Czy jednak absurdalność oskarżeń formułowanych przez o. Tadeusza Rydzyka jest wystarczającym uzasadnieniem tego, by poświęcać im aż tyle miejsca w debacie publicznej? Nie. Bo prawdziwa polityka nie powinna polegać na nieustannym komentowaniu jednej wypowiedzi, po którym następuje komentowanie komentarzy i – nieuchronne – komentowanie komentarzy do komentarzy połączone z dokonywaniem rozmaitych interpretacji wypowiedzi, rozkładaniem jej na czynniki pierwsze, wypominaniem sobie wcześniejszych wypowiedzi etc. etc. Czy naprawdę słowa o. Rydzyka są naszym najpoważniejszym problemem? Czy nie jest nim aby widmo kryzysu finansów publicznych, który krąży nad każdym europejskim krajem? Czy nie jest nim bezrobocie? Drogi? System emerytalny, który jak był niewydolny, tak niewydolny pozostał? Służba zdrowia?
Na szczęście dla siebie rząd wszystkimi tymi problemami zajmować się nie musi – bo ma opozycję, która wszystkimi tymi problemami zajmować się nie chce. Gdyby PiS nie istniał – to Platforma musiałaby go wymyślić. Bo po co podejmować trudne i niepopularne decyzje, skoro można administrować krajem i co jakiś czas pokazywać palcem na rywala mówiąc: „Ok, nie jesteśmy doskonali, ale chcecie żeby to oni rządzili?". A rywal nieustannie prowokuje do takiego zachowania. Czy eurodeputowani PiS zapraszający o. Rydzyka do Brukseli nie wiedzieli, że znany z ostrego języka dyrektor Radia Maryja może powiedzieć o jedno słowo za dużo? Czy – skoro powiedział już to słowo – PiS musiał automatycznie stawać za dyrektorem Radia Maryja murem i przekonywać, że z jego wypowiedzi da się wyłuskać ziarna prawdy? Czy politycy PiS muszą przedłużać Rydzykgate w nieskończoność, ba – dolewać oliwy do ognia – apelując o debatę na temat polskiej demokracji w Parlamencie Europejskim? Nie muszą. Ale najwyraźniej chcą. Bo to dużo prostszy sposób na zapewnienie sobie głosów w spolaryzowanym przez wojnę polsko-polską społeczeństwie niż podejmowanie merytorycznej debaty.Podobnie zachowuje się Platforma. PO też mogłaby wzruszyć ramionami i zająć się innymi sprawami – ale po co, skoro o. Rydzyk, a potem PiS wystawiają jej piłkę i można bez trudu strzelić kolejną bramkę? I PO strzela. Platforma wie, że twardego PiS-owskiego elektoratu do siebie nie przekona, ale ten elektorat to ok. 30 procent wyborców. 70 procent się PiS-u boi. A skoro się boją, to czemu nie wykorzystać okazji, by postraszyć ich jeszcze bardziej? A Polska? Cóż, przez cztery lata może się jeszcze uda. A potem niech się martwi jakiś krajowy Jeorjos Papandreu.
W rezultacie polityka w Polsce to przechodzenie od jednego tematu zastępczego, do drugiego. Jak nie o. Rydzyk, to badania psychiatryczne Jarosława Kaczyńskiego. Jak nie hel w Smoleńsku, to debaty o tym czy marsze po Krakowskim Przedmieściu są już faszyzmem, czy może jeszcze nie. Gdyby jeszcze świat był wyrozumiały i zaczekał na nas, dając nam czas na wyleczenie się z fascynacji naszym narodowym sportem - można by było zacisnąć zęby i to przeczekać. Problem w tym, że świat czekać nie chce. A kiedy się zorientujemy, że powinniśmy wyjrzeć z naszych PO-PiS-owych okopów i rozejrzeć się dookoła, może być już za późno na refleksję, że prawdziwa historia pisana jest poza piaskownicą w której walczymy.