Tuskowie na walizkach

Tuskowie na walizkach

Bić się o Brukselę czy nie? Donald Tusk wahał się przez wiele miesięcy. Jego wątpliwości nie znajdowały zrozumienia tylko w jednym miejscu – w domu.

Gosia by się ucieszyła, jakieś pieniądze zacząłby przynosić do domu, a nie w dziesięć dni się rozchodzi na pokrycie rachunków i cześć – w ten sposób jeszcze niedawno opisywał perspektywę wyjazdu Donalda Tuska do Brukseli jeden z jego najbliższych współpracowników. – Dzieci by odetchnęły wreszcie, trochę by się media odczepiły od nich. Michał mógłby jakąś pracę znaleźć normalną – kontynuował swoją analizę. Politycy PO w nieoficjalnych rozmowach przyznają, że w rozstrzygnięciu brukselskich dylematów Tuska rodzina odgrywała dużą rolę. Podobno bliscy premiera byli za tym, żeby premier zdecydował się na wyjazd. Opowiada ważny polityk PO: – Bardzo mocno kieruje nim jedna motywacja – żeby zapisać się w historii. Na przykład jako pierwszy premier sprawujący władzę przez dwie kadencje. A może nawet trzy, taka myśl zakiełkowała po drugim wyborczym zwycięstwie. Mimo początkowych oporów perspektywa przewodzenia Unii Europejskiej w pewnym momencie także wydała mu się historyczna.

ŻONA – BOKIEM DO POLITYKI

– Ja mu od początku małżeństwa suszę głowę, że wciąż jest poza domem, a ja nie mam nawet satysfakcji materialnej – mówiła Małgorzata Tusk w wywiadzie dla „Tygodnika Solidarność” udzielonym na początku lat 90., jeszcze w czasach KLD. To tam opowiedziała słynną potem historię, jak kiedyś mężowi nie spodobało się danie, które przygotowała na obiad. Tusk rzucił nim o ścianę. – Kiedyś lubił wypić. Robił się wtedy marudny. Wciąż pytał: czy mnie kochasz? – opowiadała Małgorzata Tusk.

Dziś już by takiego wywiadu nie udzieliła, o polityce wiele się od tego czasu nauczyła, podobnie jak Donald Tusk. Rok temu wydała swoją biografię, w której opowiedziała o kulisach małżeństwa i życia rodzinnego Tusków. Niektórzy bali się skandalu, ale żadnego nie było. Wydaniu książki towarzyszyły sesje i wywiady w kolorowych pismach, w których Małgorzata Tusk ujawniała na przykład, że jej mąż płacze na „Królu lwie”. Ale przyznała także, że jako małżonkowie przechodzili poważne kryzysy. Największy wskutek jej romansu z dawnym kolegą Tuska. Książka opowiada o trudach macierzyństwa, dojrzewaniu do roli żony premiera, próbach zachowania odrębnego świata. Małgorzata Tusk bowiem polityką nigdy nie żyła.

Długo nie zdecydowała się na przeprowadzkę do Warszawy, kursując między rodzinnym Sopotem a willą na Parkowej. Polityk PO: – Denerwowały ją zbyt długie narady u Tuska na Parkowej, z winem, cygarami. Potrafiła wpaść i rozpędzić towarzystwo. A jeszcze w czasach początków Platformy, kiedy Tusk zostawał w Warszawie, jej zdarzało się dzwonić do jego kolegów i sprawdzać, czy tam jest. Zawsze uważała, że mężowi nie można pozwalać być zbyt dużo na koloniach – opowiadał jakiś czas temu jeden ze współpracowników premiera. Koledzy Tuska przyznawali, że odkąd przeprowadziła się do rządowej willi, premier zaczął prowadzić bardziej uporządkowany tryb życia. A przy tym coraz bardziej liczyć się ze zdaniem żony w sprawach politycznych. Zresztą brał je pod uwagę zawsze, jak przekonują byli współpracownicy Tuska. – Donald często mówił, że Gosia na przykład widziała kogoś w telewizji i źle mu z oczu patrzy, dlatego trzeba na niego uważać. To było dla niego ważne, mówił, że ufa jej intuicji do ludzi – opowiadał nam wiele miesięcy temu jeden z nich.

W kampanii prezydenckiej 2005 r. Tuskowie wzięli cichy ślub kościelny. Swoją rolę miał odegrać w tym Tomasz Arabski. Choć Małgorzata Tusk w swojej książce ujawnia, że nad duszą Tuska pracowała wówczas Zyta Gilowska: „Dyskutowali o religii zawzięcie całymi godzinami”. Ślubu Tuskom udzielał wówczas abp Tadeusz Gocłowski. Premier przegrał wtedy w wyborach z Lechem Kaczyńskim i Małgorzata Tusk, jak napisała w książce, odetchnęła z ulgą. W kolejnych wyborach cieszyła się już jednak ze zwycięstwa męża.

CÓRKA – DUMA TATUSIA

Nie mniej ważną osobą dla premiera jest jego córka. – Chcesz zginąć z ręki Tuska, powiedz coś złego o Kaśce i już cię nie ma – mówi jeden z polityków PO w książce Michała Majewskiego i Pawła Reszki pt. „Daleko od miłości”.

Dowód na to mogliśmy obserwować 15 kwietnia 2014 r., gdy rozemocjonowany premier w czasie konferencji prasowej tłumaczył się z doniesień prasowych „Super Expressu”. Dziennik napisał, że jego córka korzysta z ochrony BOR. Tusk zwołał konferencję, na której cytował SMS-y z pogróżkami, które miała dostać jego córka. „Twoje bękarty zdechną, a ty zostaniesz zabita […] rozszarpana na strzępy z całą rodziną, jesteście parszywym pomiotem smoleńskiego mordercy”. „Przekaż ryżemu kundlowi, że zostanie zabity za mord smoleński. Ty, bezrobotna dziwko, też zostaniesz zabita i cała wasza rodzina, bo ścierwo ryżego kundla musi być wytępione do pięciu pokoleń”. Wcześniej, w marcu 2012 r., Katarzyna Tusk zawiadomiła sopocką policję, że jest uporczywie nękana. Stalkerowi Łukaszowi P. nie postawiono jednak zarzutów. Córka premiera w mediach zadebiutowała w 1995 r. na łamach „Halo”. Magazyn opublikował zdjęcie Donalda Tuska, wtedy jednego z wiceprzewodniczących Unii Wolności, z ośmioletnią Kasią trzymaną na barana. O medialnym debiucie Tuskówny przypomniała Karolina Korwin Piotrowska w książce „Ćwiartka raz”.

Z przytupem do świata show-biznesu Katarzyna Tusk wkroczyła w 2007 r., występując w piątej edycji „Tańca z gwiazdami”. – Trudno mi będzie patrzeć, jak na oczach całej Polski tańczy z moją córką obcy mężczyzna. Przyznaję, że przez ten taniec cierpię bardzo – tak Tusk zwierzał się wtedy tygodnikowi „Wprost”.

Ostatecznie premier pogodził się z decyzją córki. Nie miał innego wyjścia, bo Tuskówna, tańcząca z włoskim przystojniakiem Stefanem Terrazzino, doszła do półfinału show. I nagle stała się obiektem zainteresowania dziennikarzy tabloidów. Każda zmiana w życiu córki premiera od tamtej pory jest skrupulatnie odnotowywana. Pracować zaczęła, mając 15 lat. Najpierw dorabiała jako niania, a potem zatrudniła się w jednej z sopockich restauracji. – Byłam kelnerką, barmanką, sprzątaczką od mycia toalet.

Pracowałam po 12 godzin dziennie. Nieźle mnie to zaprawiło – mówiła w wywiadzie. Sprzedawała też ciuchy w jednym z butików przy ulicy Bohaterów Monte Cassino w Sopocie. Zarabiać miała wtedy siedem złotych za godzinę. Pracę z powodzeniem udało jej się połączyć ze studiami, psychologią w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Sopocie. Jednak po obronie dyplomu zamieniła gabinet psychologiczny na ekskluzywny świat blogerek modowych. Od 2011 r. razem z dwoma przyjaciółkami, Zofią Cudny oraz Małgorzatą Kostrzak, prowadzi bloga „Make life easier”. Strona poświęcona modzie i kulinariom okazała się biznesowym strzałem w dziesiątkę. W ciągu miesiąca odwiedza ją ponad 800 tys. internautów. Na Facebooku fanów bloga jest ponad 115 tys. Popularność „Make life easier” przekłada się na zarobki Kasi. Ostatnio branża modowa jej miesięczne wpływy z prowadzenia bloga oszacowała na 50-100 tys. zł. Premier nie ukrywa dumy z córki i jej biznesowych osiągnięć. Z okazji drugich urodzin „Make life easier”, narażając się na krytykę nieprzychylnych, napisał na Twitterze: „To najpiękniejszy prezent. Bardzo Cię kocham, Kasiu, i gratuluję”. Blog prowadzony przez Tuskównę oprócz nieobiektywnego ojca doceniają także eksperci. Został wyróżniony w konkursie na Bloga Roku organizowanym przez Onet. Znalazł się też w rankingu blogów modowych miesięcznika „Press”. Choć tam zajął dopiero ósme miejsce.

Komercyjny sukces projektu Kasi Tusk i koleżanek nie przekłada się jednak na przychylność tabloidów. W zasadzie nie ma tygodnia, by któryś z kolorowych magazynów albo serwisów plotkarskich nie wytknął Kasi Tusk, że jej porady modowe nie przystają do polskiej rzeczywistości. Córka premiera regularnie poleca bowiem Polkom ubrania i kosmetyki najwyższej klasy, takie, na które niewielu może sobie pozwolić.

Dzięki blogowi wiemy też, że Kasia nosi rozmiar 32, waży 47 kg i ma 160 cm wzrostu. Lubi swoje długie włosy, oczy i to, że jest drobna. Nie przepada za to za nosem, bo za bardzo przypomina jej nos ojca. Córeczka tatusia podziela jego pasję do biegania, ale nie zdarza im się trenować razem, bo premier preferuje krótsze dystanse. W czasie biegu Kasia najchętniej słucha Sade.

Choć w ostatnim czasie media prześcigały się w informacjach na temat zamążpójścia córki Tuska (podawano nawet dokładną datę ślubu i miejsce uroczystości weselnych), Kasia najprawdopodobniej wciąż jest panną. – Steruje mediami, pokazując pierścionek zaręczynowy, a potem pozując do zdjęć bez niego. Wie, jak podsycać zainteresowanie. Przez ostatnie lata jej medialny temperament się wyostrzył – mówi dziennikarz tabloidu od lat śledzący losy córki premiera. Stanisław Cudny, bo tak nazywa się przyszły zięć premiera, jest rówieśnikiem Kasi. Skończył architekturę na Politechnice Gdańskiej. To zresztą tradycja rodzinna. Mama Staszka też jest architektem i prowadzi swoją pracownię.

Narzeczony Kasi Tusk nie zdecydował się jednak na pracę z matką. Choć wciąż mieszka z nią w Gdyni, postanowił się zawodowo usamodzielnić i założył firmę produkującą m.in. listwy przypodłogowe i inne drewniane materiały wykończeniowe. – Tusk uznaje go za dobrego kandydata na zięcia. Lubią się, bywają razem w kinie. Poza tym Staszek to zapalony narciarz, więc podziela także pasje sportowe przyszłego teścia – mówi jeden z dziennikarzy.


SYN – ŹRÓDŁO NIESPODZIANYCH KŁOPOTÓW

Przez lata wydawało się, że młodszy od siostry o dwa lata Michał Tusk żadnych kłopotów ojcu nie narobi. Przystojny, skromny, inteligentny, dobrze wychowany. Jeszcze jako student socjologii zaczął pracę dziennikarza w trójmiejskim oddziale „Gazety Wyborczej”. Zajmował się tematyką transportu, którą interesował się od dzieciństwa – podobno już w szkole podstawowej znał na pamięć rozkład jazdy PKP, a jako dorosły mężczyzna zrobił prawo jazdy na autobus. Szybko się usamodzielnił, wcześnie chciał na siebie zarabiać i podejmować własne decyzje. Znajomi rodziny twierdzą, że nigdy nie miał zbyt bliskich relacji z ojcem. Kiedyś w wywiadzie powiedział nawet o nim: „Mamy te same nazwiska, ale prowadzimy osobne życia”. Po siedmiu latach odszedł z dziennikarstwa. Trafił do działu analiz i marketingu Portu Lotniczego im. Lecha Wałęsy w Gdańsku. Wydawało się, że to dla niego idealne miejsce – wszak był specjalistą od transportu. Szybko zaczął też pracować dla linii lotniczych OLT Express. I wtedy zaczęły się kłopoty Michała Tuska. W sierpniu 2012 r. Sylwester Latkowski i Michał Majewski opisali we „Wprost” podjęcie współpracy syna premiera z właścicielem OLT Express Marcinem P. Sprawa budziła kontrowersje – wszak biznesmen prowadził też działalność parabankową w ramach swojej spółki Amber Gold. Według organów ścigania wyłudził on pieniądze od ponad 11 tys. osób. W momencie gdy Tusk podejmował z nim współpracę, sprawa nie była jeszcze – rzecz jasna – znana, ale służby specjalne wiedziały, że działalność P. jest prawdopodobnie nieczysta. Podobno ostrzegały premiera, żeby uważał, w co pakuje się jego syn.

Jako odchodzący z zawodu reporter młody Tusk doprowadził do opublikowania wywiadu z dyrektorem zarządzającym linii OLT. Sam opracowywał pytania jako dziennikarz i sam na nie odpowiadał – już jako PR-owiec prywatnej spółki. Z punktu widzenia etyki mediów i biznesu – rzecz absolutnie niedopuszczalna. Dziennikarze „Wprost” zapytali Tuska, czy wchodząc we współpracę z P., zdawał sobie sprawę z kontrowersji. – Nie będę robił z siebie kretyna. Debil nie uwierzy, że nie wiedziałem. Wiedziałem o jednym wyroku karnym P. i zastrzeżeniach KNF wobec Amber Gold. Co mam powiedzieć? Głupota i tyle – odpowiedział syn premiera.

OJCIEC. PASEK DO WYBORU

Politycznych kłopotów premierowi dostarczali też przodkowie. Mowa oczywiście o słynnym „dziadku z Wehrmachtu”. Afera sprzed dziewięciu lat pokazała, że polityk powinien znać przeszłość swojej rodziny. U Donalda Tuska, mimo że z wykształcenia jest historykiem, nie zawsze tak było. – Mój przykład pokazuje, jak łatwo zagubić tożsamość. Kiedy już po studiach po raz pierwszy w życiu spotkałem pisarza Lecha Bądkowskiego, spytał mnie, czy zdaję sobie sprawę ze swych kaszubskich korzeni, które rozpoznał po nazwisku. Zdziwiłem się, bo u mnie w rodzinie nigdy o tym nie mówiono – przyznawał po latach Donald Tusk. O swojej rodzinnej przeszłości Tusk dowiadywał się zatem już jako dorosły człowiek. Niektóre elementy historii rodu miały siłę politycznego granatu. Inne można opowiadać jako anegdoty. Na przykład fakt, że najważniejszy polski polityk swoje nieco egzotyczne imię zawdzięcza babce. Juliana, matka ojca, wyjechała w młodości za granicę i zakochała się w jakimś angielskim lordzie o tym imieniu. Szczegółów tej między narodowej miłości nikt w rodzinie nie znał, ale trwałą po niej pamiątką okazało się obco brzmiące imię, które Juliana nadała ojcu Tuska. Też Donaldowi. Ojciec Donalda Tuska zmarł w wieku 42 lat, gdy syn był w ósmej klasie. Wcześniej przez kilka lat poważnie chorował, w wyniku czego nie mógł wykonywać zawodu stolarza. Tusk wspominał, że po ojcu zostały mu maszynka do golenia, notes ze smutnymi notatkami i niedziałające radio tranzystorowe. Bo w związku z chorobą ojca w domu się nie przelewało. – Po przodkach odziedziczyłem biedę i egzotyczne imię – wspominał po latach obecny premier. W książce „Donald Tusk. Droga do władzy” wspominał: „Ojciec był dla mnie surowy. Dlatego poczułem nawet jakąś ulgę po jego śmierci, o czym myślę dziś z pewnym zażenowaniem. Nigdy nie marzyłem o powrocie do dzieciństwa. Pewnie dlatego, że jak coś zmalowałem – a nie byłem łatwym dzieckiem – ojciec nie wahał się sięgać po pas i lał. [...] Był człowiekiem bardzo silnym i zdecydowanym, cholerykiem. [...] Był bardzo wymagający. I stąd zapewne nadgorliwość w karaniu. Miał różnej grubości paski. Mogłem wybrać pasek cienki lub gruby. Od tego czasu zrozumiałem znaczenie słowa »wybór«”.

Znacznie lepiej wspominał matkę Ewę. Urodzona w przedwojennym Sopocie, w szkole była przezywana „polską świnią”. Kiedy do Gdańska wkroczyli Rosjanie, miała dziesięć lat. Z tamtego okresu zapamiętała wstrząsającą historię: rodzina nie ma co jeść, a w pobliskiej piwnicy leżą martwe konie. Jako szczupłej dziewczynie udaje jej się jednak przedostać do pomieszczenia przez kratę, rodzina spuszcza ją na sznurze do piwnicy, ona odkrawa nożem kawałek zwierzęcego trupa, który potem wszyscy jedzą. Po wojnie pracowała jako sekretarka w gdańskiej Akademii Medycznej. Gdy owdowiała, sama wychowywała dzieci – oprócz Donalda także dwa lata starszą Sonię, która trochę niańczyła młodszego brata. „Mój mąż zawsze powtarza, że do końca życia będzie wielkim dłużnikiem swojej mamy i siostry – opisywała Małgorzata Tusk w swojej książce. – Donek wychowywał się w trudnym środowisku, między ulicą, kolegami z podwórka i podwórkowymi przygodami. W domu nie był żadnego rygoru, Sonia była dla niego punktem odniesienia od tego, co w życiu lepsze i ładniejsze. Podsuwała mu książki, zabierała do kina, odkryła przed nim teatr. Donek lubi powtarzać, że go uratowała”.

Po latach, już jako premier, mógł się siostrze odwdzięczyć. Gdy w 2005 r. Sonia Tusk (dziś tłumaczka z niemieckiego) doznała rozległego wylewu, brat o pomoc poprosił swoją przyjaciółkę, wówczas przewodniczącą sejmowej Komisji Zdrowia. Ewa Kopacz zaangażowała się w pomoc do tego stopnia, że Soni Tusk towarzyszyła niemal bez przerwy, także w szpitalu. Również w Berlinie, gdzie ostatecznie siostra Tuska była operowana. To podobno od tamtej pory Donald Tusk darzy Ewę Kopacz bezgranicznym zaufaniem – także politycznym.

DZIADEK Z WEHRMACHTU

Najbardziej znanym przodkiem Donalda Tuska stał się niewątpliwie Józef Tusk. A to za sprawą jego wcielenia do Wehrmachtu w sierpniu 1944 r. O sprawie zrobiło się głośno w czasie kampanii wyborczej 2005 r.

Choć dziś powszechnie uważa się, że sprawę wyciągnął ówczesny spin doktor PiS Jacek Kurski, tak naprawdę jako pierwszy pytanie o przeszłość dziadka postawił redaktor naczelny „Przekroju” Piotr Najsztub. W wywiadzie, który ukazał się na sześć dni przed pierwszą turą wyborów prezydenckich, dziennikarz spytał lidera PO: „Czy pana dziadek służył w Wehrmachcie?”. Tusk odparł krótko, że obaj jego dziadkowie „wojnę spędzili godnie” oraz że to plotki rozsiewane przez konkurencję. Sprawa była o tyle dziwna, że wówczas opinia publiczna nie słyszała jeszcze w ogóle o sprawie „dziadka z Wehrmachtu”. Pytanie sprawiało więc wrażenie rozbrajania bomby, która ma za chwilę wybuchnąć. Jeśli taki był plan, to się nie powiódł. Tydzień później członek sztabu wyborczego Lecha Kaczyńskiego Jacek Kurski rzucił w jednym z wywiadów, że w domu Tuska mówiło się po niemiecku. „Jest półmrok niedomówień i tajemniczości na temat dziadka Donalda Tuska. […] Poważne źródła na Pomorzu mówią, że dziadek Tuska zgłosił się na ochotnika do Wehrmachtu. Na Pomorzu zdarzało się często wcielanie do Wehrmachtu, ale siłą” – mówił Kurski.

Tusk odpowiedział oburzeniem. Zapewniał, że z dokumentów rodzinnych wynika, iż jego dziadek spędził wojnę w dwóch obozach. Najpierw przebywał w Stutthofie, a następnie trafił do obozu Neuengamme na terenie Niemiec. Lech Kaczyński przepraszał swojego kontrkandydata za incydent, Kurski został nawet przed drugą turą wyborów usunięty ze sztabu wyborczego. Jednak kilka dni później telewizje opublikowały reprodukcję zaświadczenia z berlińskiego archiwum. Potwierdzało ono, że Józef Tusk, urodzony 23 marca 1907 r. w Gdańsku, został wcielony do Wehrmachtu między 2 sierpnia 1944 a 12 października 1944 r. Dokładnej daty nie podano. Dziadek Tuska służył w Kompanii Kadrowej 328. Zapasowego Batalionu Szkolnego Grenadierów. Lider PO tłumaczył, że rodzina nie miała o tym pojęcia. Nie znaczy to jednak, że Kurski miał rację. Okazuje się bowiem, że dziadek Tuska nie trafił do Wehrmachtu dobrowolnie. Skąd o tym wiadomo? Wojenna historia losów dziadka premiera wydawała się na tyle ciekawa, że postanowiła ją zrekonstruować w swojej książce „Dziadek w Wehrmachcie” dziennikarka Barbara Szczepuła. Z jej ustaleń wynika, że w momencie wybuchu wojny Józef Tusk pracował jako telegrafista kolejowy. Nad ranem 1 września do jego mieszkania weszło trzech Niemców. Tusk zdołał uciec, udał się na komisariat policji, gdzie chciał zgłosić napad z włamaniem. Z komisariatu już go jednak nie wypuszczono. Został aresztowany i trafił do obozu przejściowego w Nowym Porcie. Stamtąd przewieziono go do Stutthofu. W niemieckich aktach znalazł się zapis, że Józef Tusk jest „polskim fanatykiem, który zagraża bezpieczeństwu Rzeszy”.

Został przewieziony do obozu koncentracyjnego Neuengamme. Miał w nim przebywać do sierpnia 1942 r. Po zwolnieniu z obozu wrócił do rodziny. Od września 1942 r. do sierpnia 1944 r. pracował jako robotnik w sopockiej firmie Schutz. Sam dziadek premiera w życiorysie, który podyktował w 1974 r. koledze Witoldowi Kledzikowi, tłumaczył, że w okresie od sierpnia 1944 do marca 1945 r. zajmował się kopaniem okopów. Sztab wyborczy Tuska w 2005 r. tłumaczył, że rodzina Tusków znała dokładnie taką wersję historii dziadka Józefa, jaką przekazał on w swoim życiorysie spisanym w 1974 r. Afera z dziadkiem w Wehrmachcie ostatecznie okazała się zatem nieprawdziwa. Niewątpliwie jednak dziewięć lat temu mocno zaszkodziła Tuskowi. Sam bohater zamieszania nie mógł sprawy prostować, gdyż od 1987 r. już nie żył. Po wojnie mieszkał w Sopocie, gdzie pracował jako lutnik. Robił skrzypce, a potem gitary, m.in. dla Seweryna Krajewskiego i Czesława Niemena.

W tym roku Józef Tusk przypomniał o sobie znowu. Wyszło bowiem na jaw, że dalsza część familii premiera, z powodu kłopotów finansowych, wystawiła na aukcję pamiątki po dziadku premiera, Józefie Tusku. Aukcja odbyła się w maju w Warszawie. Lecz mimo wcześniejszych zapowiedzi, że zlicytowanych zostanie 17 dokumentów, fotografii i przedmiotów osobistych z lat 1923-1970 należących do dziadka premiera, ostatecznie na licytację wystawiono tylko jego skrzypce. Wykonany własnoręcznie przez Józefa Tuska instrument sprzedano za 4,5 tys. zł. Resztę pamiątek, w tym niemiecką kartę zaopatrzeniową wydaną przez władze Sopotu czy kartę Państwowego Urzędu Repatriacyjnego Józefa Tuska powracającego do kraju jesienią 1945 r., z aukcji wycofano. Do antykwariatu zgłosił się bowiem przedstawiciel rodziny, który miał zastrzeżenia co do tego, kto jest prawowitym właścicielem pamiątek.

KASZUBSKIE KORZENIE

Jednak nie wszyscy przodkowie Tuska pośmiertnie sprawiali mu kłopoty. W rozmowach prywatnych Tusk z dumą lubił opowiadać o Michale Dawidowskim, swoim przodku w linii prostej. O jego istnieniu obecny premier dowiedział się już jako dorosły człowiek, podobnie jak o tym, że jego rodzina mieszkała na Kaszubach co najmniej od XIII w., a w Gdańsku od 150 lat. Dzieje Dawidowskiego przybliżył w 1924 r. kaszubski historyk Aleksander Majkowski, przy okazji opisu antypruskiego buntu na Pomorzu. „Było to około roku 1830 w czerwcu, kiedy gospodarze Prokowa ze swemi mieszkańcami byli zatrudnieni kopaniem torfu na opał, gdy przybył powstaniec z wieścią, że Niemcy zamierzają zabrać klasztor kartuski. Gospodarz Michał Dawidowski pierwszy wtargnął z cepami do kościoła, i to w chwili, gdy pewien Niemiec stał na drabinie i usiłował zdjąć ze ściany jeden z obrazów”. Franciszek Dawidowski (potomek Michała) także walczył z Niemcami. Z zawodu cieśla, w czasie wojny był przymusowym robotnikiem i pracował na budowie Wilczego Szańca w Kętrzynie. Kiedyś zawaliło się tam rusztowanie. Franciszek został poważnie ranny, stracił oko. Niezwykły zbieg okoliczności sprawił, że w tym samym czasie w Wilczym Szańcu płk Stauffenberg przeprowadził nieudany zamach na Hitlera. Dawidowski trafił na oddział szpitalny z ofiarami zamachu, po kilku dniach placówkę wizytował Adolf Hitler. Według rodzinnej opowieści dziadek Tuska udawał nieprzytomnego, żeby uniknąć konfrontacji z niechcianym gościem. Podobno przywódca Rzeszy pogłaskał go po głowie i poszedł dalej.

Ale nie wszyscy członkowie rodziny mieli nastawienie propolskie. Gdy po wojnie do Gdańska wkroczyła Armia Czerwona, babcia Anna Dawidowska chciała uciekać do Niemiec. Błagała swego męża, żeby rodzina nie zostawała w Gdańsku. Dziadek, przed wojną piłkarz polskiego klubu sportowego w Gdańsku, uparł się, że muszą zostać. Ostatecznie udał chorego na tyfus i dzięki temu fortelowi Anna zgodziła się na pozostanie w Polsce.

Najwyraźniej w rodzinie Tuska kobiety są bardziej skore do wojaży niż mężczyźni. Autobiografia żony premiera kończy się tak: „W piwnicy wciąż leży kilka szarych kartonów, w których sześć lat temu przyniesiono rzeczy Donka z hotelu sejmowego. Zastanawiałam się przez chwilę, ile trzeba będzie zamówić dodatkowych kartonów, żeby spakować nas oboje. Chyba niewiele. Mamy tu głównie książki, trochę ubrań, jakieś drobiazgi, np. butelkę piętnastoletniego wina. Myślę, że w kilka godzin mogę się stąd wyprowadzić, nie pozostawiając po sobie śladu”. Donaldowi Tuskowi takie decyzje najwyraźniej przychodzą z większym trudem. �

Okładka tygodnika WPROST: 36/2014
Więcej możesz przeczytać w 36/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0