Oskarżony zmarł w areszcie, proces porywaczy odroczony

Oskarżony zmarł w areszcie, proces porywaczy odroczony

Z powodu śmierci w łódzkim areszcie jednego z oskarżonych - Andrzeja G. - nie zakończył się w środę przed łódzkim sądem proces 10 mężczyzn oskarżonych o uprowadzenie lub pomoc w porwaniu przed ośmioma laty 14-letniego wówczas chłopaka.
Sprawę śmierci aresztanta bada prokuratura. Dotychczasowe ustalenia wskazują, że mężczyzna zmarł z przyczyn naturalnych; wcześniej chorował. Informację o śmierci jednego z tymczasowo aresztowanych potwierdził rzecznik łódzkiego Aresztu Śledczego Tomasz Pająk. Nie chciał ujawnić szczegółów zdarzenia, bowiem aresztant pozostawał do  dyspozycji sądu, a postępowanie w sprawie jego śmierci prowadzi prokuratura.

Źle się poczuł

Z dotychczasowych ustaleń wynika, że ok. godz. 9 mężczyzna miał zostać przewieziony do sądu. Kiedy był w samochodzie, źle się poczuł. Wezwano pielęgniarkę, później mężczyzna został przeniesiony do ambulatorium i wezwano pogotowie. Lekarz podjął próbę reanimacji, mężczyzna zmarł. - Na ciele mężczyzny nie stwierdzono obrażeń. Mamy informacje z  aresztu, że oskarżony wcześniej chorował, ale odmówił hospitalizacji. Niezależnie od tego, aby jednoznacznie ustalić przyczyny zgonu, podjęta została decyzja o przeprowadzeniu sądowo-lekarskiej sekcji zwłok - zaznaczył rzecznik łódzkiej prokuratury Krzysztof Kopania.

Inicjatorami kuzyni

W środę proces miał się zakończyć, ale rozprawa została odroczona. Do uprowadzenia romskiego nastolatka doszło w lipcu 2002 roku. Okazało się, że inicjatorami porwania byli dwaj kuzyni chłopca: Bogdan S. i Marek L. Chcieli uprowadzić chłopca dla  pieniędzy. Jeden z nich chciał też zemścić się na ojcu chłopaka, z  którym miał zatarg. Chłopiec wraz z jednym z kuzynów podróżował mercedesem. W podłódzkim Zgierzu sprawcy sfingowali kolizję z innym autem, które po zderzeniu odjechało. Bogdan S. pod pretekstem rzekomego pościgu za sprawcami kolizji zjechał w boczną drogę. Po wjechaniu do lasu ze  ściganego pojazdu wysiadło dwóch rosłych, zamaskowanych mężczyzn, którzy zaatakowali chłopca. Został obezwładniony i wrzucony do bagażnika audi. W kierunku jego kuzyna napastnicy wymierzyli z pistoletu, a ten udawał, że stracił przytomność. Później rzekomo uciekł i powiadomił o porwaniu policję.

Zapłacili milion złotych

Bandyci przetrzymywali chłopaka w okolicach Włocławka i  Bydgoszczy; nastolatek był bity, przez cały czas miał zasłonięte oczy. Za jego uwolnienie porywacze zażądali miliona dolarów okupu. Negocjacje trwały ponad dwa tygodnie. Po  18 dniach rodzina porwanego zapłaciła 166 tys. funtów (ok. miliona złotych) okupu; bandyci wypuścili chłopca w wyznaczonym miejscu przy leśnej drodze w okolicach Bydgoszczy. Policji nie udało się wówczas zebrać materiału dowodowego wystarczającego na przedstawienie komukolwiek zarzutów. Dopiero w 2008 roku - już po umorzeniu sprawy - zaangażowali się w nią policjanci z Centralnego Biura Śledczego. Natrafili na podobne uprowadzenie, tym razem na terenie Warszawy, do którego doszło krótko po zdarzeniu w Zgierzu. Trzech sprawców tego porwania trafiło za kraty. Po odbyciu kary wyszli na  wolność.

Policjanci analizując obie sprawy, dotarli do osób i informacji, które pozwoliły zebrać dowody na udział w  zgierskim uprowadzeniu 10 mężczyzn; wśród nich kilku, którzy wcześniej odbyli karę za uprowadzenie w Warszawie. W śledztwie okazało się, że inicjatorami porwania byli dwaj kuzyni chłopca. Tylko jeden oskarżony odpowiada z wolnej stopy; pozostali przebywają w areszcie. Większości z nich grożą kary do 10 lat więzienia. Uprowadzony chłopak i jego ojciec występują w procesie jako pokrzywdzeni.

zew, PAP

Czytaj także

 0