Sportowa kasa pęcznieje

Sportowa kasa pęcznieje

Cristiano Ronaldo
Cristiano Ronaldo / Źródło: Newspix.pl / ZUMA
To jest wojna. Telewizje licytują do upadłego prawa do wydarzeń sportowych. A kibice odpłacą im z nawiązką.

Marcin Cichoński

Wsobotę 10 czerwca telewizja Polsat transmitowała szlagierowe spotkanie eliminacji do mistrzostw świata w piłce nożnej Polska – Rumunia. Inne stacje, choć oficjalnie temu zaprzeczą, ten wieczór spisały na straty. Bo z góry było wiadomo, że wszyscy, którzy w sobotę zasiądą przed telewizorami, nawet kobiety i dzieci, zrobią to, by oglądać mecz. Stacje telewizyjne uczą się od dawna, że niewiele jest atrakcji zdolnych konkurować z emocjami sportowymi, ale największą lekcją okazały się mistrzostwa Euro 2016. Mecz Polska – Niemcy zgromadził wtedy przed telewizorami ponad 14 mln widzów. Dla porównania odcinki najpopularniejszego serialu „M jak Miłość” ogląda około 5 mln. Mało tego, Euro 2016 pokazało, że za dostęp do ważnej imprezy sportowej kibice są gotowi zapłacić dodatkowo. Jak pamiętamy, Polsat zaproponował wówczas widzom dodatkowo płatny pakiet zapewniający dostęp do transmisji wszystkich meczów bez reklam. Choć jego cena wynosiła aż 99 zł, to jeszcze przed rozpoczęciem mistrzostw znalazł on w Polsce niemal pół miliona nabywców. Euro w wersji płatnej dotarło zatem do ponad 2 mln widzów. Co ciekawe, Polsat do sprzedaży pakietów zaprosił wszystkich obecnych na rynku operatorów kablówek i telewizji cyfrowych, łącznie ze swoją największą konkurencją, czyli nc+. Niemal nikt nie odmówił, bo kalkulacja była prosta – lepiej stracić klienta na rzecz Polsatu na chwilę niż na zawsze.

Polsat wyciąga wnioski

Idąc za ciosem, stacja Solorza postanowiła wypróbować metodę dodatkowo płatnych pakietów w innych dziedzinach sportu, np. w organizowanych przez siebie galach KSW (Konfrontacja Sztuk Walki). Za oglądanie ostatniej z nich 27 maja trzeba było zapłacić około 40 zł. W tej sprzedaży również pomagali operatorzy niemal wszystkich kablówek. Dostęp można było też zamówić przez polsatowską aplikację VoD-Ipla. Polsat ma więcej pomysłów. We współpracy z Eurosportem uruchomił dwa kanały tenisowe, w których bez reklam, przez 24 godziny na dobę pokazywać będzie turnieje wielkiego szlema: Roland Garros, Wimbledon, US Open oraz Australian Open. – Pokażemy wszystkie najlepsze i najważniejsze mecze na żywo oraz relacje z meczów Polaków w tak szerokim zakresie, jak tylko będzie to możliwe – mówił członek zarządu Polsatu Maciej Stec. Oglądalność pojedynków na kortach nie jest może oszałamiająca – dwa lata temu stacja TVP Sport poinformowała, że występy będącej wtedy u szczytu formy Agnieszki Radwańskiej obserwowało średnio 50 tys. osób. Fani tenisa zaliczają się jednak do ludzi lepiej sytuowanych, dla których wydanie 40 zł za możliwość oglądania ukochanego sportu bez konieczności oczekiwania na to, kiedy zakończy się kolarski wyścig lub relacja z meczu w bilard, nie jest specjalnie dużym wyrzeczeniem.

Kibice chcą płacić

Tak więc będzie to pierwsza próba sprzedaży na szeroką skalę sportu, który w Polsce nie jest masowy. I to przeprowadzona nie za pośrednictwem już dostępnych kanałów, ale jako oferta specjalna. Wyników sprzedaży jeszcze nie znamy, ale eksperymentowi Polsatu i Eurosportu z zaciekawieniem przygląda się cała branża. W kolejce mogą bowiem stać inni. Podobny pomysł pojawił się już dwa lata temu, kiedy Ekstraklasa sprzedawała prawa do transmisji meczów polskiej ligi. Gdy w pewnym momencie został tylko jeden chętny nabywca, czyli nc+, przedstawiciele Ekstraklasy brali pod uwagę utworzenie własnego kanału. W 2015 r. była to z ich strony zagrywka negocjacyjna, ale dzisiaj wydaje się to przedsięwzięciem całkiem realnym. Polscy kibice potrafią bowiem nawet czterokrotnie płacić za możliwość oglądania sportu. Pierwszy raz – opłacając abonament, z którego w części (reszta pieniędzy pochodzi z przychodów reklamowych) opłacane są transmisje igrzysk olimpijskich oraz mistrzostw świata w piłce nożnej w latach 2018 oraz 2022. Drugi raz – wykupując pakiet kanałów sportowych poprzez telewizję kablową lub operatora telewizji cyfrowej. Trzeci raz – kupując produkty specjalne jak KSW, Euro 2016 czy Wielki Szlem. A czwarty raz – za dostęp do aplikacji cyfrowej, dzięki której to wszystko można oglądać nie tylko w telewizji, ale też online.

Bitwa o ligę mistrzów

Za mistrza zarabiania na sporcie od lat uważa się Polsat. Ale nawet ta stacja nie może stać w miejscu i musi szukać nowych sposobów na sprzedaż. Tym bardziej że niebawem straci część usług, w tym najbardziej prestiżowe rozgrywki polskiej reprezentacji piłkarskiej, które przejmie od niej TVP. Pula imprez sportowych jest ograniczona i stacje walczą zaciekle o każdy kawałek tego tortu. Dlatego informacja podana w połowie maja zelektryzowała kibiców, dziennikarzy i zarządzających koncernami medialnymi. Część mediów, powołując się na dobrze zorientowanego i współpracującego z Polsatem dziennikarza Andrzeja Kostyrę, przekazała wiadomość, że Polsat przejmie od nc+ rozgrywki Ligi Mistrzów oraz Ligi Europy.

– Nie komentuję doniesień m.in. dlatego, że wciąż nie otrzymaliśmy od UEFA oficjalnego stanowiska w tej sprawie, nie mamy więc informacji o zmianach – powiedziała w rozmowie z nami Paulina Smaszcz-Kurzajewska, rzeczniczka prasowa nc+. – Taki stan to znaczy brak decyzji potwierdził niedawno też sam pan prezes Solorz – dodała. nc+ na pewno nie podda się łatwo. Gdyby utraciła możliwość transmitowania prestiżowych pucharowych starć, do jakich niewątpliwie zaliczyć trzeba pojedynki Legii Warszawa z Realem Madryt, mogłoby to poważnie zachwiać jej pozycją. Jeszcze przed trzema laty stacja była piłkarskim potentatem: pokazywała Ekstraklasę, ligi angielską, francuską, włoską i hiszpańską. W latach 2013-2016 nc+ według nieoficjalnych szacunków straciła ok. 200 tys. abonentów (spadek z 2,3 mln do 2,1 mln). Polsat ma ich obecnie ok. 5,85 mln.

Eleven zabiera Lewandowskiego

W połowie 2015 r. na scenie pojawił się kolejny gracz i mocno napsuł krwi wszystkim, którzy w Polsce sport pokazywali od lat. Stacja nazywa się Eleven i choć kilkanaście miesięcy temu miała zaledwie 0,02 proc. udziału w rynku telewizyjnym, dla wielu fanów piłki staje się jednym z podstawowych kanałów. Dla nc+ i Polsatu to trudny do pokonania rywal w walce o prawa do atrakcyjnych spotkań, bo na negocjacjach zna się jak nikt inny. Eleven jest zarejestrowaną w Wielkiej Brytanii firmą powiązaną z światowym konsorcjum MP & Silva. Firma ta sama siebie nazywa agencją sportową pośredniczącą w sprzedaży praw telewizyjnych pomiędzy twórcami widowisk (federacjami, związkami sportowymi i ligami) a kupującymi – czyli w znakomitej większości telewizjami, ale także coraz częściej stronami internetowymi. Po latach pośrednictwa wpadła na pomysł w swej prostocie genialny: założyła własne kanały telewizyjne, które można oglądać w Polsce, Belgii czy Luksemburgu, ale także – co dla rynku praw ma większe znaczenie – na najszybciej wzrastającym i najliczniejszym rynku azjatyckim, a konkretnie w Malezji, Singapurze czy ogromnych Chinach. Niebawem ma się też pojawić w Stanach Zjednoczonych, w których piłka nożna, mimo odwiecznych kpin i żartów, staje się sportem coraz bardziej popularnym. To właśnie Eleven odebrało nc+ możliwość pokazywania meczów ligi francuskiej, włoskiej czy hiszpańskiej. Ostatnio dokonało też spektakularnego transferu, zabierając rozgrywki Bundesligi z Eurosportu, przez co klubowe mecze Łukasza Piszczka oraz Roberta Lewandowskiego będą od sierpnia pokazywane właśnie u nich. Eleven szybko zaczęło zarabiać nie tylko na abonamencie (ten kosztuje ok. 16 zł miesięcznie), ale na pojedynczych meczach – słynne El Clásico, czyli pojedynek Realu Madryt z Barceloną, można było zamówić bez konieczności płacenia za abonament, a chętni do wykupienia meczu znów zablokowali infolinię UPC.

Gwiazdorskie kontrakty

Ogromne pieniądze, jakie są w sporcie, przekładają się na niewiarygodnie wysokie dochody klubów. Przychody z praw telewizyjnych w lidze angielskiej za trzy sezony (2016-2019) wyniosą 8,5 mld funtów. To prawie 41 mld zł (dla porównania zakładane dochody budżetowe Polski w 2017 r. mają wynieść 325 mld zł).

Pieniądze te w Premier League dzielone są sprawiedliwie: mistrz, Chelsea Londyn, dostał z tego tytułu 153 mln funtów, a ostatnia drużyna, czyli Sunderland, aż 2/3 tej kwoty – 99,9 mln funtów. Dochody klubów w Anglii składają się z dwóch części – kwoty gwarantowanej (84 mln funtów) oraz kwoty zmiennej zależącej od zainteresowania meczami. Dlatego w tym roku szósty Manchester United zarobił o 5 mln funtów więcej niż piąty Arsenal. Gigantyczne przychody pozwalają płacić gwiazdorskie kontrakty zawodnikom – tygodniówka na poziomie 200 tys. funtów (ok. 1 mln zł) nie jest niczym niewyobrażalnym. Dla porównania – najlepiej zarabiający w Polsce piłkarz, reprezentant Legii Vadis Odjidja-Ofoe według szacunków ma w nowym sezonie otrzymać około miliona euro (4 mln zł), a i tak o kontrakcie mówi się jako o kosmicznym. O kwotach, jakimi dysponują Barcelona czy Chelsea, polskie kluby mogą tylko pomarzyć – najbogatsza Legia będzie miała do dyspozycji około 250 mln zł, głównie dzięki występom w Lidze Mistrzów.

By dojść do poziomu topowych klubów europejskich, musiałaby stać się dla nich towarem tak atrakcyjnym jak Barcelona, Real, Juventus, Chelsea, Liverpool czy Manchester United. To przez długie lata będzie raczej nieosiągalne, bo przepaść między najbogatszymi a średniakami (do jakich trzeba zaliczyć Legię) będzie się pogłębiać. Kluby zachodnie są na innym poziomie – promują się na rynkach azjatyckich, tworząc strony w językach chińskim, japońskim oraz arabskim. Robią to, by sprzedawać tam swe produkty: mecze, koszulki, gadżety. Tam mieszkają trzy miliardy coraz lepiej zarabiających ludzi, w Europie zaledwie 731 mln. Największe kluby za kilka lat mogą zarabiać jeszcze lepiej, bo widzowie na świecie chcą płacić za sport coraz więcej. Globalna liczba miłośników piłki oglądających na przykład rozgrywki Premier League lub konfrontację Barcelony z Realem w ciągu 10 lat wzrosła czterokrotnie. Wartość najbogatszego klubu świata – Manchesteru United – Forbes szacuje na 3,6 mld euro. Jeśli kwota ta wzrośnie, to m.in. dlatego, że chcemy dopłacić, by móc oglądać jego mecze. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 24/2017
Więcej możesz przeczytać w 24/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także