Anonimowy oficer – źródło „Gazety Wyborczej” – ujawnił nowe, nieznane dotąd szczegóły, dotyczące Polaka, którego Rosjanie przetrzymywali dwa lata temu w areszcie w Taganrogu (obwód rostowski). Mężczyzna zaginął w 2023 roku.
Rosyjscy obrońcy praw człowieka, na których powołuje się dziennik, twierdzą, że Krzysztof Galos był regularnie bity. Jego to konsekwencja tych tortur.
Polak musiał znosić ogromne cierpienie
Około 40--letni oficer, rozmówca „GW”, został zwolniony z rosyjskiego aresztu w październiku 2025 roku. Redakcji udało się z nim skontaktować dzięki uprzejmości Sztabu Koordynacyjnego, który trzyma pieczę nad wymianami jeńców wojennych, do których dochodzi pomiędzy Kijowem a Moskwą.
Źródło dziennika potwierdza, że Polak znajdował się w areszcie śledczym w mieście portowym, które znajduje się nad Morzem Azowskim, choć osobiście z nim nie rozmawiał. Mężczyzna, który także był więziony przez Rosjan, ma problem z nogami. Tłumaczy, że jeden ze sposobów znęcania się nad jeńcami polega na uszkadzaniu kończyn czy biciu w głowę – lekarze po tym, jak 40-latek opuścił miejsce tortur, poddali go badaniom i wykryli w jego głowie guz.
Mężczyzna znajdował się ok. pięć cel od mieszkańca Małopolski. Nasz rodak nie znał języka rosyjskiego – nie rozumiał więc osób, które zadawały mu cierpienie. – On niewiele rozumiał, w związku z tym ciągle go bili – przy porannych i wieczornych kontrolach. Zmuszali go do uczenia się hymnu – relacjonuje rozmówca „GW”.
Krzysztof Galos nie żyje. „Codziennie go bili”
Ukraiński oficer twierdzi, że Polak, pytany o to, co robił na południu kraju, gdzie toczy się wojna, odpowiadał, że „przyjechał zobaczyć zabytki historyczne”. W pewnym momencie trafił na rosyjski posterunek i tam został zatrzymany. W areszcie, oprócz hymnu, kazano mu także uczyć się pieśni wojennej. – Zapomniałem jej nazwy, ale nawet śmialiśmy się trochę, bo on tak śmiesznie śpiewał. To był taki śmiech przez łzy... – opowiada rozmówca gazecie.
Galos miał codziennie znosić ogromny ból. – Według moich informacji codziennie go bili: w tył głowy i po nogach – wskazuje. W czerwcu 2023 r. oprawcy mieli zaś przesadzić. Tego dnia Polak patrzył przez okno na wewnętrzne podwórze, po którym spacerowali specnazowcy. – W więzieniu Rosjanie chodzili w maskach, a tam zdejmowali je, żeby odpocząć. Specnazowcy zorientowali się, że więźniowie obserwują ich z celi, a wyglądanie przez okna więzienne było surowo zabronione. Wpadli tam i wszystkich bardzo mocno pobili. Słyszałem, jak niedługo później więźniowie z tej celi zaczęli wzywać lekarza. Krzyczeli, że do Polaka – twierdzi oficer.
Jego dolne kończyny były w bardzo złym stanie – mocno spuchnięte. Ukrainiec wskazuje, że celę mieszkańca Krakowa kilkukrotnie odwiedzał później medyk
„Ja tu chyba umrę”
Wkrótce doszło do tragedii. – Usłyszałem z korytarza jakieś krzyki, przybiegli oficer dyżurny ochrony aresztu i medyk. Słyszałem, że kogoś wynoszą na korytarz, a potem zabierają. Potem wzywali na przesłuchanie chłopaków z tamtej celi – relacjonuje rozmówca „GW”. Feralnego dnia więzień, z którym siedział Polak, opowiedział ukraińskiemu oficerowi o tym, co działo się w celi. – Krzysztof obudził się rano i powiedział: „Ja chyba umrę”. Czuł się bardzo źle. Kiedy zaczął jeść śniadanie, nagle wzdrygnął się i upadł. Współwięźniowie od razu wezwali ochronę. Kiedy go wynosili, już umierał – parafrazuje słowa jeńca.
Zdaniem anonimowego źródła – nasz rodak miał umrzeć w związku z powikłaniami po udarze.
Czytaj też:
Tragedia w ośrodku narciarskim. 5-latek nie przeżył tego incydentuCzytaj też:
Gigantyczny pożar w Warszawie. Straty oszacowano na 300 tys. zł
