Koniec szamanów

Koniec szamanów

43 procent Polaków ma dość autorytetów
Gdy do auli Uniwersytetu Warszawskiego wchodzili byli prezydenci Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski, rozległy się oklaski". Pierwsze zdanie relacji z tego wydarzenia w "Gazecie Wyborczej" brzmiało jak plagiat "Trybuny Ludu" po zjazdach PZPR. Nic dziwnego. Tamta partia też broniła demokracji. 17 maja na Uniwersytecie Warszawskim odbyło się coś w rodzaju zjazdu założycielskiego związku zawodowego autorytetów, który zawiązał się naprędce, aby bronić rzekomo zagrożonej demokracji. Czy Polacy wierzą tzw. autorytetom? Czy ich w ogóle potrzebują?

Policja autorytetowa
Na temat Jana Pawła II w oficjalnym obiegu PRL nie padało za wiele ciepłych słów. A jednak dla ogromnej większości Polaków był prawdziwym autorytetem. Z sondażu Pentora dla "Wprost" wynika, że dziś tak powszechnie akceptowanych wzorców nie ma. Wbrew histerycznym pohukiwaniom części mediów nie jest to jednak spowodowane spiskiem mającym na celu zniszczenie autorytetów. 51 proc. Polaków przyznaje przecież, że ludzie, których określamy takim mianem, wpływają na ich życie, a wielu uważa nawet, że nie wolno ich krytykować, co trąci radykalizmem. Autorytety więc mamy, ale wybieramy je według ordynacji mniejszościowej, która powoduje, że do parlamentu, czyli do publicznego obiegu, wchodzi wiele osób o mniejszej sile rażenia.
Wzorce co najwyżej środowiskowe czy zawodowe usiłuje się uniwersalizować i przedstawiać jako niekwestionowane i powszechne. Jako kogoś w rodzaju narodowych szamanów. A takich z powodzeniem można - jeszcze za życia - wynieść na cokół i postawić ponad społeczeństwem. Po co? A choćby po to, aby wbili do głowy zmęczonemu wzrostem gospodarczym i brakiem prawdziwych afer społeczeństwu, jak bardzo jest mu źle. Mamy więc do czynienia z czymś w rodzaju autorytetowej policji. Ma ona chronić społeczeństwo przed popadnięciem w zbytnie zadowolenie, a przynajmniej ma mu pokazywać, co jest schodzeniem na manowce demokracji.

Mitologia autorytetów
Postawa polegająca na odrzuceniu wszelkich autorytetów nie jest dominująca, choć to, że 43 proc. Polaków twierdzi, iż na ich życie nie wpływają autorytety, ma swoją wymowę. Tym bardziej że jeszcze 10 lat temu takich "odważnych" było dwa razy mniej. Prawie każdy jednak ma bądź miał osobę, którą nazwałby swoim autorytetem, i nie ma w tym niczego złego. Nauki społeczne odróżniają wszakże autorytety wynikające z kompetencji w danej dziedzinie od autorytetów traktowanych jako mędrcy od wszystkiego. Takie zjawisko nazywane jest mitologizacją autorytetu i w Polsce jest na porządku dziennym.
Jeśli cenimy kardynała Stanisława Dziwisza za to, że przez dziesiątki lat był wiernym pomocnikiem Jana Pawła II, to uważamy, że musi mieć rację także wtedy, gdy zajmuje dwuznaczne stanowisko w sprawie lustracji. Jeśli imponuje nam postawa Bronisława Geremka w czasach "Solidarności" i szefowania MSZ, to ślepo wierzymy, że odmawiając złożenia oświadczenia lustracyjnego, musiał mieć rację, bo tak zasłużony człowiek nie może się mylić. Argumenty się znajdą. Zachowując proporcje, ta sama mitologizacja autorytetu mogła wyprowadzić na ulice zwolenników oskarżanego o pedofilię byłego dyrektora chóru chłopięcego w Poznaniu. Bronili go, argumentując, że to maestro przez duże M, tak jakby wybitny dyrygent musiał być wybitny również w dziedzinie moralności.

Środowiskowi guru
Można się z tym zgadzać lub nie, ale nastał czas pluralizmu, czyli swoistego urynkowienia autorytetów. Nie są to już powszechnie akceptowane ikony, lecz raczej środowiskowi guru. I tego właśnie nie mogą zaakceptować ludzie obrzucający błotem wszystkich, którzy mają czelność podnieść rękę na uświęcone pomnikowe postacie III RP, czyli Adama Michnika, Tadeusza Mazowieckiego czy Bronisława Geremka. Nie mogą się pogodzić z tym, że nikt nie ma monopolu na namaszczenie kogoś na niekwestionowany autorytet. Takim po prostu zostaje się przez aklamację, a nie zakrzyczenie i publicystyczną ekwilibrystykę. Nic nie da lamentowanie nad upadkiem drogowskazów moralnych i powtarzane przez niektórych dziennikarzy: "Nie pozwalam na podważanie autorytetów".
Dziś słowo "autorytet" jest wyjątkowo wieloznaczne. Z badań Pentora dla "Wprost" wynika, że Leszek Kołakowski jest autorytetem dla 20 proc. mieszkańców miast, a tylko dla 10 proc. mieszkańców wsi. Podobnie jest z Leszkiem Balcerowiczem (za autorytet uważa go 35 proc. mieszkańców miast i 24 proc. mieszkańców wsi). Z kolei kardynała Józefa Glempa czy Andrzeja Leppera bardziej cenią mieszkańcy wsi niż miast (odpowiednio: 56 proc. do 40 proc. i 29 proc. do 12 proc.).
Dziś w Polsce jedni zupełnie poważnie utrzymują, że niekwestionowanym autorytetem jest o. Tadeusz Rydzyk. Inni bronią jak lwy niekwestionowanego autorytetu Wojciecha Jaruzelskiego, a jeszcze inni Wisławy Szymborskiej. Każda z tych grup ma ambicję wyniesienia swojego, niszowego w istocie faworyta do rangi powszechnego autorytetu. Z mizernym skutkiem. "Nastąpiło gorączkowe zastanawianie się, jakie osoby mogłyby wesprzeć nasz ad hoc powstały komitet. Uznaliśmy, że oprócz niekwestionowanych autorytetów naukowych w komitecie powinny się znaleźć równie niekwestionowane autorytety moralne" - tłumaczył Feliks Bronisław Pieczka, szef Społecznego Komitetu Ratowania Stoczni Gdańskiej i Przemysłu Okrętowego. I wśród osób, które weszły do komitetu, wymienił m.in. o. Rydzyka i senatora prof. Adama Bielę. Zapewne nie podziela tej opinii Adam Michnik, który podczas niedawnej uroczystości wręczenia tytułu Człowieka Roku "Gazety Wyborczej" abp. Józefowi Życińskiemu nazwał wygłaszającą laudację prof. Barbarę Skargę "niekwestionowanym autorytetem polskiej inteligencji".

Autorytety do szkół
Z inteligencją żyjącą na autorytetach niczym huba na drzewie musi być coraz gorzej, skoro tylko 5 proc. badanych przez Pentor uznało prof. Skargę za autorytet. Adama Michnika tłumaczy częściowo zastrzeżenie, że prof. Skarga jest autorytetem inteligencji polskiej dla obecnych na uroczystości wręczenia nagrody. A stąd już tylko krok do uznania, że dla uczestników innych uroczystości niekwestionowanym autorytetem polskiej inteligencji prof. Skarga nie jest. Gdyby Adam Michnik zdecydował się to powiedzieć wprost, byłby to przewrót porównywalny tylko z pochwałą powszechnej lustracji przez naczelnego "Wyborczej".
Nad bałaganem panującym w kwestii autorytetów załamywała niedawno ręce prof. Magdalena Środa. Wygląda na to, że dobrze zna listę "niekwestionowanych" "Nie brak nam takich wśród zmarłych i wśród żywych, choć bodaj żaden nie należy do PiS" - wykładała kawę na ławę. Tymczasem z sondażu Pentora wynika, że więcej Polaków uważa za autorytet Zbigniewa Ziobrę niż Bronisława Geremka, Leszka Balcerowicza czy Marka Edelmana (którzy zapewne na skali prof. Środy plasują się znacznie wyżej). Mylą się? Dlaczego pupilów znacznej części elit za autorytety uważa co najwyżej czterdzieści kilka procent Polaków, czyli mniejszość? Może należy wprowadzić do szkół nowy przedmiot, na którym uczniowie poznawaliby politycznie poprawne, niekwestionowane autorytety?

Leczenie ucha przez odbyt
Wiara w autorytety powoduje, że błędy autorytetów przyjmowane są za wzorce - twierdził Lew Tołstoj. Studenci, którzy mieli wykłady z psychologii, znają słynne doświadczenie przeprowadzone na Uniwersytecie Yale przez prof. Stanleya Milgrama. Badani przez niego studenci pod wpływem autorytetu godzili się aplikować "ofiarom" śmiertelne dawki wstrząsów elektrycznych. W popularnym podręczniku Roberta Cialdiniego "Wywieranie wpływu na ludzi" można znaleźć także opisy innych doświadczeń potwierdzających, jak opłakane skutki mogą wyniknąć ze ślepej wiary w nieomylność autorytetów. Oto lekarz przepisał pacjentowi krople do prawego ucha. Zapisał je w skrócie "R ear". "R" było skrótem od "right", czyli prawy ("ear" to ucho). Pielęgniarka odczytała zalecenie przełożonego wprost ("rear" oznacza tyłek) i zaaplikowała choremu krople do odbytu. Pacjent również nie protestował, choć leczenie ucha doodbytniczo wygląda na czysty idiotyzm.
Amerykańscy psychologowie Douglas Peters i Stephen Ceci przepisali na maszynie 12 opublikowanych w naukowych periodykach artykułów. Zamienili tylko autorów z cenionych na kompletnie anonimowych. Dziewięć splagiatowanych artykułów nie zostało wychwyconych przez wydawnictwo i trafiło do recenzentów. Spośród nich aż osiem zostało uznanych za nie spełniające kryteriów druku. Mimo że wcześniej, firmowane nazwiskami cenionych autorów, wymogi spełniały. "Wygląda więc na to, że kiedy wypowiada się autorytet, jego wypowiedź może mieć niewiele sensu. Reagujemy bowiem na to, kto, a nie co mówi - konkluduje Cialdini.
Jeśli nie muszą mieć wiele sensu wypowiedzi autorytetów, nie dziwmy się, że aż 60 proc. Polaków de facto utożsamia się z nie mającymi wiele sensu apelami elit, które straszą, że w Polsce zagrożona jest demokracja. Po co racja, kiedy ma się wpływ. Albo pieniądze od ukraińskich biznesmenów. Ale to akurat mniej demokracji zagraża. Dlaczego? Warto zadać to pytanie, zanim zgodzimy się, że chorobę ucha należy leczyć doodbytniczo podawanymi kroplami.

Ranking autorytetów
Czy na twoje poglądy mają wpływ opinie, postawy, droga życiowa następujących osób?Czy następującym osobom jako autorytetom należy się specjalna ochrona przed krytyką?
kard. Stanisław Dziwisz5851
Wisława Szymborska5648
kard. Józef Glemp4647
Władysław Barcikowski4544
Tadeusz Mazowiecki4541
Aleksander Kwaśniewski3934
Zbigniew Religa3835
Zbigniew Ziobro3632
Bronisław Geremek3537
Lech Wałęsa3235
Leszek Balcerowicz3129
abp Kazimierz Nycz2927
Wiesław Chrzanowski2736
Zbigniew Brzeziński2634
Jarosław Kaczyński2429
Lech Kaczyński2432
Adam Michnik2327
Andrzej Zoll2231
Wojciech Jaruzelski2233
Jacek Żakowski1929
Irena Sendlerowa1836
Andrzej Lepper1825
Roman Giertych1724
Leszek Kołakowski1631
o. Tadeusz Rydzyk1628
Jerzy Stępień1531
Marek Edelman1331
Bronisław Wildstein1023
Barbara Skarga526


Autorytet własny
Z badań opinii publicznej przeprowadzanych po 1989 r. wynika, że Polacy pytani o osobę, którą uważają za największy autorytet, najczęściej wskazywali Jana Pawła II (obecnie zastąpił go kard. Stanisław Dziwisz). Na dalszych miejscach plasowali się politycy, a potem ludzie związani z kulturą. Na przykład badanie OBOP z połowy lat 90. wykazało, że 37 proc. Polaków uznaje za autorytety polityków, a zaledwie 2 proc. przedstawicieli kultury. Tymczasem na pytanie ogólne, kogo uważamy za autorytety, odpowiedź wygląda już inaczej. Według badań CBOS opublikowanych przez "Metro", sami jesteśmy dla siebie największymi autorytetami. Na drugim miejscu wśród osób, które najbardziej wpłynęły na nasze poglądy, znalazł się Jan Paweł II, potem rodzice, nauczyciele, dziadkowie, księża, koledzy, a na ostatnim miejscu wybitne postaci historyczne.


Fot: A. Jagielak
Okładka tygodnika WPROST: 21/2007
Więcej możesz przeczytać w 21/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 21/2007 (1274)


ZKDP - Nakład kontrolowany