Chichot zza grobu

Chichot zza grobu

Oriana Fallaci (fot. TIMBERS John / TIMBERS John/ArenaPAL/FORUM)
Dziesięć lat po śmierci Oriany Fallaci Europa zaczyna przypominać ponurą wizję z jej najczarniejszych snów. Gdyby żyła, pewnie odparłaby buńczucznie – przecież ostrzegałam!

To jest wojna, obudźcie się! Czy nie widzicie, że tacy ludzie jak Osama bin Laden chcą nas zniszczyć? Że czują się uprawnieni do tego, żeby zabijać was i wasze dzieci tylko dlatego, że pijecie wino lub piwo, chodzicie do teatru lub kina, nosicie minispódniczki albo krótkie skarpetki, kochacie się, kiedy chcecie, gdzie chcecie i z kim chcecie? Nawet to was nie obchodzi, idioci?”. Pisząc esej w takim tonie, Oriana Fallaci wiedziała, że wywoła burzę.

Ale zrobiła to z premedytacją. Musiała dać ujście emocjom, które buzowały w niej tuż po atakach na World Trade Center. Płonące wieże obserwowała ze swojego mieszkania na Manhattanie. Gdy ze zgliszczy unosił się jeszcze dym, ona przelała wszystkie swoje frustracje na papier. W efekcie powstał ociekający oskarżeniami tekst „Wściekłość i duma” opublikowany na łamach włoskiego dziennika „Corriere della Sera”. To Fallaci pierwsza odrzucała tezy o istnieniu umiarkowanego islamu, uznając dialog Zachodu ze społecznościami muzułmańskimi za niemożliwy. Występowała przeciw środowiskom imigranckim w Europie. Za swoje radykalne poglądy była mieszana z błotem, ośmieszana, a nawet postawiona przed sądem, ale nie zrezygnowała z mówienia tego, co naprawdę myśli. 15 września minęło dziesięć lat od jej śmierci i można przecierać oczy ze zdumienia, jak trafne były jej przewidywania.

Era eurabii

Napisała na łamach „Corriere della Sera”, że „Europa nie jest już Europą, ale Eurabią, która z powodu uległości wobec islamskiego nazizmu kopie swój własny grób”. Nie miała złudzeń co do islamu, który już 15 lat temu zalewał Europę. Jej zdaniem europejska polityka wielokulturowości poniosła porażkę, ponieważ imigranci się nie asymilują i nie przyjmują wartości europejskich, jak oczekiwano. „Mówimy trudno, gdy stawiają, gdzie chcą, meczety. Trudno, gdy zawłaszczają całe dzielnice, a nawet całe miasta. Trudno, gdy zamiast odrobiny wdzięczności i lojalności domagają się prawa wyborczego, które, oczywiście, jest im hojnie przyznawane przez lewicowych posłów. I trudno, gdy w celu obrony wolności musimy wyrzec się niektórych z naszych swobód” – tłumaczyła. Wypisz wymaluj współczesna Europa, choć od czasów Fallaci sytuacja jeszcze się pogorszyła. To, że muzułmańscy imigranci się nie integrują, nie jest tylko populistycznym hasłem, ale zdiagnozowanym problemem.

Badania na ten temat przeprowadził Berliński Ośrodek Socjologii, którego pracownicy przepytywali muzułmanów mieszkających w Niemczech, Szwecji, Holandii, Austrii i we Francji. Wyniki pokazały, że próby asymilacji tej grupy religijnej to mrzonki polityków, gdyż aż dwóch na trzech muzułmanów przedkłada swoje zasady religijne i normy kulturowe ponad te panujące w krajach, w których mieszkają. Do tego blisko połowa z nich uważa, że Zachód chce zniszczyć islam. W efekcie imigranci zawłaszczają całe dzielnice. Ich reprezentatywnym przykładem stała się brukselska dzielnica Molenbeek, skąd rekrutowali się autorzy zamachów terrorystycznych we Francji. W zeszłym roku belgijski rząd przyznał, że stracił nad nią kontrolę, a imigranckie gangi i „policje szariatu” coraz częściej pojawiają się na ulicach Londynu, Paryża czy Berlina. Ciekawe, że już w 2010 r. o problemie mówiła sama kanclerz Angela Merkel, stwierdzając, że próby stworzenia w Niemczech społeczeństwa wielokulturowego „zdecydowanie zawiodły”, co nie przeszkodziło jej w ogłoszeniu kilka lat później polityki „willkommen”, która do dziś odbija się czkawką całej Europie. Zdaniem Fallaci brak asymilacji wynika nie tylko z różnic kulturowych, ale z pogardy, jaką muzułmanie darzą mieszkańców zachodniej cywilizacji. Z tego powodu odmawiała prawa nazywania się Europejczykami nawet muzułmanom urodzonym już tutaj. – Nie wolno ich uważać za Europejczyków, przynajmniej w takim znaczeniu, w jakim nas nie można by traktować jako muzułmanów, gdybyśmy mieszkali w Maroku, Arabii Saudyjskiej czy Pakistanie, będąc tam zameldowani czy mając tamtejsze obywatelstwo.

Obywatelstwo nie ma nic wspólnego z narodowością. By stać się Anglikiem, Francuzem, Niemcem, Hiszpanem, Włochem czy Polakiem, to znaczy stać się integralną częścią pewnych dziejów i pewnej kultury, trzeba czegoś więcej niż tylko kawałka papieru, na którym napisano: obywatel angielski, francuski, niemiecki, hiszpański, włoski czy polski. Moim zdaniem nawet ci, którzy mają obywatelstwo, są jedynie gośćmi, a w zasadzie uprzywilejowanymi najeźdźcami – oświadczyła w jednym z wywiadów. Wiele w tej kwestii mówi toczący się we Francji spór o burkini, który przerodził się w dyskusję o laicką tożsamość Francji. Czy imigranci powinni dostosować się do kontekstu kulturowego kraju, w którym mieszkają, czy też powinni egzekwować prawo do swoich swobód? Większość Francuzów uznaje burkini za przejaw ekstremizmu i manifestacji politycznej. Problem w tym, że spór o plażowy strój nie rozwiązuje problemów. W internecie bez trudu znajdziemy zdjęcie z plaży w Cannes, na którym Amedy Coulibaly, sprawca zamachu na koszerny sklep w Paryżu z 2015 r., pozuje razem z żoną i wspólniczką Hayat Boumeddiene, obwołaną „najbardziej poszukiwaną kobietą we Francji”. Boumeddiene ma na sobie skąpe bikini.

Demograficzna inwazja

Fallaci idzie dalej. W książce „Siła rozumu”, wydanej w roku 2004, krytykuje polityków i rządy za niewolnictwo poprawności politycznej, które zawładnęło przestrzenią publiczną: „Jeśli powiesz, co myślisz o Watykanie, o Kościele katolickim, o papieżu, o Matce Boskiej, o Jezusie, o świętych, nic cię złego nie spotka. Ale jeśli zrobisz to samo z islamem, z Koranem, z Mahometem, będziesz rasistą, ksenofobem i świętokradcą i dopuścisz się dyskryminacji rasowej” – pisała. Główny problem polega na tym, że politycy i proimigrancki establishment gimnastykują się jak mogą, by nie puścić w świat komunikatu, że polityka multi-kulti poniosła porażkę. Wystarczy prześledzić informacje o zamachach czy napadach na tle religijnym. Unika się w nich stwierdzenia, że zamachowcem był muzułmanin lub, nie daj Boże, imigrant. Ponurą sławą okrył się przypadek molestowań, których dopuściła się grupa kilkuset imigrantów na ponad 160 kobietach w ubiegłą noc sylwestrową w Kolonii. Dopiero po pięciu dniach od zajścia publicznie przyznano, że napady miały miejsce. Wszystko w trosce o to, by nie zburzyć wizerunku imigrantów. Fallaci powtarzała, że narody, które „zapominają, że mają duszę, upadną”. Jej zdaniem Arabowie kontynuują islamizację świata, bo przez ostatnie 14 wieków nic innego nie robili. Jeśli nie chwytają w rękę broni, podbijają nas na drodze pokojowej. – Nawet nie muszą obracać w perzynę naszych drapaczy chmur czy zabytków. Wystarczy im nasza słabość i ich płodność.

Pod względem demograficznym w każdym współczesnym pokoleniu przybywa dwa razy więcej Arabów, podczas gdy nas ubywa. Nie rozumiecie, że chodzi tu o z góry wykalkulowaną inwazję, że jeśli nie powstrzymamy ich natychmiast, nie wyzwolimy się od nich już nigdy? – ostrzegała. Tu trafiła w punkt. Z opublikowanych w marcu danych Eurostatu, wynika, że średni poziom dzietności w Europie wynosi 1,58. Dramatycznie mało, biorąc pod uwagę, że aby dana nacja utrzymała swoją liczebność, współczynnik dzietności powinien przekraczać statystycznie 2,11 dziecka na rodzinę. Tymczasem współczynnik dzietności dla Niemców wynosi dziś 1,3, Włochów – 1,2, a Hiszpanów– 1,1. Średni współczynnik dzietności rodzin arabskich w Europie wynosi zaś 4,7. Na południu Francji 45 proc. dzieci i młodzieży to muzułmanie. W Belgii i Holandii już dziś połowa wszystkich noworodków pochodzi z rodzin muzułmańskich. Statystycy obliczyli, że za 12 lat połowa ludności Holandii wyznawać będzie islam. Przy tej dysproporcji w przyszłości Europa rzeczywiście stanie się Eurabią, o której pisała Fallaci. Wzbudzała skrajne emocje. Jedni nazywali ją wnikliwą obserwatorką, inni jej książki porównywali do „Mein Kampf”. Trudno o zgodę na to, by w debacie publicznej posługiwać się językiem nienawiści. Warto jednak zauważyć, że nawet Fallaci, którą krytykowano za przesadę i sianie histerii, nie przyszło do głowy, że w ciągu dwóch lat Europa przyjmie półtora miliona muzułmańskich imigrantów, a na Bliskim Wschodzie powstanie wielkie żmijowisko dżihadystów w postaci Państwa Islamskiego. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 38/2016
Więcej możesz przeczytać w 38/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 3
  • BEZ-SCIEMY IP
    CZYŻBY SEX-TELEFON BYŁEGO PREZYDENTA KOMOROWSKIEGO?
    –"Dzwonię wszędzie" - Bronisław Komorowski Kwiecień 2006 r. Telefoniczne rachunki parlamentarzystów bywają gigantyczne. W kadencji 2001-2005 rekordzistą był Bronisław Komorowski. Tylko za jego telefony podatnicy zapłacili prawie 170 tys. zł. Komorowski krótko uciął dyskusje na temat miejsc, w które dzwoni: "Dzwonię wszędzie".

    Warto dodać, że za 170 tys. zł, które wydaliśmy na rozmowy posła Komorowskiego, przeciętny Polak rozmawiałby z osobą przebywającą w Stanach Zjednoczonych prawie rok. – patrz: http://wiadomosci.wp.pl/gid,12079643,gpage,6,img,12080579,kat,1342,title,Nie-wiedza-co-mowia,galeria.html

    Moja uwaga:
    1. CZYŻBY SEX-TELEFON?
    2. czy za sex-telefon prezydenta Komorowskiego ma płacić podatnik?

    Czytaj także