Wojna IV generacji

Wojna IV generacji

Konflikt wokół Iranu już się toczy, ale w reżyserii ajatollahów
Kto się spodziewał, że wojna w Iranie zacznie się od zbombardowania instalacji nuklearnych w tym kraju, przeliczył się. Wojna, inna od znanych dotychczas, już się zaczęła. I na razie toczy się tak, jak zaplanowali ajatollahowie. Niepokoić może ich tylko sprawa pewnego przecieku do rosyjskich mediów.

Show z bombą w tle
Od dnia, gdy irańska Gwardia Rewolucyjna aresztowała piętnastu Brytyjczyków (ośmiu marynarzy i siedmiu żołnierzy piechoty morskiej), twierdząc, że nielegalnie wpłynęli na wody terytorialne ich kraju, było jasne, że to nie przypadek. Szczególnie że gwardia - organizacja paramilitarna podlegająca przywódcom religijnym Iranu - rzadko patroluje rzekę Shatt al-Arab między Irakiem i Iranem. Zresztą nigdy nie określono dokładnie, którędy biegnie tam granica. Dzięki temu mogła się spełnić zapowiedź duchowego przywódcy Iranu Alego Chamenei, który oświadczył, że jeśli Rada Bezpieczeństwa przegłosuje "bezprawne sankcje wobec Iranu", Iran też zacznie łamać prawo międzynarodowe. Brytyjczyków aresztowano dwa dni później.
Pozornie nic nie zapowiadało kryzysu. W 2004 r. doszło do podobnego incydentu. Wówczas po trzech dniach i wysłaniu z Londynu noty z wyrazami ubolewania z powodu incydentu żołnierzy zwolniono. Tym razem dzień po aresztowaniu Brytyjczyków Rada Bezpieczeństwa ONZ głosowała rezolucję w sprawie programu nuklearnego Teheranu. Zażądała w niej, by Iran w ciągu 60 dni zawiesił program wzbogacania uranu. Jeśli tego nie zrobi, rada wprowadzi zakaz m.in. eksportu broni do tego kraju. Iran odpowiedział błyskawicznie. Rząd w Teheranie oświadczył, że "nielegalna rezolucja" zmusza go do "częściowego zawieszenia współpracy z Międzynarodową Agencją Energii Atomowej", choć - jak dodano - można tę decyzję zmienić, jeśli ONZ wycofa się z sankcji. Tyle że ta informacja przeszła już niemal bez echa, bo wiadomością numer jeden była sprawa marynarzy i żądań prezydenta Mahmuda Ahmadineżada, by brytyjski rząd ukorzył się przed narodem irańskim.
W kolejnych dniach Teheran wciągnął Londyn w dyskusję o tym, na czyich wodach znaleźli się marynarze i czy staną przed sądem. Nawet ONZ wpadła w tę pułapkę i zaczęła dyskutować o losie 15 Brytyjczyków, zamiast o tym, jak zamknąć irańskie laboratoria, w których nielegalnie wzbogaca się uran. O tym, pod jaką publikę ajatollahowie preparowali informacje, najlepiej świadczy fakt, że w pierwszych dniach kryzysu wiadomości na ten temat nie pojawiły się w dziennikach w języku farsi. Podawał je zaś kontrolowany przez gwardię kanał arabskojęzyczny.

Pułapka bezpieczeństwa
Gdy informacje o pojmaniu marynarzy wreszcie się pojawiły w irańskich mediach, ajatollahowie oświadczyli, że był to ze strony Londynu "akt wojny". Większość Irańczyków popiera plan rozwoju technologii nuklearnych do celów pokojowych. - Wiarygodne informacje, że celem ajatollahów jest zbudowanie broni jądrowej, mogłyby wywołać masowe protesty i obalić reżim, ale tylko pod warunkiem że kraj nie będzie zagrożony z zewnątrz. Jeśli zagrożenie będzie istniało, Irańczycy staną murem za rządem, bez względu na to, jak bardzo go nie lubią w czasie pokoju - uważa Cliff Kupchan z Eurasia Group.
Było niemal pewne, że kryzys wywołany aresztowaniem marynarzy nie będzie przyczyną wybuchu otwartej wojny, a jest raczej próbą wybadania przez ajatollahów, na jak wiele w rozgrywkach z Zachodem mogą sobie pozwolić. Wydaje się, że zakończyli kryzys równie łatwo, jak go rozpoczęli. W połowie ubiegłego tygodnia ich wojowniczą retorykę zastąpiło protekcjonalne stwierdzenie, że rząd brytyjski zmienił zachowanie i pokazał, iż "zależy mu na rozwiązaniu problemu przez rozmowy". Kilka godzin później porwany 4 lutego 2007 r. w Bagdadzie irański dyplomata został uwolniony. Następnego dnia marynarzy odesłano do domu.

Wschodni sojusznik
Iran raczej się nie obawia interwencji Zachodu. Przeciwnie, złość, którą wywołuje w Londynie czy Waszyngtonie, jest mu wiatrem w żagle. Rząd Ahmadineżada oparł politykę zagraniczną nie tyle na wrogości wobec Zachodu, ile na okazywaniu mu lekceważenia. Twardogłowi nie szanują Europy i Ameryki z powodu niekonsekwencji w sprawach nuklearnych. Powszechne jest wśród nich przekonanie, że Pakistan, Indie i Korea Północna dowiodły, że stosowanie nuklearnej polityki faktów prowadzi to tego, iż Zachód przez chwilę będzie protestował, ale z czasem zaakceptuje status quo. Lekceważenie Zachodu znajduje wyraz także w tym, że Iran politykę zagraniczną oparł na Azji. Nie stosuje ona podwójnych standardów, a jej wymagania dotyczą jedynie stosunków gospodarczych. Parcie Rosji i Chin ku pokojowemu rozwiązaniu irańskiego kryzysu nuklearnego coraz bardziej przypomina układy w Europie w 1939 r. Właśnie z tego powodu niedawne przecieki z raportu rosyjskiego wywiadu (że USA zaatakują Iran 6 kwietnia) mogły zaniepokoić Teheran.
"Waszyngton planuje uderzenie na Iran na początku kwietnia. Siły stacjonujące w Zatoce Perskiej są prawie gotowe do nalotów" - podała rosyjska agencja RIA Novosti, powołując się na źródła w wywiadzie. Takie informacje nigdy nie pojawiają się przypadkowo. Część ekspertów uznała je za nieprawdziwe, a ich ujawnienie tłumaczyła chęcią wywołania burzy medialnej. Inni spekulowali, że przecieki są próbą pokrzyżowania planów USA. Wydawało się, że ajatollahowie wciąż mogą liczyć na poparcie Kremla. W końcu wyszło jednak na jaw to, co po cichu działo się na linii Moskwa - Teheran. Otóż okazało się, że Rosjanie wstrzymali dostawy paliwa nuklearnego do budowanego przez nich reaktora w irańskim Buszerze. Oficjalnie powodem miały być niedociągnięcia finansowe strony irańskiej. Żeby jednak nie było złudzeń, ITAR-TASS zacytowała wiceministra spraw zagranicznych Andrieja Denisowa, który stwierdził, że "ogólna sytuacja polityczna nie wpływa pozytywnie na ukończenie projektu". Podany w takim sosie przeciek o amerykańskim ataku, niekoniecznie prawdziwy, znaczy, że Teheran nie tylko nie odpali reaktora, lecz także traci wpływowego sojusznika.

Perska Pandora
Przed atakiem na Irak ostrzegano, że obalenie reżimu Saddama Husajna będzie otwarciem puszki Pandory. Nie ma wątpliwości, że usunięcie reżimu w Teheranie rozwiązałoby część irackich problemów. W lutym 2007 r. amerykańskie dowództwo przedstawiło dowody na to, jak Iran zbroi irackich rebeliantów. Były to zdjęcia wyprodukowanych w 2006 r., a znalezionych w Iraku rakiet ziemia - powietrze Misagh-1, min kierunkowych i pocisków moździerzowych. Co najmniej od dwóch lat o tym samym mówią Irakijczycy, od właścicieli straganów w Bagdadzie po najważniejszych polityków. Niekoniecznie przypadkiem wkrótce po zaognieniu kryzysu z marynarzami Irakiem wstrząsnęła seria zamachów, z których najkrwawszy kosztował życie 152 osób.
Zapędy twardogłowych z Teheranu nie kończą się na chęci zdominowania Iraku. O nasileniu działalności irańskiego wywiadu mówi się m.in. w Libanie, Syrii, Pakistanie i Afganistanie. W tej sytuacji groźby Ahmedineżada czy Chamenei, że w razie ataku użyją "całego potencjału Iranu", "będą działać poza prawem" i mają "tysiące gotowych na śmierć zamachowców", nabierają nowego wymiaru. USA, nawet jeśli poparłaby je Europa (czego raczej nie uczyni), nie stać na przeprowadzenie jedynie bombardowań instalacji nuklearnych, choć o kilka lat mogłyby odwlec budowę irańskiej bomby A, która może być gotowa już w 2009 r. Tylko że taki atak zamiast zamknąć jedną puszkę Pandory, mógłby otworzyć dziesiątki kolejnych. A tocząca się już wojna IV generacji mogłaby zamienić region w piekło.
Okładka tygodnika WPROST: 15/2007
Więcej możesz przeczytać w 15/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 15/2007 (1268)


ZKDP - Nakład kontrolowany