Polski pingpongista leczył się razem z Schumacherem

Polski pingpongista leczył się razem z Schumacherem

Dodano:   /  Zmieniono: 
Aż trzy miesiące z powodu kontuzji barku pauzował dwunastokrotny medalista mistrzostw Europy w tenisie stołowym Lucjan Błaszczyk. W jednej z niemieckich klinik leczył się razem z siedmiokrotnym mistrzem świata Formuły 1 Michaelem Schumacherem.
- Konsultowałem się z różnymi lekarzami, m.in. u osteopatów i homeopatów, ale tylko czas traciłem. Wreszcie dzięki pomocy lidera rankingu światowego Niemca Timo Bolla dostałem namiar na prawdziwego fachowca w Bad Nauheim koło Frankfurtu nad Menem. Raz spotkałem tam nawet mistrza kierownicy Michaela Schumachera. Przyleciał prywatnym helikopterem. Na siłowni widziałem się ze znakomitym gimnastykiem Fabianem Hambuechenem. Kilka dni przede mną był też Robert Kubica, szkoda, że nie trafiliśmy z terminami - powiedział Błaszczyk, który od połowy lat 90. gra w niemieckiej ekstraklasie w barwach Zugbruecke Grenzau.

Ze względu na kontuzję prawego barku polski pingpongista pauzował aż od października. Pierwszy mecz, w grze deblowej, rozegrał niewiele ponad tydzień temu. - Specjalnie ze Szwajcarii sprowadzono dla mnie szynę, którą zakładałem na rękę. Poza tym codziennie jeździłem 300 km tam i z powrotem do wspomnianego lekarza. Musiałem wstawać o piątej rano, lecz nie było wyjścia. Teraz jeżdżę dwa razy w tygodniu, pod okiem specjalistów odbudowuję siłę w prawej ręce, bo trochę zanikły mi mięśnie - podkreślił. - Gdyby nie znajomość z Bollem, nie dostałbym się do tego specjalisty. A tak raz zadzwoniłem i w słuchawce usłyszałem, że następnego dnia mam się zameldować o godz. 7:30. Doktor okazał się miłośnikiem sportu, na ścianach kliniki wisiały zdjęcia m.in. Schumachera, Nico Rosberga i Heike Drechsler. Wszyscy u niego się leczyli - dodał 36-latek.

Wcześniej Błaszczyk chodził mi na akupunkturę, jednak nie było spodziewanych efektów. - Wydałem na leczenie trzy tysiące euro, ale długo nie odczuwałem poprawy - przyznał tenisista, który uczęszcza na specjalistyczne kursy trenerskie i niebawem będzie mógł pochwalić się najwyższą w Niemczech licencją "A". - Nie ukrywam, że dużo pomogli mi niemieccy pingpongiści, na czele z obecnym selekcjonerem Joergiem Rosskopfem. Wstawił się za mną w ministerstwie sportu i przyjęli mnie na kurs. Praca pisemna dotyczyła analizy gier ubiegłorocznego turnieju TOP 12. Zajęła mi 20 stron. Ostatnie, najważniejsze egzaminy odbędą się w trzeciej dekadzie marca w Duesseldorfie. Na przykład poprowadzę trening z niemiecką kadrą juniorów i kadetów. Zajęcia stoją na bardzo wysokim poziomie, prowadzą je szkoleniowcy kadry, a ja mam okazję poznać tajniki niemieckiego treningu. Oni pracują zupełnie inaczej niż pozostali Europejczycy, stąd ich dominacja. A jak zaliczę wszystkie sprawdziany w szkole, będę miał identyczną licencję, jak Rosskopf i jego poprzednik w reprezentacji Richard Prause, który obecnie jest głównym szkoleniowcem w Akademii Wernera Schlagera pod Wiedniem - zaznaczył polski tenisista stołowy.

PAP, arb

 0

Czytaj także