Tomasz Stankiewicz, „Wprost”: W jakim stanie dziś znajduje się system ochrony zdrowia żołnierzy, zarówno w aspekcie medycznym, jak i psychologicznym, biorąc pod uwagę zmiany po 2023 roku, kiedy pan przejął kierowanie Departamentem? Co istotnego się zmieniło? Chodzi mi też o kwestie zawałów serca czy samobójstw.
Płk dr n. med. Arkadiusz Kosowski, dyrektor Departamentu Wojskowej Służby Zdrowia: To pytanie jest złożone z dwóch części i brzmi tak, jakbyśmy po 2023 roku mieli epidemię zdarzeń. Na szczęście jej nie mamy. Do wojska generalnie przychodzą ludzie młodzi i zdrowi.
Od 2024 roku podjęliśmy trud, z pozytywnym efektem, współpracując z instytucjami zewnętrznymi, w tym z Narodowym Funduszem Zdrowia, żeby opracować model pozyskiwania informacji dotyczącej stanu zdrowia wojska. Dotychczasowe dane były cząstkowe i wybiórcze, a my pracujemy nad kompleksową oceną stanu zdrowia. Dane za 2024 rok mówią, że największym problemem w służbie jest urazowość, co jest naturalne ze względu na charakter służby: poligony, ćwiczenia i różne zaangażowania żołnierzy.
Na szczęście choroby serca w populacji wojskowej nie przekraczają wskaźników krajowych i europejskich. Podkreślę, są to generalnie młodzi ludzie w dobrym stanie, przyjmowani do służby. I całe szczęście, że ci młodzi ludzie nie korzystają ze świadczeń medycznych w takim wymiarze, który wzbudzałby niepokój.
Dzisiaj wiemy też, że wszyscy żołnierze mogą korzystać ze służby zdrowia w dowolnym miejscu, w dowolnej placówce. Wojsko z całego systemu korzysta w niewielkim odsetku. W populacji leczonych pacjentów w szpitalach i przychodniach wojskowych około 5% to żołnierze mundurowi. To dobrze.
To dowody, że obecny system kwalifikacji do służby wojskowej realizowany przez wojskowe komisje lekarskie sprawdza się. Nie oznacza to jednak, że nie mamy co poprawiać.
Naszą troską są dwa obszary. Po pierwsze, rozszerzanie świadomości i zachęcanie do większego korzystania z profilaktyki. W Polsce z profilaktyką jest na bakier, szczepienia, świadome podejście do bezpiecznych zachowań. Żołnierze są częścią społeczeństwa i nie są oderwani od trendów, zwyczajów i wychowania. To jest dla nas wyzwanie na kolejne lata, pracować z personelem, budować przekonanie i świadomość, że warto inwestować we własne zdrowie poprzez szczepienia i profilaktykę ochronną. Drugi obszar to opieka psychologiczna. Stres i radzenie sobie z nim to coraz częstsze wyzwania społeczeństw, w tym i duże wyzwanie dla wojska.
Czy są zaplanowane albo realizowane jakieś programy dotyczące profilaktyki, badań wyrywkowych? Mówi pan, że nie macie danych.
Mamy ogólne dane o zdrowiu, ale nie gromadzimy ich w formie spersonalizowanych danych medycznych przypisanych do konkretnej osoby i numeru PESEL. To gromadzenie wynika z przepisów prawa. Każdy żołnierz/pacjent jest właścicielem swojej dokumentacji medycznej, która jest prawnie chroniona. Są też przepisy RODO regulujące te kwestie.
Nie pozyskujemy więc informacji dotyczących konkretnego Kowalskiego i konkretnego numeru PESEL. Zastanawiamy się, czy i jak możemy modyfikować przepisy, żeby zbudować taką wartość, że moglibyśmy wiedzieć o zdrowiu pojedynczego żołnierza i poprzez nasze placówki na różnych poziomach wyjść z ofertą dedykowaną do jego konkretnego problemu medycznego i potrzeby. Ale to wiąże się z ochroną danych wrażliwych i trzeba do tego podchodzić rozsądnie, przede wszystkim z perspektywy bezpieczeństwa pacjenta.
Dzisiaj pozyskujemy informacje o ogólnym stanie zdrowia populacji i je analizujemy. To pierwszy rok. W kolejnych latach będziemy uzyskiwali takie same informacje. Będziemy poszerzali zasób wiedzy i będziemy mogli mówić o trendach. Na jednym roku trendu się nie zbuduje.
Podjęliśmy też działania dotyczące profilaktyki. Program dotyczący chorób odkleszczowych jest już stosowany w wojsku i kierowany do żołnierzy, bo takie choroby mają miejsce, zwłaszcza u osób służących w terenie. Jesteśmy też na zakończeniu prac nad dwoma programami, które przeszły pozytywną ocenę Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji.
Pierwszy to program związany ze znamionami, czyli zmianami skórnymi. Wiemy, że populacja mundurowa sporo czasu spędza w terenie i w otwartej przestrzeni. Chcemy, żeby osoby eksponowane na słońce i szkodliwe warunki mogły być objęte programem przesiewowym, a potem, w razie potrzeby, miały szansę leczenia.
Kolejne programy to program profilaktyki nowotworów skóry, którego przewidywany termin realizacji to 2025-2029 r.
Kolejny obszar to program chorób metabolicznych. Tu jesteśmy na początku ścieżki. Badania wskazują, że w niektórych grupach wiekowych i u niektórych żołnierzy pojawia się zjawisko otyłości i nadciśnienia, chcemy wyjść z projektem i programem również w tym zakresie.
Podejmujemy też wiele inicjatyw lokalnych, mamy osiem rejonów zabezpieczenia i szpitale, podejmują różne działania dedykowane poszczególnym grupom.
Jakie są główne bariery współpracy cywilno-wojskowej w obszarze zdrowia i co Departament robi, żeby je przełamać? Weźmy na przykład szpital w Hajnówce, na starcie uznano, że system cywilny „udźwignie” zabezpieczenie medyczne w rejonie, co zmieniło tę ocenę?
Wojskowa Służba Zdrowia wspiera szpital w Hajnówce zarówno poprzez pracę wojskowego personelu medycznego, jak i poprzez szkolenia z medycyny pola walki. Jednocześnie wojskowy personel medyczny zabezpiecza medycznie potrzeby żołnierzy na Podlasiu. Wszystko to zorganizowało MON, a realizuje WIM-PiB.
Myślę, że nie ma problemów w ramach współpracy między wojskową a cywilną służbą zdrowia. Proszę wybaczyć, ale w mojej ocenie pytanie jest źle postawione. Dlaczego? Bo medycyna nie jest „na granicy”. Nie ma sporów kompetencyjnych między lekarzem cywilnym a lekarzem wojskowym. Nie ma różnicy między ratownikiem medycznym w mundurze a ratownikiem cywilnym, mają różne zadania do wykonania. W zdarzeniach obie formacje się wspierają. Wszystkie osoby z wykształceniem medycznym mają swoją rolę do spełnienia, zarówno cywile jak i wojskowi. O zdrowie walczymy razem.
Przykład: szpital polowy utworzony ze względu na zalanie szpitala – tam pracę podjęli lekarze ze szpitala w Nysie, wspierając udzielanie świadczeń dla ludności. Hajnówka, Podlasie, „Bezpieczne Podlasie”, tam aktywne są służby podległe MSWiA, policja i wojsko, zabezpieczające teren. Służby MSWiA korzystają z systemu powszechnego: ratownictwa medycznego i ościennych szpitali. I jakbyśmy nie narzekali, ratownictwo medyczne w Polsce mamy na bardzo wysokim poziomie, z doskonale wyszkolonym personelem. W tym zabezpieczeniu uczestniczy wojsko i jest to dla nas wszystkich poligon doświadczeń.
Wojsko funkcjonowało tam w podobny sposób, ale zakres tej opieki okazał się niewystarczający. Dlatego uznaliśmy potrzebę wystawienia grupy medycznej: z jednej strony zapewnia specjalistyczną opiekę, z drugiej stanowi wsparcie dla szpitala. To przekłada się i na pacjentów cywilnych, i na wojskowych. Obecność naszych lekarzy w szpitalu w Hajnówce odciąża placówkę, bo opiekujemy się żołnierzami, co ułatwia dostęp pacjentowi cywilnemu do opieki. Warte podkreślania jest zaangażowanie lekarzy wojskowych z Wojskowego Instytutu Medycznego.
Dlaczego wsparcie medyczne w Hajnówce wzmocniono dopiero po czasie, a nie od początku operacji?
Szpitale ulokowane wzdłuż granicy spełniają rolę zabezpieczenia wszystkich osób przebywających na terenie kraju. Analiza zdarzeń pokazała, że największa liczba problemów interwencyjnych i towarzyszących kłopotów medycznych była w okolicach Hajnówki, tam, gdzie są skupiska uchodźców i naszych służb mundurowych. To pokazało, że nie blokujemy dostępu w innych szpitalach, tylko wzmacniamy Hajnówkę, bo statystycznie pojawiło się tam więcej problemów. Gdyby problemy pojawiły się gdzie indziej, wspieralibyśmy inny obszar.
Zawsze można powiedzieć, że coś było za późno i coś można było zrobić lepiej. Ważne, że wyciągamy wnioski. Czy to był błąd? Myślę, że na tamtym etapie zabezpieczenie medyczne i psychologiczne było tylko na poziomie pododdziału. Ocena sytuacji doprowadziła do decyzji o wzmocnieniu wsparcia specjalistami WIM-PiB, co dawało szansę na interwencję. Dzisiaj, na szczęście, nie mamy wypadków, nie mamy ofiar, nie mamy rannych ani tak poszkodowanych żołnierzy. Świadczenia, które dziś tam realizujemy, są świadczeniami podstawowymi, wynikającymi z chorób sezonowych, urazów i dodatkowych problemów zdrowotnych.
Czyli nie ma żadnych barier współpracy między cywilną a wojskową służbą zdrowia? Instytucjonalnych, finansowych czy proceduralnych?
To, co pan słyszy bardzo głośno w Polsce od miesięcy, wiąże się z wojną w Ukrainie. To wywołało wrażliwość, wcześniej wojny były dalej, nie budowały takiego niepokoju. Dziś to, co nas dotyka bezpośrednio, powoduje, że zaczynamy się martwić i to dobrze, bo najważniejsza jest troska i wrażliwość o bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo zdrowotne jest najważniejsze.
Ta troska powoduje, że cywilna i wojskowa służba zdrowia, instytucje po jednej i po drugiej stronie, zaczynają o tym rozmawiać i podejmować inicjatywy. To pierwszy krok do budowania świadomości i przygotowania się na ewentualności.
Mieliśmy covid, o którym szybko zapomnieliśmy. Takie historie, covid, powódź, inne kryzysy zdrowotne, powinny uczyć, żeby na sprawy bezpieczeństwa zwracać uwagę. Powstała też ustawa o ochronie ludności i obronie cywilnej, bardzo ważna ustawa, która daje podstawę do tego, żeby w większym stopniu zwracać uwagę, czy jesteśmy przygotowani i co powinniśmy zmienić. Ministerstwa: MON, MZ, MSWiA oraz uczelnie medyczne podejmują działania w celu reorganizacji systemu. Istnieją i są wdrażane inicjatywy współpracy cywilno-wojskowej, to są inicjatywy Ministra Obrony Narodowej. Departament Wojskowej Służby Zdrowia opracował program „Szpital Przyjazny Wojsku” oraz program „Legion Medyczny”, programy dedykowane do instytucji służb zdrowia, organów założycielskich oraz dla personelu medycznego.
Covid pojawił się w 2020 roku. Mamy sześć lat po covidzie i rozmawiamy, ale nic przełomowego się nie dzieje. Dlaczego to tyle zajmuje?
Ochrona zdrowia jest wrażliwą i specyficzną dziedziną życia człowieka. Należy powiedzieć: Polska nie jest krajem „trzeciego świata”, nie jest krajem bez historii i tradycji medycyny. Polska ma przepisy i systemy dotyczące pandemii, planów pandemicznych krajowych i wojewódzkich, planów kryzysowych i obronnych, ma instytucje za to odpowiedzialne.
Problem polega na tym, czy o tym pamiętamy i czy traktowaliśmy to do tej pory w sposób należyty i poważny. Jednym musimy przypominać, innych musimy uczyć. Dialog między stronami to kierunek, żeby uświadomić organom założycielskim szpitali i dyrektorom, że powinnością jest gotowość na zdarzenia szczególne: od kryzysu po wojnę. Czy mam kadrę, pielęgniarki, lekarzy, ratowników? Czy mam leki? Skąd je będę brał? Czy mam zabezpieczenie i zaopatrzenie? To wszystko jest ujęte w przepisach.
Przez lata żyliśmy w pokoju i traktowaliśmy to mniej poważnie. Dzisiaj zaczynamy traktować to refleksyjnie i sprawdzać, czy dokumenty stają się praktyczną formą gotowości. Ale nie możemy mówić, że w Polsce nie ma systemu, bo wywołujemy niepokój. Nam wszystkim zależy na tym, żeby rozwiązania korygować, poprawiać i być gotowym na najgorsze, aby ono nigdy się nie pojawiło.
Jak pan ocenia gotowość obecnych struktur szpitalnych (szpitale, instytuty) w razie kryzysu lub konfliktu?
Nad pewnymi rzeczami musimy pracować, pewne rzeczy doskonalić, zacząć patrzeć z większą wrażliwością i to dotyczy też wojska. Proszę zobaczyć, cała armia od kilku lat „bogaci się” jeśli chodzi o wyposażenie, zmienia się podejście do zabezpieczenia. Społeczeństwo i instytucje myślą o bezpieczeństwie: telekomunikacja, cyberbezpieczeństwo. Myślimy też o bezpieczeństwie zdrowotnym. Zabezpieczenie epidemii COVID-19 to był wielki poligon doświadczeń.
Mówimy o dowództwie wojsk medycznych, o modyfikacji i korekcie systemu. Są plany i ambicje, żeby zwiększyć rolę ratowników medycznych w mundurze, tworzyć obszary, w których medykom w mundurach będzie się chciało służyć z jeszcze większym zaangażowaniem, a do Sił Zbrojnych RP będą trafiać nowe zastępy medyków. Wojna trwa, nadrabiamy zaległości i korygujemy obszary, które wcześniej nie były uznawane za najważniejsze. Każdy kraj musi wybierać, na co kłaść akcent i gdzie wydatkować środki. Problem i ograniczenia w tym zakresie dotyczyły całej Europy a nie tylko Polski.
Pojawiają się zarzuty, że setki milionów pójdą na szpital w Krakowie, a tymczasem pozostałe wojskowe szpitale dostają grosze.
W wojskowej służbie zdrowia mamy 11 szpitali, trzy instytuty, kilkadziesiąt wojskowych specjalistycznych przychodni lekarskich, do tego opiekę sanitarną i nadzór sanitarny, a także duży obszar służby zdrowia w jednostkach wojskowych, psychologów i inne grupy medyczne. Tak krawiec kraje, jak mu materii staje.
Faktem jest, że środki finansowe trafiają do jednych szpitali w pewnym okresie większe, a w innym okresie mniejsze, bo rozpoczęte inwestycje powinny być kontynuowane i dokończone. Szpital w Krakowie był jednym z bardziej zaniedbanych i niedoinwestowanych. Ma 107 lat, funkcjonował w zabytkowych obiektach, w systemie pawilonowym, który od dziesiątków lat ulegał dekapitalizacji.
W XXI wieku należy podejmować decyzje inwestycyjne, które będą służyły pacjentowi. Przecież 95% pacjentów korzystających z tego szpitala, jak i z innych wojskowych, to cywile. Ale żołnierz też jest pacjentem. Jeśli przez kilkadziesiąt lat nie było inwestycji, to kiedyś musi się pojawić. Ta inwestycja najprawdopodobniej z końcem tego roku będzie dokończona i szpital nabierze blasku.
Czytaj też:
Wojskowa Służba Zdrowia w rozsypce? Ambicje personalne mają blokować reformy
Jak rozumiem, ten szpital będzie wojskowym instytutem medycznym?
Tak, jest taki plan: po zbudowaniu nowego szpitala i jego wyposażeniu, utworzyć w tym szpitalu wojskowy instytut medyczny. Zresztą w każdym wojskowym szpitalu zobaczy pan większe lub mniejsze inwestycje. Pojawiają się w Szczecinie, były przez lata w Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie, w Poznaniu, nowe budynki, skrzydła, kliniki, remonty. To dzieje się sukcesywnie. Chcielibyśmy więcej, ale musimy mierzyć siły na zamiary. Instytut będzie mocnym usprawnieniem medycznym w zakresie nauki, nowych technologii, rozwoju zawodowego kadr medycznych.
Czy kolejny instytut w Krakowie to nie jest rozdrabnianie wojskowej służby zdrowia, skoro zasoby specjalistów są ograniczone?
Szpital w Krakowie zatrudnia wybitną kadrę, jest szpitalem klinicznym, ma profesorów, aspiracje i potrzeby. Jeśli chodzi o instytuty: mamy Instytut Higieny i Epidemiologii, specyficzny, zajmujący się zagrożeniami biologicznymi i szczególnymi zdarzeniami. Mamy Wojskowy Instytut Medycyny Lotniczej, opieka nad pilotami i sfera nauki. I flagowy podmiot, Wojskowy Instytut Medyczny w Warszawie. Wojsko Polskie potrzebuje kadr medycznych dobrze przygotowanych do zawodu. Potrzebujemy specjalistów i potrzebujemy środków, które ten rozwój zawodowy zagwarantują. To ma być również magnesem do służby w wojsku.
Dążymy do tego, żeby poszczególne szpitale wojskowe miały swoją specjalizację, profilowanie podmiotu. Kraków to ośrodek akademicki. Szpital w Krakowie ma się zająć specjalizacją ratowników medycznych: mamy Wojskowe Centrum Kształcenia Medycznego w Łodzi, ale pojawiły się nowe możliwości zdobywania umiejętności, które wymagają zabezpieczenia klinicznego. WIM zajmuje się w sporej części lekarzami, a Kraków będzie przygotowywał programy edukacyjne dla ratowników medycznych. W każdym obszarze potrzebne są placówki wiodące.
Czy ktoś komuś „zabierze” środki? Każdy instytut i szpital ma samodzielność, powinność zabiegania o środki, własne programy i działalność naukowo-badawczą. Kolejny instytut i kolejny dobry szpital to oferta pracy i służby dla młodych lekarzy, ratowników, psychologów, pielęgniarek. O młodej kadrze musimy myśleć, bo jest naszą przyszłością.
Jaki dziś jest poziom rekrutacji nowych lekarzy, utrzymania personelu medycznego i psychologicznego? Jakie są luki i jak zamierzacie je wypełnić?
Do bycia człowiekiem niezbędne są środki finansowe, ale dla wielu ludzi znaczenie mają również warunki pracy. Odstajemy wynagrodzeniami od rynku komercyjnego. W świecie medycznym nastąpiła w ostatnich latach rewolucja, szczególnie po covidzie, i tu mamy lekcję do odrobienia. Medycyna w wojsku jest częścią armii, więc całe wojsko musi spojrzeć na ten problem szerzej. Nie tylko myśleniem o wynagrodzeniu.
Drugi obszar to edukacja, możliwość zdobywania umiejętności, specjalizacji, doskonalenia zawodowego i warunki, w których to się realizuje. Trzeci – prestiż szpitali. My chcemy, by zasada „mistrz i uczeń” była mocna w wojskowej służbie zdrowia. Autorytety, mistrzowie są potrzebni, by młodzi medycy mieli od kogo się uczyć. Chcemy budować etos placówek, warunki pracy i przekazywanie wiedzy.
Braki są, ale nie wzięły się z roku na rok, to wynik wielu zaniedbań i innego postrzegania wojskowej służby zdrowia.
Czytaj też:
Polska armia na krawędzi kryzysu kadrowego. Wojskowi medycy biją na alarm
W jakim czasie zakładacie, że te luki zostaną uzupełnione? I pytam też wprost o finansowanie lekarzy, bo to kluczowe.
Bez pieniędzy nie da się żyć, są elementem ważnym. Nasi lekarze są częścią systemu. Musimy budować wzrost wynagrodzeń, biorąc też pod uwagę fakt, że nosimy mundury i jesteśmy w armii. Ale równolegle musimy tworzyć warunki dla tych, którzy chcą służyć: modernizować placówki, budować autorytety, tworzyć ścieżkę rozwoju zawodowego i dbać o ludzi. To się nie dzieje z poniedziałku na wtorek.
Czy mogę zadeklarować, że za dwa–trzy lata powstrzymamy całkowicie problemy? Nie. Motywacje są różne. Czasem nie spełniamy oczekiwań co do miejsca służby, specjalizacji, możliwości dodatkowej aktywności zarobkowej, wysokości zarobków. W każdym obszarze musimy coś poprawić. To nie jest tak, że totalnie jest źle i nic się nie dzieje, bo wtedy nie byłoby medyków w wojsku. Medycy są, służą, dają z siebie wszystko, są dyspozycyjni. To wymaga zmian przepisów, podejścia, reorganizacji systemu i czasu.
Kraków to okręg wyborczy ministra Kosiniaka-Kamysza. Na szefa WIM w Krakowie powołany został prof. Guzik, brat promotora pracy doktorskiej ministra. Ta konfiguracja rodzi pytania o transparentność. Co pan odpowie osobom, które widzą w tym „układ”?
Posłużę się własnym przykładem, po objęciu stanowiska zainicjowałem utworzenie Wojskowej Akademii Medycznej. Można by postawić zarzut, że jestem absolwentem WAM, mam sentyment do miejsca i jestem przywiązany do tej idei. Takich osób jak ja, byłych i obecnych lekarzy absolwentów WAM, w Wojskowej Służbie Zdrowia są tysiące.
Gdybyśmy przyjęli taki wariant myślenia, to w wielu miejscach nie dałoby się nic stworzyć. Dla utworzenia uczelni w Łodzi było wiele merytorycznych powodów, przede wszystkim to 70 lat dla tradycji w szkoleniu. Tu nie chodzi o sentyment tylko o praktykę i pragmatykę.
W przypadku prof. Guzika, trzeba patrzeć, czy ci ludzie wnoszą wartość, czy szpital się rozwija, pozyskuje środki, zmienia się. To powinno być wizytówką ich pracy. Każdy ocenia po solidności i efektach.
Czytaj też:
Wojska Medyczne tylko „na papierze”. Ekspert: Mamy chaos organizacyjny, po co takie jasełka?
Program „Szpitale przyjazne wojsku” – co to oznacza?
To idea, którą MON podjęło w odpowiedzi na napływające prośby i inicjatywy ze strony szpitali cywilnych o współpracę. Mówiłem o wrażliwości i relacjach wojskowo-cywilnych, wojna jest za granicą, ludzie się niepokoją, więc szpitale zaczęły zgłaszać się do MON, żeby podjąć współpracę. Ubraliśmy tę aktywność w projekt, który ma na celu łączyć, integrować, edukować i informować.
To projekt, który ma też pokazać kadrze wojskowej, że te szpitale są przyjazne, gotowe do współdziałania i honorowania żołnierzy w ramach realizowanych świadczeń. W pierwszej kolejności zachęcamy szpitale w obszarach jednostek wojskowych i poligonów, ale nie zamykamy ścieżki. Nie robimy konkursów, to aktywność środowisk.
To podobna idea do „Legionu Medycznego”, tylko dedykowana ludziom oraz środowisku medycznemu. W całej Polsce prowadzimy szkolenia z udziałem urzędów wojewódzkich i szpitali wojskowych dla organów założycielskich i dyrektorów szpitali, w pierwszej kolejności zapraszając „szpitale przyjazne wojsku”. Pokazujemy przepisy, wymagania i obowiązki w zakresie gotowości. Jednym musimy przypomnieć przepisy, innych tego nauczyć. To program w pierwszej kolejności edukacyjny.
Podobnie jak program dla społeczeństwa, w którym wojsko uczy pierwszej pomocy: dezynfekcja rany, założenie opatrunku, unieruchomienie złamania, opieka nad poszkodowanym. To przydaje się w każdym dniu, na wycieczce, w trakcie powodzi, a także w działaniach wojennych.
Ile w 2025 roku Departament wydał na inwestycje, na szpitale wojskowe? Znalazłem informację, że w programie „Szpitale przyjazne wojsku” wydatki są na poziomie 39 mln zł na szpital.
Nie, to nie jest tak, MON nie finansuje budowy szpitali. Nie ma przepisu, który pozwalałby Ministrowi Obrony Narodowej finansować w taki sposób szpitale cywilne. My finansujemy wojskową służbę zdrowia i mamy tam określone potrzeby.
Jeśli chodzi o środki dla systemu ochrony ludności i obrony cywilnej, są przepisy, które powodują, że donatorem środków jest MON, ale dystrybuuje je Minister Spraw Wewnętrznych wraz z wojewodami i oni podejmują decyzje o potrzebach inwestycyjnych wynikających z zadań kryzysowych i obronnych. Z budżetu wojskowej służby zdrowia nie poszła ani złotówka na ten program. My łączymy środowiska i pomagamy szpitalom. W przepisach postaraliśmy się, żeby środki, będące w dyspozycji MSWiA i wojewodów, mogły być przeznaczone na potrzeby służby zdrowia, bo gospodarzem zabezpieczenia w województwie jest wojewoda. To wszystko wynika z ustawy o ochronie ludności i obronie cywilnej.
W obliczu wojny w Ukrainie i potrzeby wsparcia medycznego, czy wojskowy system jest dostatecznie zintegrowany z cywilnym i międzynarodowym (NATO/UE)? Jakie są przeszkody?
Opieramy się o przepisy, normy i regulacje, to jest uregulowane. W sytuacji obronnej bronimy się całą służbą zdrowia. Działania mają prowadzić do tego, by cywilna i wojskowa strona były przygotowane do udzielenia pomocy. Każdy konflikt pokazuje, że poszkodowani są wojskowi, ale bardzo często też cywile.
Im lepiej zorganizowana i przygotowana będzie cywilna służba zdrowia, tym bardziej będzie w stanie wesprzeć armię. Czy Polska byłaby w stanie obsługiwać rannych i świadczyć pomoc, również na miejscu? Myślę, że cała Unia Europejska, Polska również. Mamy zobowiązania, mamy system, mieliśmy testy systemu: uchodźcy z Ukrainy, covid. Mamy jeszcze dużo do zrobienia, temu służy planowanie, przygotowanie i organizowanie.
Odstajemy bardzo od krajów NATO, jeśli chodzi o medycynę wojskową?
Z przykrością należy powiedzieć, że wszyscy mamy podobne problem. Wszyscy chcieliby mieć więcej medyków w mundurze i być lepiej przygotowani. Przez lata byliśmy w Europie trochę w uśpieniu, a dziś wszystkie kraje się budzą. Pojawia się wiele aktywności i inicjatyw, również w ochronie zdrowia.
Znalazłem informację, że ukończył pan kurs generalski. Czy to w praktyce otwiera drogę do awansu na stopień generalski? Nie obawia się pan, że przy prezydencie Karolu Nawrockim proces nominacji generalskich może być bardziej wymagający lub dłuższy?
Skończyłem studia w Akademii Sztuki Wojennej, potocznie nazywane studiami generalskimi, ale to nie jest równoznaczne z tym, że „mogę zostać generałem”. Jestem żołnierzem, podległym pierwszej osobie w państwie. Prezydent, minister obrony narodowej i premier decydują o losach żołnierza.
Przyszedłem do wojskowej służby zdrowia, żeby przygotować utworzenie Wojskowej Akademii Medycznej, integrować wojskową służbę zdrowia, żeby młodzi ludzie mieli perspektywy rozwoju i tworzyć przepisy prawa przyjazne wojskowej służbie zdrowia. Ta moja aktywność może, ale wcale nie musi być nagrodzona, o tym decydują przełożeni.
Czytaj też:
Polskie służby bezpieczeństwa idą śladami Chin i Rosji. Ustawa otwiera drogę do odrodzenia „bezpieki”?Czytaj też:
Wojskowa Akademia Medyczna zostanie odtworzona? Były wiceminister MON: Na siłę i za późnoCzytaj też:
Poprzednie kierownictwo MON oszczędzało na zdrowiu żołnierzy? Dotarliśmy do dokumentów
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
