Emerytalny rak systemowy

Emerytalny rak systemowy

Emeryt, zdjęcie ilustracyjne
Emeryt, zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Fotolia / fot. bilderimaginum
Umiesz liczyć, licz na siebie. Trudno o lepsze przesłanie dla myślących o swoich emeryturach Polaków. Oby jeszcze państwo było uprzejme trzymać się przy tej okazji od nas z daleka.

Adam Mielczarek

Dokładnie dziewięć lat temu, w czerwcu 2008 r., oszczędności emerytalne Polaków zostały znacjonalizowane. Tak postanowił Sąd Najwyższy, stwierdzając, iż 120 mld zł zgromadzonych wówczas w OFE mają publicznoprawny charakter. Ten wyrok oraz inne dotyczące systemu emerytalnego, jak i pomysły zgłaszane przez polityków i ekspertów, każą walczyć o jedno – aby państwo trzymało się jak najdalej od zapewnienia nam dostatniej starości. Sercem systemu musi być indywidualna zapobiegliwość.

Kto dezinformuje

Wychodząc z budynku SN, pomyślałem – bo to ja byłem autorem pozwu sprzed laty – że jeszcze społeczeństwo z jego powodu zapłacze. Jako że nie było argumentów za uszczęśliwianiem mnie na siłę, stworzono kuriozalną konstrukcję, iż oszczędności gromadzone w OFE „nie są prywatną własnością” i mają „publicznoprawny charakter, którą zachowują po przekazaniu do funduszu”. Zatem, jak każdą inną daninę publiczną, muszę ją płacić. Tym samym wywrócono do góry nogami zasady zreformowanego systemu emerytalnego, ale media ograniczyły się do ogłoszenia, że oto został on uratowany. Było dokładnie odwrotnie. Podeptano zasady państwa prawa. Wywłaszczono bez odszkodowania miliony obywateli, ignorując umowę społeczną; jej ducha i literę. Niestety, gdy kolejne rządy zabrały się do zmian w systemie, te same media i redakcje nagle zaczęły podnosić rwetes. Rząd Donalda Tuska dobiera się do prywatnych oszczędności Polaków! – pisano i mówiono w 2011 r.

Tymczasem on tylko zaczął zagospodarowywać to, czym został obdarowany prawomocnym i ostatecznym wyrokiem. Niemal wszystkie media nagle zapomniały lub świadomie pomijały istnienie kluczowego wyroku. I to mimo tego, że osobiście im o nim przypominałem. Ba! Ignorowały nawet obowiązek zamieszczenia sprostowań, przedstawiając jedynie (nie)słuszną wersję. W ich ślady szli niedoinformowani „eksperci”, powtarzający jak mantrę, że oto rząd zabiera nasze prywatne oszczędności. Dyskusji mogłem przysłuchiwać się z politowaniem, tym bardziej że wiedziałem, iż mój wyrok był elementem sławetnych ekspertyz, tak skrzętnie ukrywanych przez rząd i prezydenta Bronisława Komorowskiego. Cóż, można powiedzieć, że manipulowania opinią publiczną uczyli się od najlepszych. W dezinformacji palmę pierwszeństwa dzierżyła Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych. Jej przedstawiciele w 2008 r. z lubością umieszczali mnie w gronie oszołomów, strasząc, że jeśli wygram, to rzesza świadczeniobiorców zacznie przymierać głodem.

Z premedytacją przedstawiali pozew jako próbę wymigania się od płacenia tzw. składek na ZUS. Tymczasem nigdy nie kwestionowałem konieczności wpłacania do pierwszego filaru. Nie dlatego, że na tym zyskuję (jak na każdej piramidzie finansowej wyłącznie tracę), lecz właśnie z powodu jego publicznego charakteru. Do drugiego nie chciałem być już zmuszany, by samodzielnie gospodarować własnymi pieniędzmi. Pierwszy, a więc wypłaty bieżących emerytur, nawet po moim zwycięstwie pozostałby nienaruszony. Ewa Lewicka, ówczesny prezes IGTE, a w rządzie Jerzego Buzka pełnomocnik ds. reformy zabezpieczenia społecznego, oraz prof. Marek Góra, współtwórca reformy, nagle, gdy moja sprawa sądowa zbliżała się do finału, jednym głosem zaczęli mówić, iż OFE to środki publiczne jedynie zarządzane przez prywatne podmioty.

Ciekawe, że kilka lat wcześniej, gdy pod koniec lat 90. wprowadzano reformę, przy okazji niezliczonych programów informacyjnych zapewniali, iż drugi filar to prywatne oszczędności Polaków. Cóż, „uboczny” efekt ich starań był taki, że w czasach, gdy posądzane o nadmierne zyski banki osiągały rentowność 10 proc., PTE, czyli firmy zarządzające OFE, potrafiły zarabiać na prowizjach od zarządzania po 26-28 proc. rocznie. Dla siebie, nie dla przyszłych emerytów. Gdy tylko zaczęto mówić w 2011 r. o ukróceniu tak lukratywnego biznesu, izba przygotowała kampanię „Obroń swoją emeryturę” z hasłem przewodnim: „Ręce precz od moich pieniędzy!”. To szczyt hipokryzji. Trzy lata wcześniej ci sami ludzie wygłaszali peany na temat wyroku nacjonalizującego pieniądze w OFE. Nagle zaczęli znowu nazywać je prywatnymi.

Gdzie jest państwo

O ile instytucjom komercyjnym można wybaczyć chęć ochrony własnych interesów, od państwa wypadałoby wymagać pewnej powagi. Nic z tych rzeczy. Gdy kilkanaście lat temu zabierałem się do napisania pozwu (przypomnę – postulatem było zaprzestanie zmuszania mnie do oszczędzania w OFE), zapytałem Ministerstwa Finansów oraz Pracy i Polityki Społecznej, jak postrzegają drugi filar w polskim systemie. Pierwszy resort odpisał, iż to pieniądze prywatne, drugi – że publiczne. Ale to nie koniec kpin. Nieco później Ministerstwo Pracy odpowiedzialne za reformę emerytalną przedstawiło plan zasad wypłaty. Na konferencji znalazłem się jako przedstawiciel mediów. Gdy minister Anna Kalata zapowiedziała, że wypłatami zajmie się ZUS, dziennikarze natychmiast zaczęli wypytywać o ryzyko przejęcia oszczędności z drugiego filaru przez państwo. Marek Bucior, zastępca dyrektora departamentu ubezpieczeń społecznych MPiPS, ten sam, który kilkanaście tygodni wcześniej udzielił mi pisemnej odpowiedzi, zaczął solennie zapewniać, że nie ma mowy o nacjonalizacji. – Pieniądze te pozostaną prywatne – stwierdził, uspokajając społeczeństwo. Zaskoczenie? Ani trochę! Znając inne wyroki sądów oraz orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, widziałem, że państwo z systemem emerytalnym może zrobić dosłownie wszystko.

Z naruszeniem praw nabytych, zasad logiki czy wieloletnich obietnic, potwierdzonych ustawowo łącznie. Przesądzał o tym choćby wyrok TK z 7 lutego 2006 r. W sprawie dotyczącej pobierania emerytury przy jednoczesnym zachowaniu aktywności zawodowej przez dwóch wykładowców akademickich będących już w wieku emerytalnym. Stwierdzał on, że ochronie podlegają „wyłącznie oczekiwania usprawiedliwione i racjonalne”. A „ochrona praw nabytych nie oznacza ich nienaruszalności i nie wyklucza stanowienia regulacji mniej korzystnych”. Co więcej, są one wręcz normą, jeśli uzasadnia to inny, ważny „interes publiczny” oraz „inne zasady, normy lub wartości konstytucyjne”. O ironio, jednym z pozywających był prof. Stanisław Gebethner, współautor naszej konstytucji. Finalnie nie dość, że wstrzymano mu wypłatę świadczenia, to jeszcze musiał zwrócić emerytury pobierane przez kilka lat. Tak się składa, że jedną ze wspomnianych zasad konstytucyjnych jest próg publicznego zadłużenia. Na nią jawnie powoływał się rząd Tuska, twierdząc, że przejmując pieniądze z OFE, walczy z nadmiernym zadłużeniem. Gorsze jest co innego. Głównym krytykiem tych zmian był Jerzy Stępień. Ten sam, który jako sędzia trybunału podpisał się pod wspomnianym orzeczeniem w sprawie emerytowanych profesorów. Widać szybko o nim zapomniał. Niemniej to zdaje się przypadłość Temidy. Gdy w 2013 r. Jerzy Stępień został zapytany o orzeczenie w mojej sprawie, stwierdził, iż doszło do „rażącej pomyłki” Sądu Najwyższego. Jego sędziowie zaś nie powinni traktować konstytucji wyłącznie jak kwiatka do kożucha.

Co dalej?

Tyle historii, pora na wnioski. A ten może być tylko jeden – w tak zagmatwanym systemie, gdzie wszystko zależy od dobrej lub złej woli polityków, manipulacji zainteresowanych grup interesów oraz ślepej Temidy, państwo należy trzymać od naszych oszczędności emerytalnych z daleka. A jako serce systemu przyjąć powszechnie znaną zasadę jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Jedynie z pomocniczą rolą systemu publicznego. Wspierającego wszystkich tak samo, na równych zasadach i bez wyjątków. Z jednym, wysokim wiekiem emerytalnym i pod warunkiem wieloletniego rozliczania w Polsce podatków, jako centrum interesów życiowych.

Tak skonstruowany mechanizm jest skrajnie tani w obsłudze (indywidualizacja kont to idący w miliardy koszt obsługi systemu). Nawet wysokość emerytury na dany rok można, wzorem płacy minimalnej, ogłaszać w mediach, bez informowania każdego listem poleconym. I nie wymaga tworzenia nowych instytucji. Kluczową daną, datę urodzenia, zawiera już system PESEL. Fiskus zaś rokrocznie i tak gromadzi deklaracje PIT. Dane zbierają się więc same. Jednocześnie z systemu automatycznie eliminują się emigranci podatkowi i działający w szarej strefie, natomiast pobór składek ogranicza się do jednego przelewu naliczanego od łącznego funduszu płac w firmie. Przy okazji likwiduje to podział na pracowników lepszych (z etatem) i tych często poniewieranych (z umowami cywilnymi). Wszyscy są tak samo ubezpieczeni i dostaną to samo. Byle mało! Tak wypłacane świadczenie ma być bowiem dodatkiem do indywidualnej przezorności. Kołem ratunkowym dla tych, którzy mieli pecha lub nie myśleli o zabezpieczeniu starości. Kieszonkowym od państwa pozwalającym skromnie przeżyć.

By nikt nie czekał na nie z utęsknieniem i wiedział, że liczą się jego własne oszczędności. W bankach, funduszach inwestycyjnych, nieruchomościach, planach systematycznego oszczędzania, polisach ubezpieczeniowych itp. Niekoniecznie nazwanych emerytalnymi, ale pełniącymi taką funkcję. Ma to dodatkową zaletę – rozproszone oszczędności trudniej zawłaszczyć, a te zgrupowane (jak OFE czy też przejęty Fundusz Rezerwy Demograficznej) zawsze będą stanowić pokusę dla polityków czy też zostaną narażone na opinie wymiaru sprawiedliwości, zwykle strzegącego „interesu publicznego”. Skromny wymiar wypłat ma jeszcze jedną zaletę – pozwala zbilansować system, a nawet ów międzypokoleniowy pas transmisyjny z czasem ograniczać. Zamiast więc rozbudowywać, kurczy ten rak drążący finanse publiczne. Niestety, największą popularność zdają się zyskiwać pomysły prof. Leokadii Oręziak. Promuje ona niezmiennie międzypokoleniową piramidę finansową, matematycznie skazaną na bankructwo (nieprzypadkowo jej tworzenie jest zakazane, no chyba że robi to rząd). Zależną od indywidualnych składek, gdzie główny ciężar utrzymania na stare lata, a więc i wysokość świadczeń bierze na siebie państwo. To zwalnia z przezorności i zapobiegliwości oraz dzietności. Ale i ono, by ów system utrzymać przy życiu, już dziś rokrocznie pompuje dotację rzędu 47 mld zł. W ten sposób wszyscy emeryci żyją na koszt przyszłych pokoleń, nie tylko ich część, jak to jest w systemach prywatnych. Promowanie dzietności zaś jest drogą donikąd. Dziś mówi się o trzecim dziecku, za kilkadziesiąt lat o szóstym czy ósmym. Oszczędności od tego nie przybędzie, za to przyszłych beneficjentów czekających na mannę z nieba owszem. System emerytalny uratują i pozwolą dostatnio funkcjonować na starość jedynie prywatne oszczędności i/lub dobrze wychowane dzieci. Postawmy więc na indywidualną przezorność, ale tym razem naprawdę. I bez przymusu. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Czytaj też wywiad z prof. Leokadią Oręziak „Polacy płacą za emerytalną propagandę” w numerze 16, dostępnym w archiwum wydań na www.wprost.pl. Zapraszamy do debaty na temat emerytur, kontakt: debata@wprost.pl

Okładka tygodnika WPROST: 24/2017
Więcej możesz przeczytać w 24/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także