Kiedy w styczniu 2009 roku oglądałem telewizyjne przekazy z II Kongresu Prawa i Sprawiedliwości w Krakowie, miałem wrażenie, że oglądam coś w rodzaju przedstawienia, ale jednak dość ciekawego. Wtedy zaprezentowała się partia i jej przywódca, Jarosław Kaczyński, po liftingu, w nowych (a raczej - przenicowanych...) szatach. Partia ludzi z zasadami, kompetentnych fachowców, przyjazna ludziom. I na dodatek – partia nowoczesna, z nowoczesnym przesłaniem. Tylko że to przesłanie sprzedawali ci sami ludzie, którzy dwa lata wcześniej mówili i czynili zupełnie coś innego.
Kongres który zakończył się w Poznaniu, pomimo że był pełen blichtru i sztafażu w iście amerykańskim stylu, nie miał już ani krzty tamtego, nie tak dawnego klimatu. Było to spotkanie polityków partii opozycyjnej i zrezygnowanej, która doskonale zdaje sobie sprawę, że w najbliższym czasie nie ma możliwości powrotu do władzy. Nie ma takiej możliwości, ponieważ wyczerpała wszystkie pomysły na to, jak odzyskać wpływy w społeczeństwie i jak na nowo przekonać, że warto jej zaufać. Nic nie jest w stanie przekonać wyborców, że PiS może być jakąkolwiek alternatywą. I tak jak kiedyś wyborcy uwierzyli, że Jarosław Kaczyński da im 3 miliony mieszkań, oraz, że to on dał im możliwość grillowania, tak teraz nie bardzo chcą wierzyć, że zapewni im wczasy na plażach Egiptu i Tunezji...
REKLAMA
Wydawałoby się, że partyjne podsumowanie roku działalności PiS nie mogło przypaść w lepszym terminie. Afera hazardowa, deficyt finansów państwa, rezygnacja Tuska z kandydowania na urząd prezydencki... wszystko to powinno być motywujące do nowych działań i "nowego otwarcia". Tylko, że od czasu, kiedy PiS został opozycją, otwarć było już wiele i żadne do tej pory nie wyszło poza deklaracje werbalne. Przyczyną tego jest to, że ci, na których partia Jarosława Kaczyńskiego chce się otwierać, inteligencja i młodzież, wcale nie pałają miłością do tego rodzaju propozycji. PiS nie może się pozbyć etykiety partii obciachu i tak będzie dopóty, dopóki na jej czele będzie stać Jarosław Kaczyński. Ale wielu twierdzi, że bez niego partia nie ma możliwości istnienia jako jednolity twór polityczny i organizacyjny...
Jednak, jak to przytomnie zauważają politolodzy, PiS jest partią zadowolonych aparatczyków. Stały, betonowy elektorat, który sądzi, że Jarosław Kaczyński znów poprowadzi ich ku świetlanej IV RP, która dla nich ma oblicze socjalnego i mentalnego neo-PRL, zapewnia im do 30 proc poparcia. To za mało, aby rządzić, ale wystarczająco, aby utrzymać swoje miejsca w parlamencie i sejmikach samorządowych. Ten lewicowy, populistyczny, ale również nacjonalistyczny i klerykalny elektorat należy hołubić i utrzymywać w gotowości i wrzeniu. Tylko, że na nim nie da się zbudować żadnego projektu, zresztą jedynym projektem, jaki ma Jarosław Kaczyński na następne kilka miesięcy, jest reelekcja jego brata. A jakie są ty perspektywy, wszyscy wiedzą doskonale.
Jest w PiS grupa działaczy i polityków, którzy są sfrustrowani na tyle, że tworzą scenariusze polityczne, które jeszcze kilka miesięcy temu mogłyby być uznane za herezję i skutkowałby relegowaniem z partii. Już kilka tygodni temu europoseł Michał Kamiński nie wykluczył możliwości zawarcia koalicji z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Tę samą opinię ostatnio powtórzył inny młody polityki PiS-u, Adam Hofman. Grono politycznych pragmatyków w PiS chce odłożenia na półkę projektów dekomunizacji, lustracji, a zapewne i innych, tak jak choćby polityki historycznej. Wszystko to dlatego, aby odsunąć Platformę Obywatelską i Donalda Tuska od władzy... Tylko, że wtedy z Prawa i Sprawiedliwości pozostanie już wydmuszka...
O tym, jak naprawdę jest źle w Prawie i Sprawiedliwości i jakie frustracje musiał przynieść poznański zjazd, świadczy incydent, jak miał miejsce w niedzielny wieczór w wirtualnym świecie Twittera. Poseł Paweł Poncyliusz wysłał na otwarty kanał tego systemu mikroblogowego (zapewne przypadkowo) informację, że "kongres potwierdzil schylek. Dalej bedą tylko seanse mocy i akademie ku czci. Szkoda PiS" (pisownia oryginalna). Twitt miał być adresowany zapewne do jednego z kolegów partyjnych (prawdopodobnie jednego z europosłów). Paweł Poncyliusz w poniedziałkowym wywiadzie dla radia RFM FM nie zmienił swego krytycznego zdania o kongresie, jak również o perspektywach swojej partii...
Mam wrażenie, że następny kongres partii będzie się odbywał już w zupełnie innych dekoracjach. I być może na trybunie zasiądą zupełnie inni ludzie...
Kiedy w styczniu 2009 roku oglądałem telewizyjne przekazy
z II Kongresu Prawa i Sprawiedliwości w Krakowie, miałem wrażenie, że oglądam
coś w rodzaju przedstawienia, ale jednak dość ciekawego. Wtedy zaprezentowała
się partia i jej przywódca, Jarosław Kaczyński, po liftingu, w nowych (a raczej
- przenicowanych...) szatach. Partia ludzi z zasadami, kompetentnych fachowców,
przyjazna ludziom. I na dodatek – partia nowoczesna, z nowoczesnym
przesłaniem. Tylko że to przesłanie sprzedawali ci sami ludzie, którzy dwa lata
wcześniej mówili i czynili zupełnie coś innego.
Kongres który zakończył się w Poznaniu, pomimo że był
pełen blichtru i sztafażu w iście amerykańskim stylu, nie miał już ani krzty
tamtego, nie tak dawnego klimatu. Było to spotkanie polityków partii opozycyjnej
i zrezygnowanej, która doskonale zdaje sobie sprawę, że w najbliższym czasie nie
ma możliwości powrotu do władzy. Nie ma takiej możliwości, ponieważ wyczerpała
wszystkie pomysły na to, jak odzyskać wpływy w społeczeństwie i jak na nowo
przekonać, że warto jej zaufać. Nic nie jest w stanie przekonać wyborców, że PiS
może być jakąkolwiek alternatywą. I tak jak kiedyś wyborcy uwierzyli, że
Jarosław Kaczyński da im 3 miliony mieszkań, oraz, że to on dał im możliwość
grillowania, tak teraz nie bardzo chcą wierzyć, że zapewni im wczasy na plażach
Egiptu i Tunezji...
Wydawałoby się, że partyjne podsumowanie roku
działalności PiS nie mogło przypaść w lepszym terminie. Afera hazardowa, deficyt
finansów państwa, rezygnacja Tuska z kandydowania na urząd prezydencki...
wszystko to powinno być motywujące do nowych działań i "nowego
otwarcia". Tylko, że od czasu, kiedy PiS został opozycją, otwarć było już
wiele i żadne do tej pory nie wyszło poza deklaracje werbalne. Przyczyną tego
jest to, że ci, na których partia Jarosława Kaczyńskiego chce się otwierać,
inteligencja i młodzież, wcale nie pałają miłością do tego rodzaju propozycji.
PiS nie może się pozbyć etykiety partii obciachu i tak będzie dopóty, dopóki na
jej czele będzie stać Jarosław Kaczyński. Ale wielu twierdzi, że bez niego
partia nie ma możliwości istnienia jako jednolity twór polityczny i
organizacyjny...
Jednak, jak to przytomnie zauważają politolodzy, PiS
jest partią zadowolonych aparatczyków. Stały, betonowy elektorat, który sądzi,
że Jarosław Kaczyński znów poprowadzi ich ku świetlanej IV RP, która dla nich ma
oblicze socjalnego i mentalnego neo-PRL, zapewnia im do 30 proc poparcia. To za
mało, aby rządzić, ale wystarczająco, aby utrzymać swoje miejsca w parlamencie i
sejmikach samorządowych. Ten lewicowy, populistyczny, ale również
nacjonalistyczny i klerykalny elektorat należy hołubić i utrzymywać w gotowości
i wrzeniu. Tylko, że na nim nie da się zbudować żadnego projektu, zresztą
jedynym projektem, jaki ma Jarosław Kaczyński na następne kilka miesięcy, jest
reelekcja jego brata. A jakie są ty perspektywy, wszyscy wiedzą doskonale.
Jest w PiS grupa działaczy i polityków, którzy są sfrustrowani na tyle,
że tworzą scenariusze polityczne, które jeszcze kilka miesięcy temu mogłyby być
uznane za herezję i skutkowałby relegowaniem z partii. Już kilka tygodni temu
europoseł Michał Kamiński nie wykluczył możliwości zawarcia koalicji z Sojuszem
Lewicy Demokratycznej. Tę samą opinię ostatnio powtórzył inny młody polityki
PiS-u, Adam Hofman. Grono politycznych pragmatyków w PiS chce odłożenia na półkę
projektów dekomunizacji, lustracji, a zapewne i innych, tak jak choćby polityki
historycznej. Wszystko to dlatego, aby odsunąć Platformę Obywatelską i Donalda
Tuska od władzy... Tylko, że wtedy z Prawa i Sprawiedliwości pozostanie już
wydmuszka...
O tym, jak naprawdę jest źle w Prawie i Sprawiedliwości
i jakie frustracje musiał przynieść poznański zjazd, świadczy incydent, jak miał
miejsce w niedzielny wieczór w wirtualnym świecie Twittera. Poseł Paweł
Poncyliusz wysłał na otwarty kanał tego systemu mikroblogowego (zapewne
przypadkowo) informację, że "kongres potwierdzil schylek. Dalej bedą tylko
seanse mocy i akademie ku czci. Szkoda PiS" (pisownia oryginalna). Twitt
miał być adresowany zapewne do jednego z kolegów partyjnych (prawdopodobnie
jednego z europosłów). Paweł Poncyliusz w poniedziałkowym wywiadzie dla radia
RFM FM nie zmienił swego krytycznego zdania o kongresie, jak również o
perspektywach swojej partii...
Mam wrażenie, że następny kongres
partii będzie się odbywał już w zupełnie innych dekoracjach. I być może na
trybunie zasiądą zupełnie inni ludzie...