Teraz można by przez trzy akapity drwić z syndromu oblężonej przez podłe media PiS-owskiej twierdzy, której zagraża – zdaniem Gosiewskiego – nawet… Rafał Ziemkiewicz (sic! Wiceprezes Gosiewski nie chciał m.in. by właśnie Ziemkiewicz brał udział w posiedzeniu PiS-owskich aktywistów). Można by pisać o paranojach i ciągotach do cenzurowania prasy i do dzielenia dziennikarzy na swoich i obcych. Można by też przypomnieć, jak nie tak dawno na konferencje rządu PiS-LPR-Samoobrona najpierw wchodziła Telewizja Trwam, a dopiero potem cała reszta. Problem polega na tym, że paranoiczne postrzeganie mediów jako stron w politycznej walce jest udziałem nie tylko PiS-u, ale również PO, SLD i… samych dziennikarzy.
REKLAMA
Gdzieś mniej więcej od 2004 roku, kiedy po aferze Rywina w mediach przestał obowiązywać podział na dziennikarzy słusznych (tj. zaczynających dzień od lektury pewnej gazety z wyborami w tytule) i oszołomów, pojawił się nowy podział – na dziennikarzy PiS-owskich i PO-wskich (tych drugich, dla niepoznaki, nazywa się ludźmi o poglądach liberalnych). Dopóki tego podziału dokonują główni zainteresowani – tj. politycy – można co najwyżej ubolewać nad całkowitym niezrozumieniem idei wolnych mediów będących, jak to się szumnie określa, czwartą władzą. Niestety ten podział utrwalają sami dziennikarze obrzucając się radośnie partyjnym błotem. W ten sposób zachowują się jak facet, który siedząc na gałęzi piłuje ją od strony drzewa i jeszcze przekonuje wszystkich że robi to dla jakiejś wyższej idei, a nie po to żeby efektownie uderzyć w ziemię.
Prawda jest bowiem taka, że umacnianie przekonania iż taki np. Ziemkiewicz jest funkcjonariuszem PiS (choć jak widać Gosiewski patrzy na to inaczej), Janina Paradowska otrzymuje polecenia od premiera Tuska, a Tomasz Wołek zmienia przynależność partyjną w zależności od tego z której strony wieje polityczny wiatr jest niszczeniem środowiska dziennikarskiego jako całości. Kiedy Tomasz Lis, czy inny Bartosz Węglarczyk przekonuje, że Jacek Karnowski w Polskim Radiu oznacza oddanie go w jasyr PiS-owi, a z drugiej strony Sakiewicz z Semką z przekąsem powtarzają przekonanie, że skrót TVN należy rozwijać jako Tusk Vision Network, tak naprawdę szkodzą nie swoim konkurentom tylko sobie. Bo opinia publiczna słuchając tej kakofonii oskarżeń przestaje odbierać media jako miecz na polityków i czwartą władzę, sprawującą kontrolę nad rozpasanymi ambicjami co po niektórych ludzi władzy. Zamiast tego zaczyna traktować prasę czy telewizję jako strony politycznego konfliktu i zaczyna oczekiwać od mediów wyłącznie politycznych igrzysk. I tak sympatyk PO kupuje „swoją" gazetę nie po to, żeby przeczytać co zbroili politycy, ale po to by pośmiać się z Kaczyńskich. Dla równowagi sympatyk PiS włączy swoją telewizję tylko po to, aby przekonać się czy Donald Tusk ma jeszcze jakiegoś przodka w Wehrmachcie.
W pewnym momencie wydawało się, że niszę po rzetelnych mediach zajmą blogerzy. Ale to płonne nadzieje. Blogerzy, jeszcze bardziej niż dziennikarze angażują się w polityczny konflikt stając się „siepaczami" jednej ze stron. I, w odróżnieniu od dziennikarzy, nie można ich za to winić. Bloger to obywatel – ma prawo do jawnie deklarowanych partyjnych sympatii, może pisać co mu ślina na język przyniesie, może przedstawiać każde zdarzanie tylko ze swojej perspektywy – bo takie jest prawo obywatela zabierającego głos na agorze jaką jest internet. Dlatego blogerzy nigdy nie zastąpią dziennikarzy. Niestety sami dziennikarze sami wpychają się w rolę blogerów.
Czy dziennikarz nie może mieć poglądów politycznych? Oczywiście że może, a wręcz musi. Tylko że dziennikarz ma mieć poglądy, a nie sympatie partyjne. Bo czym innym jest bycie ideologicznym konserwatystą, a czym innym wyznawcą Kaczyńskiego. Czym innym jest posiadanie poglądów liberalnych, a czym innym przekonywanie świata, że Tusk jest najwspanialszym co zdarzyło się Polsce od czasów Mieszka I. Nie ma złych i dobrych poglądów. Są natomiast zawsze złe sympatie partyjne. Bo jeśli uznamy że jest inaczej to dodajmy do każdej gazety i każdej stacji telewizyjnej logo popieranej przez nią partii. A potem udajmy się na pogrzeb polskich mediów.
Konanie czwartej władzy
2010-03-01 11:25
Teraz można by przez trzy akapity drwić z syndromu
oblężonej przez podłe media PiS-owskiej twierdzy, której zagraża – zdaniem
Gosiewskiego – nawet… Rafał Ziemkiewicz (sic! Wiceprezes Gosiewski
nie chciał m.in. by właśnie Ziemkiewicz brał udział w posiedzeniu PiS-owskich
aktywistów). Można by pisać o paranojach i ciągotach do cenzurowania prasy i do
dzielenia dziennikarzy na swoich i obcych. Można by też przypomnieć, jak nie tak
dawno na konferencje rządu PiS-LPR-Samoobrona najpierw wchodziła Telewizja
Trwam, a dopiero potem cała reszta. Problem polega na tym, że paranoiczne
postrzeganie mediów jako stron w politycznej walce jest udziałem nie tylko
PiS-u, ale również PO, SLD i… samych dziennikarzy.
Gdzieś mniej
więcej od 2004 roku, kiedy po aferze Rywina w mediach przestał obowiązywać
podział na dziennikarzy słusznych (tj. zaczynających dzień od lektury pewnej
gazety z wyborami w tytule) i oszołomów, pojawił się nowy podział – na
dziennikarzy PiS-owskich i PO-wskich (tych drugich, dla niepoznaki, nazywa się
ludźmi o poglądach liberalnych). Dopóki tego podziału dokonują główni
zainteresowani – tj. politycy – można co najwyżej ubolewać nad
całkowitym niezrozumieniem idei wolnych mediów będących, jak to się szumnie
określa, czwartą władzą. Niestety ten podział utrwalają sami dziennikarze
obrzucając się radośnie partyjnym błotem. W ten sposób zachowują się jak facet,
który siedząc na gałęzi piłuje ją od strony drzewa i jeszcze przekonuje
wszystkich że robi to dla jakiejś wyższej idei, a nie po to żeby efektownie
uderzyć w ziemię.
Prawda jest bowiem taka, że umacnianie przekonania
iż taki np. Ziemkiewicz jest funkcjonariuszem PiS (choć jak widać Gosiewski
patrzy na to inaczej), Janina Paradowska otrzymuje polecenia od premiera Tuska,
a Tomasz Wołek zmienia przynależność partyjną w zależności od tego z której
strony wieje polityczny wiatr jest niszczeniem środowiska dziennikarskiego jako
całości. Kiedy Tomasz Lis, czy inny Bartosz Węglarczyk przekonuje, że Jacek
Karnowski w Polskim Radiu oznacza oddanie go w jasyr PiS-owi, a z drugiej strony
Sakiewicz z Semką z przekąsem powtarzają przekonanie, że skrót TVN należy
rozwijać jako Tusk Vision Network, tak naprawdę szkodzą nie swoim konkurentom
tylko sobie. Bo opinia publiczna słuchając tej kakofonii oskarżeń przestaje
odbierać media jako miecz na polityków i czwartą władzę, sprawującą kontrolę nad
rozpasanymi ambicjami co po niektórych ludzi władzy. Zamiast tego zaczyna
traktować prasę czy telewizję jako strony politycznego konfliktu i zaczyna
oczekiwać od mediów wyłącznie politycznych igrzysk. I tak sympatyk PO kupuje
„swoją" gazetę nie po to, żeby przeczytać co zbroili politycy, ale po
to by pośmiać się z Kaczyńskich. Dla równowagi sympatyk PiS włączy swoją
telewizję tylko po to, aby przekonać się czy Donald Tusk ma jeszcze jakiegoś
przodka w Wehrmachcie.
W pewnym momencie wydawało się, że niszę po
rzetelnych mediach zajmą blogerzy. Ale to płonne nadzieje. Blogerzy, jeszcze
bardziej niż dziennikarze angażują się w polityczny konflikt stając się
„siepaczami" jednej ze stron. I, w odróżnieniu od dziennikarzy, nie
można ich za to winić. Bloger to obywatel – ma prawo do jawnie
deklarowanych partyjnych sympatii, może pisać co mu ślina na język przyniesie,
może przedstawiać każde zdarzanie tylko ze swojej perspektywy – bo takie
jest prawo obywatela zabierającego głos na agorze jaką jest internet. Dlatego
blogerzy nigdy nie zastąpią dziennikarzy. Niestety sami dziennikarze sami
wpychają się w rolę blogerów.
Czy dziennikarz nie może mieć poglądów
politycznych? Oczywiście że może, a wręcz musi. Tylko że dziennikarz ma mieć
poglądy, a nie sympatie partyjne. Bo czym innym jest bycie ideologicznym
konserwatystą, a czym innym wyznawcą Kaczyńskiego. Czym innym jest posiadanie
poglądów liberalnych, a czym innym przekonywanie świata, że Tusk jest
najwspanialszym co zdarzyło się Polsce od czasów Mieszka I. Nie ma złych i
dobrych poglądów. Są natomiast zawsze złe sympatie partyjne. Bo jeśli uznamy że
jest inaczej to dodajmy do każdej gazety i każdej stacji telewizyjnej logo
popieranej przez nią partii. A potem udajmy się na pogrzeb polskich mediów.