Kilka sytuacji z ostatnich tygodni wzbudziło ferment. To sprawa wicemarszałka Senatu Zbigniewa Romaszewskiego, który odważył się mieć własne zdanie w sprawie senatora Piesiewicza. Romaszewski został zawieszony przez Klub Parlamentarny PiS, ale nikt nie wątpi, że za tą decyzją stał sam Jarosław Kaczyński. Romaszewski urażony zrezygnował z członkostwa w klubie, bo ktoś ośmielił się zakwestionować jego prawo do wolności słowa. A w PiS, o czym się przekonali na własnej skórze Ludwik Dorn, Kazimierz Michał Ujazdowski, Paweł Zalewski, Marek Jurek i wielu innych, wolno mieć własne słowo i własne opinie, o ile są one zgodne z linią prezesa.
REKLAMA
Druga sprawa to odwołanie dziennikarki Anity Gargas z funkcji dyrektorskiej pełnionej w TVP. W całym tym zamieszaniu kołderka okrywająca TVP została odchylona i okazało się, że jednak sojusz PiS z SLD w mediach istnieje. I działa tak, że jeżeli zachodzi potrzeba, to nawet najwierniejsi żołnierze mogą zostać poświęceni w imię wartości. Naiwni, acz pragmatyczni zwolennicy PiS i Jarosława Kaczyńskiego sądzili, że ten sojusz ma przyczynić się do poszerzenia sfery wolności słowa w mediach publicznych (oczywiście w pisowskim rozumieniu tego pojęcia, co pokazał film o generale Wojciechu Jaruzelskim). Nic z tego - to sojusz, który miał zapewnić Lechowi Kaczyńskiemu określone wsparcie medialne w zbliżającej się kampanii prezydenckiej. Smaczku sprawie dodaje to, że to ponoć sam Grzegorz Napieralski wymusił na Jarosławie Kaczyńskim zwolnienie Gargas...
I te doniesiania wzbudziły szczere oburzenie. Oburzył się europoseł Marek Migalski, który zauważył, że to, że PiS nie broniło dziennikarki jest świństwem, nawet większym, niż sojusz z lewicą w mediach publicznych. I że tą drogą iść dalej nie można, bo na świństwach budować sukcesu się nie da, a już na pewno nie będzie można wrócić do władzy. Mam przeczucie, że podobnie jak w przypadku Romaszewskiego, opinia Migalskiego może być jego pożegnaniem z PiS.
O wzburzeniu świadczy również to, że odezwali się najwierniejsi z wiernych żołnierze medialni PiS - redaktorzy Tomasz Sakiewicz i Rafał Ziemkiewicz. Sakiewicz twierdzi, że PiS musi się wycofać z medialnej koalicji w TVP i Polskim Radio, a on, Sakiewicz, jest gotów nawet zostawić swój program w TVP Info. Ucieszyłoby to wielu. Sakiewicz proponuje jednak coś jeszcze ciekawszego - namawia do zaostrzenia kursu politycznego, powrotu do haseł dekomunizacyjnych, lustracyjnych, zapowiada wręcz, że w najbliższym czasie jego "Gazeta Polska" rozpocznie kampanię ujawniania kompromitujących materiałów. To dobre informacje, bo jak pokazuje doświadczenie, im środowiska zbliżone do PiS zaostrzają "walkę klasową", tym poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości (a także dla Lecha Kaczyńskiego) jest mniejsze...
Ziemkiewicz na kanwie sprawy Gargas przypomina, że to on już dawno twierdził, że Jarosław Kaczyński ukradł prawicy pojęcie etosu tej formacji, wykończył ją, i postponuje prawicową myśl. Szkoda, że Ziemkiewicz jednak nie mówił tego wyraźnie, co widzą od dawna wszyscy, że PiS nie jest żadną prawicą, lecz populistyczną formacją, o proweniencji narodowo-klerykalno-socjalistycznej. Bo zresztą czym innym może być PiS po wchłonięciu elektoratu Leppera i Giertycha i przy patronacie Tadeusza Rydzyka?
Wszystko to wskazuje jednak na to, że poruszenie, które widać w PiS i wokół niego ma głębsze pokłady.
Nikt przytomny nie wierzy już w to, że Lech Kaczyński zostanie po raz drugi prezydentem. Nic i nikt nie przekona elektoratu, że czarne, a taka jest kadencja Kaczyńskiego, jest białe, a białe - czarnym. I wszyscy również widzą, że Jarosław Kaczyński prowadzi politykę swojej partii "pod brata", a nie w imię idei, czy choćby szczątkowej myśli politycznej.
Nie ma przypadków - są tylko znaki, jak mówi stare powiedzenie. Wysyp krytycznych uwag i deklaracji osób dotąd wiernych Kaczyńskim, wskazuje, że może być to akcja, mająca na celu stworzenie atmosfery do złożenia votum nieufności wobec Jarosława Kaczyńskiego na zbliżającym się III Kongresie PiS. Odbędzie się on 6-7 marca w Poznaniu i może być ostatnią szansą na to, aby odwrócić losy partii. Za wypowiedziami Marka Migalskiego, a także za artykułami Sakiewicza i Ziemkiewicza, mogą stać politycy, którzy chcą dokonać w PiS zmian. Nie piszę - przełomu, ponieważ Kaczyński jest dalej silny w organizacjach regionalnych, ale grupa skupiona wokół Zbigniewa Ziobry, a do której już przyłączyli się Adam Bielan i Michał Kamiński (i ciąży ku nim nawet Jacek Kurski) będzie chciała zasygnalizować, że jest gotowa do sukcesji po braciach Kaczyńskich. I wygląda na to, że jeżeli Lech Kaczyński przegra na jesieni wybory - będzie to dla nich bój ostatni...
Jarosław Kaczyński wysyłając do Brukseli silną ekipę polityczną, liczył, że pozbył się problemów w kraju, tym bardziej, że wiedział, iż środowiska spin doctorów Bielana i Kamińskiego są skłócone z ekipą Ziobry i Kurskiego. Okazuje się jednak, że może się grubo przeliczyć i emigracyjna ekipa posłów PiS stanie się dla niego i jego brata czymś w rodzaju zbiorowego Brutusa...
Lody ruszyły...
2010-02-24 12:47
Kilka sytuacji z ostatnich tygodni wzbudziło ferment.
To sprawa wicemarszałka Senatu Zbigniewa Romaszewskiego, który odważył się mieć
własne zdanie w sprawie senatora Piesiewicza. Romaszewski został zawieszony
przez Klub Parlamentarny PiS, ale nikt nie wątpi, że za tą decyzją stał sam
Jarosław Kaczyński. Romaszewski urażony zrezygnował z członkostwa w klubie, bo
ktoś ośmielił się zakwestionować jego prawo do wolności słowa. A w PiS, o czym
się przekonali na własnej skórze Ludwik Dorn, Kazimierz Michał Ujazdowski, Paweł
Zalewski, Marek Jurek i wielu innych, wolno mieć własne słowo i własne opinie, o
ile są one zgodne z linią prezesa.
Druga sprawa to odwołanie
dziennikarki Anity Gargas z funkcji dyrektorskiej pełnionej w TVP. W całym tym
zamieszaniu kołderka okrywająca TVP została odchylona i okazało się, że jednak
sojusz PiS z SLD w mediach istnieje. I działa tak, że jeżeli zachodzi potrzeba,
to nawet najwierniejsi żołnierze mogą zostać poświęceni w imię wartości. Naiwni,
acz pragmatyczni zwolennicy PiS i Jarosława Kaczyńskiego sądzili, że ten sojusz
ma przyczynić się do poszerzenia sfery wolności słowa w mediach publicznych
(oczywiście w pisowskim rozumieniu tego pojęcia, co pokazał film o generale
Wojciechu Jaruzelskim). Nic z tego - to sojusz, który miał zapewnić Lechowi
Kaczyńskiemu określone wsparcie medialne w zbliżającej się kampanii
prezydenckiej. Smaczku sprawie dodaje to, że to ponoć sam Grzegorz Napieralski
wymusił na Jarosławie Kaczyńskim zwolnienie Gargas...
I te
doniesiania wzbudziły szczere oburzenie. Oburzył się europoseł Marek Migalski,
który zauważył, że to, że PiS nie broniło dziennikarki jest świństwem, nawet
większym, niż sojusz z lewicą w mediach publicznych. I że tą drogą iść dalej nie
można, bo na świństwach budować sukcesu się nie da, a już na pewno nie będzie
można wrócić do władzy. Mam przeczucie, że podobnie jak w przypadku
Romaszewskiego, opinia Migalskiego może być jego pożegnaniem z PiS.
O wzburzeniu świadczy również to, że odezwali się najwierniejsi z wiernych
żołnierze medialni PiS - redaktorzy Tomasz Sakiewicz i Rafał Ziemkiewicz.
Sakiewicz twierdzi, że PiS musi się wycofać z medialnej koalicji w TVP i Polskim
Radio, a on, Sakiewicz, jest gotów nawet zostawić swój program w TVP Info.
Ucieszyłoby to wielu. Sakiewicz proponuje jednak coś jeszcze ciekawszego -
namawia do zaostrzenia kursu politycznego, powrotu do haseł dekomunizacyjnych,
lustracyjnych, zapowiada wręcz, że w najbliższym czasie jego "Gazeta
Polska" rozpocznie kampanię ujawniania kompromitujących materiałów. To
dobre informacje, bo jak pokazuje doświadczenie, im środowiska zbliżone do PiS
zaostrzają "walkę klasową", tym poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości
(a także dla Lecha Kaczyńskiego) jest mniejsze...
Ziemkiewicz na
kanwie sprawy Gargas przypomina, że to on już dawno twierdził, że Jarosław
Kaczyński ukradł prawicy pojęcie etosu tej formacji, wykończył ją, i postponuje
prawicową myśl. Szkoda, że Ziemkiewicz jednak nie mówił tego wyraźnie, co widzą
od dawna wszyscy, że PiS nie jest żadną prawicą, lecz populistyczną formacją, o
proweniencji narodowo-klerykalno-socjalistycznej. Bo zresztą czym innym może być
PiS po wchłonięciu elektoratu Leppera i Giertycha i przy patronacie Tadeusza
Rydzyka?
Wszystko to wskazuje jednak na to, że poruszenie, które widać
w PiS i wokół niego ma głębsze pokłady.
Nikt przytomny nie wierzy już
w to, że Lech Kaczyński zostanie po raz drugi prezydentem. Nic i nikt nie
przekona elektoratu, że czarne, a taka jest kadencja Kaczyńskiego, jest białe, a
białe - czarnym. I wszyscy również widzą, że Jarosław Kaczyński prowadzi
politykę swojej partii "pod brata", a nie w imię idei, czy choćby
szczątkowej myśli politycznej.
Nie ma przypadków - są tylko znaki,
jak mówi stare powiedzenie. Wysyp krytycznych uwag i deklaracji osób dotąd
wiernych Kaczyńskim, wskazuje, że może być to akcja, mająca na celu stworzenie
atmosfery do złożenia votum nieufności wobec Jarosława Kaczyńskiego na
zbliżającym się III Kongresie PiS. Odbędzie się on 6-7 marca w Poznaniu i może
być ostatnią szansą na to, aby odwrócić losy partii. Za wypowiedziami Marka
Migalskiego, a także za artykułami Sakiewicza i Ziemkiewicza, mogą stać
politycy, którzy chcą dokonać w PiS zmian. Nie piszę - przełomu, ponieważ
Kaczyński jest dalej silny w organizacjach regionalnych, ale grupa skupiona
wokół Zbigniewa Ziobry, a do której już przyłączyli się Adam Bielan i Michał
Kamiński (i ciąży ku nim nawet Jacek Kurski) będzie chciała zasygnalizować, że
jest gotowa do sukcesji po braciach Kaczyńskich. I wygląda na to, że jeżeli Lech
Kaczyński przegra na jesieni wybory - będzie to dla nich bój ostatni...
Jarosław Kaczyński wysyłając do Brukseli silną ekipę polityczną, liczył, że
pozbył się problemów w kraju, tym bardziej, że wiedział, iż środowiska spin
doctorów Bielana i Kamińskiego są skłócone z ekipą Ziobry i Kurskiego. Okazuje
się jednak, że może się grubo przeliczyć i emigracyjna ekipa posłów PiS stanie
się dla niego i jego brata czymś w rodzaju zbiorowego Brutusa...