Waldemar wspaniały

Waldemar wspaniały

Polacy deklarują niechęć do działaczy partyjnych, ale ich kochają
Rząd polityków czy bezpartyjnych fachowców? – przed takim dylematem staje każdy nowy premier. Z uporem godnym lepszej sprawy dziennikarze i duża część komentatorów podpowiadają wtedy każdemu nowemu szefowi rządu to drugie rozwiązanie. Ideałem ministra wydaje się profesor, który nigdy nie był w żadnej partii i z pogardą spogląda na partyjnych liderów. Jak z najnowszego filmu Agnieszki Holland „Ekipa".
Bombardowani „bezpartyjną" propagandą Polacy na lewo i prawo deklarują niechęć do polityki. Tyle że tak naprawdę bez polityków nie potrafią żyć. Wewnętrznie zachowują dużo zdrowego rozsądku, który im podpowiada, że skuteczną politykę może prowadzić tylko polityk, tak jak leczyć umie tylko lekarz, a uczyć nauczyciel.
Idol Pawlak
Rząd Tuska zatrzymał się w pół drogi. Kilka resortów objęli wyraziści działacze partyjni, kilka politycy drugoplanowi, a kilka bezpartyjni. Których z nich najbardziej cenią sobie Polacy? Polityków z krwi i kości! Jak wynika z sondażu Pentora na zlecenie „Wprost", największe nadzieje Polacy wiążą z ministrami na wskroś partyjnymi, szczególnie tymi, którzy mają już rządowe doświadczenie. Jako potencjalnych najlepszych ministrów w gabinecie Donalda Tuska niemal jedna trzecia respondentów wskazała wicepremiera i ministra gospodarki Waldemara Pawlaka oraz szefa dyplomacji Radosława Sikorskiego. Na kolejnych miejscach znaleźli się minister zdrowia Ewa Kopacz, minister kultury Bogdan Zdrojewski i szef MSWiA Grzegorz Schetyna. Najlepiej notowany niezależny ekspert w rządzie, minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski, jest dopiero szósty.
Właśnie „politycznością" należy chyba tłumaczyć zaskakujące pierwsze miejsce w sondażu Waldemara Pawlaka. Jedynym atutem tego niezbyt lubianego przez media polityka jest olbrzymie doświadczenie rządowe czy szerzej – establishmentowe. Dwukrotny premier i dwukrotny szef PSL nigdy nie był zbyt popularny, ale okazywał się wyjątkowo skuteczny. I to, jak się wydaje, doceniają ankietowani. Ta legendarna skuteczność Pawlaka może się jeszcze na Donaldzie Tusku zemścić. W sejmowych kuluarach słychać, że wicepremier i minister gospodarki ma aspiracje zostania po raz trzeci premierem, podobno chce też startować w wyborach prezydenckich. Pawlak nie chce się do tych sugestii odnosić. – Teraz zdecydowałem się na kierowanie Ministerstwem Gospodarki i to jest dla mnie zadanie najważniejsze – ucina w rozmowie z „Wprost".
Wygląda na to, że z doświadczeń dotychczasowych rządów właściwsze wnioski potrafią wyciągać Polacy niż ich przywódcy. A doświadczenia, jeśli chodzi o rządowych „bezpartyjnych fachowców", nie są wcale (wbrew zachwytom części mediów) dobre. Brak zaplecza partyjnego, nieumiejętność budowania poparcia dla swoich poglądów, wreszcie brak głównej motywacji do pracy, jaką są następne wybory – to podstawowe powody, dla których tzw. fachowcy nie sprawdzają się jako ministrowie.
Skrajnym przykładem nieudolności budowania parlamentarnej większości dla proponowanych przez siebie rozwiązań byli ministrowie z rządu Marka Belki. Był to najbardziej ekspercki gabinet w polskiej historii po 1989 r. (w dniu powołania aż dziesięciu na osiemnastu ministrów było bezpartyjnych). W dodatku powstał jako rząd mniejszościowy, czyli funkcjonujący w warunkach, w których od ministrów wymagana jest maksymalna polityczna sprawność. Gdy po niespełna pół roku funkcjonowania gabinetu premier Belka podał się do dymisji, otwarcie przyznał, że „nie wszystko udało się przeforsować w Sejmie". Na papierze pozostał m.in. plan Jerzego Hausnera, sztandarowy projekt rządu. – Rząd ekspercki ma sens tylko wtedy, gdy powoływany jest na bardzo krótki okres i ma za zadanie dotrwać do wyborów – mówi były premier Józef Oleksy.
Ministrowie eksperci często nie mają nawet elementarnego obycia w świecie polityki. Przykład? Kiedy Donald Tusk ogłosił, że Katarzyna Hall zostanie u niego ministrem edukacji, ta bezradnie tłumaczyła dziennikarzom, że zanim coś powie, musi przeczytać… program PO.
− Jako szef rządu ceniłem ekspertów za to, że potrafili artykułować niezależne sądy, nie podlegające politycznej koniunkturze − mówi „Wprost" były premier Leszek Miller. − Niestety, ich słabą stroną było to, że z powodu braku kontaktów politycznych mieli problem ze zbudowaniem dla swoich pomysłów poparcia w Sejmie − dodaje. Przykładem może być minister sprawiedliwości w rządzie Millera sędzia Barbara Piwnik. Zapowiadała rozdzielenie funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, ale nikt nie potraktował jej planów poważnie, za to za jej rządów prokuratura została upolityczniona bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Kłopotliwi eksperci
Polacy słusznie uważają, że najwyższe funkcje w państwie powinny pełnić osoby, na które głosowali w wyborach, czyli politycy. Eksperci nie podlegają przecież wyborczej weryfikacji. Istnieje obawa, że nie będą pełnili swojej funkcji z zaangażowaniem albo uciekną od realizacji partyjnego programu. Obok pytania o chęci jest też pytanie o możliwości: jak na stanowisku ministerialnym, gdzie wymagana jest zdolność do praktycznego działania, sprawdzi się osoba, która dotychczas ograniczała się do akademickich rozważań teoretycznych. − Na początku lat 90. mieliśmy w Polsce bezpartyjnego ministra finansów, który, choć urzędował kilka miesięcy, nie wydał praktycznie żadnego rozporządzenia. Robił to samo co na uniwersytecie, czyli głównie analizował. Na odchodne zostawił swojemu następcy całą szufladę nie podpisanych dokumentów − mówi „Wprost" były premier Kazimierz Marcinkiewicz. Jego zdaniem, ta historia ma obrazować ryzyko, przed jakim staje przyszły szef rządu, mianując na ministerialne stanowisko osobę znaną do tej pory jedynie z pracy akademickiej.
Bezpartyjni fachowcy byli też często obsadzani w resortach spraw zagranicznych i sprawiedliwości. W pierwszym wypadku zatrudnianie specjalisty wiązało się z mniejszym ryzykiem – mianowano zazwyczaj byłego dyplomatę, czyli osobę, o której kompetencjach przyszły szef rządu miał jakieś pojęcie. O wiele groźniejsze jest mianowanie eksperta szefem resortu sprawiedliwości. Tu, oprócz ryzyka, że minister będzie miał problem z podejmowaniem ważkich decyzji, pojawia się obawa, iż będzie sprzyjał swojej korporacji, do której w perspektywie czterech lat musi przecież wrócić. Przykładem jest minister sprawiedliwości w rządzie Marka Belki – Andrzej Kalwas, radca prawny, który wbrew woli sejmowej większości bronił dostępu do zamkniętych zawodów prawniczych. O walkę z korporacjami trudno też podejrzewać nowo mianowanego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego, z zawodu adwokata.

Nisze dla profesjonalistów
– Gabinet nie może być rządem wszystkich Polaków, ale większości, która oddała w wyborach głos na określoną opcję polityczną. Dlatego powinni zasiadać w nim politycy. Nie zmienia to faktu, że w niektórych ministerstwach mogą się spisać również niezależni fachowcy – uważa Leszek Miller. Odnosi się to głównie do resortów nauki i kultury. Tu istotną rolę odgrywa kontakt ze środowiskiem, którego dotyczą prace ministerstwa. W rządzie Leszka Millera i Marka Belki ministrem kultury był Waldemar Dąbrowski, twórca orkiestry Sinfonia Varsovia, producent ponad siedemdziesięciu spektakli teatru Studio i były dyrektor Teatru Wielkiego w Warszawie. Dwukrotnym ministrem nauki był też prof. Michał Kleiber, specjalista z zakresu mechaniki i informatyki. Jego kompetencje cenili politycy z każdej strony sceny politycznej − kojarzonego z lewicą Kleibera zatrudnił w charakterze doradcy prezydent Lech Kaczyński.
Problemem jest to, że ministerstwa kultury i nauki, najlepiej nadające się dla fachowców, zostały w rządzie Tuska obsadzone według klucza partyjnego. Ministerstwem Nauki kieruje eurodeputowana prof. Barbara Kudrycka, a resort kultury przypadł Bogdanowi Zdrojewskiemu. Kudrycka jako była rektor Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Białymstoku jest w środowisku nauki znana. Ale już nominacja Zdrojewskiego, który jako były szef Komisji Obrony Narodowej przez całą poprzednią kadencję przygotowywał się do objęcia stanowiska szefa MON, jest nieco egzotyczna. I niewiele pomogą tu tłumaczenia Donalda Tuska, że Zdrojewski jest z wykształcenia kulturoznawcą.

Okładka tygodnika WPROST: 50/2007
Więcej możesz przeczytać w 50/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także