uciec”

Opracowała:
Źródło: Gazeta Wyborcza