Wojna stuletnia o PKP

Wojna stuletnia o PKP

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Minister Cezary Grabarczyk tłumacząc się przed Sejmem z tego, że w ostatnich dniach nieistniejące pociągi odjeżdżają z nieistniejących peronów, a pasażerowie w popłochu biegają po dworcach usiłując skorzystać z usług PKP (ze zmiennym szczęściem) przyznał, że bitwa o nowy rozkład jazdy została przegrana, ale wojna o lepsze jutro PKP będzie zwycięska. Być może tak – ale wiele wskazuje na to, że będzie to wojna stuletnia.
Dworzec Centralny w Warszawie. Piątek. Godzina 16. Przejście podziemne prowadzące na perony wygląda tak, jakby właśnie rozpoczęła się prawdziwa wojna. Tłum ludzi wchodzących na dworzec ściera się z tłumem ludzi próbujących dworzec opuścić. Oba tłumy blokowane są przez trzeci tłum, który stara się zorientować czy pociągi, którymi ów tłum chce podróżować w ogóle istnieją, a jeśli istnieją to z jakich peronów odjeżdżają. Wbrew pozorom ustalenie tego nie jest proste – zwłaszcza, że co drugi pociąg ma opóźnienie, w związku z czym opóźnione pociągi blokują tory tym, które miały szanse przyjechać na czas. Ergo muszą być kierowane na inny peron niż ten wskazany w rozkładzie jazdy. W ogólnym tumulcie nie słychać żadnej informacji podawanej przez dworcowe megafony. Informacje są więc przekazywane z ust do ust. „Ten do Krakowa to z drugiego?". „Ale który – ten opóźniony 15 czy 60 minut?”, „Nie wiem”, „Jakiś Kraków stoi na czwartym”, „Ale mówili, że na czwarty wjeżdża właśnie ten ze Szczecina”. „Nie to chyba na trzeci”. Tak wygląda system informacyjny na stołecznym dworcu w XXI wieku. Aby dopełnić obrazu chaosu trzeba dodać, że połowa dworca jest niedostępna dla pasażerów ponieważ trwa tam pospieszny remont przed Euro 2012. Trwa wojna o lepsze jutro PKP.

Bitwa o rozkład przegrana. Ale trwa wojna o lepsze jutro PKP. Wchodzę do pociągu TLK (niegdyś nazywanego dumnie pospiesznym). Opóźniony tylko 5 minut – nie jest źle. O wejściu do przedziału nie ma mowy – nie podróżuje pierwszą klasą, nie mam miejscówki, więc jestem skazany na korytarz (do przedziałów nie da się wepchnąć już nawet igły – mimo że pociąg rozpoczął bieg w… Warszawie). Trudno – postoję. Nawet za bardzo nie narzekam, bo w przedziałach panuje klimat tropikalny – jakieś 30 stopni Celsjusza i temperatura dalej rośnie. Podróżni daremnie obracają umieszczonym dla niepoznaki w każdym przedziale termostatem – być może wywołuje to jakąś reakcję, ale nie zmienia temperatury. Konduktor tłumaczy, że jeśli jest za gorąco, to jedynym rozwiązaniem jest wyłączenie ogrzewania w całym wagonie. Podróżni mają więc do wyboru – podróżowanie w saunie albo w lodówce. Starsza pani pociesza koleżankę z przedziału, że w sumie lepiej jak już grzeją – w poprzednim pociągu którym jechała nie grzali w ogóle. Cóż bywa i tak.

Trwa wojna o lepsze jutro PKP. Udaje się do toalety. Przybytek ów wygląda tak jakby kolej zamierzała w niej wyprodukować jakąś wyjątkowo groźną broń biologiczną. Zapach panujący w toalecie jest trudny do opisania. Podobnie zresztą jak lepki brud okrywający absolutnie wszystko – od sufitu po podłogę. Wody nie ma. Ale papier jest. Czyli mogłoby być jeszcze trochę gorzej.

Żeby oddać sprawiedliwość PKP muszę zaznaczyć, że pociąg którym jechałem - mimo pięciominutowego spóźnienia w Warszawie - dotarł na miejsce na czas. Zgodnie z rozkładem jazdy pokonał 286 kilometrów  dzielących stolicę i jedno z miast wojewódzkich w trzy godziny i czterdzieści cztery minuty. Dzień później Hiszpania uruchomiła linię szybkiej kolei, która 392 kilometry dzielące Madryt i Walencję pokonuje w 92 minuty. Ale my przecież wciąż jesteśmy na etapie wojny o lepsze jutro.

Jutro też będziemy walczyć. 

+
 1

Czytaj także