Nie kocha, nie lubi, nie szanuje

Nie kocha, nie lubi, nie szanuje

Rekonstrukcję rządu mam w swojej głowie – ogłosił premier. Sami ministrowie, nie wiedząc, co ich czeka, próbują odczytać przyszłość z gestów, żartów i tonu głosu szefa rządu.

Na razie Donald Tusk konsekwentnie nie ujawnia swoich planów nawet najbliższemu otoczeniu. Wiadomo jednak, że premier ma zróżnicowany stosunek do swoich ministrów. Najlepiej widać to podczas posiedzeń rządu, kiedy z dala od mediów potrafi ostro ochrzanić podwładnych, a nawet z nich zakpić. Komu obrywa się najczęściej? „Wprost” zagląda za zamknięte drzwi sali, w której odbywają się posiedzenia Rady Ministrów.

Jacek Rostowski. Upadek z wysokiego konia

Ze szczytu na samo dno – to w skrócie rządowa historia Jacka Rostowskiego. Przez prawie sześć lat ministrowi finansów Tusk ufał niemal bezgranicznie. Zawsze zwracał się do niego z dużym szacunkiem, zwłaszcza że Rostowski konsekwentnie roztaczał wokół siebie aurę angielskiego dżentelmena. Koniec miłości przyszedł w wakacje, wraz z informacją o tym, że Rostowski źle oszacował wpływy do kasy państwa. Dla członków rządu stało się to jasne we wrześniu, kiedy omawiano budżet na 2014 r. – Czy tym razem wyliczenia budżetowe są bardziej zbliżone do rzeczywistości? – zapytał Rostowskiego premier, który dotąd unikał złośliwości pod jego adresem. Zaczepka Tuska nie doczekała się równie ciętej riposty ministra, choć ten ma opinię świetnego polemisty. Podobno tylko mruknął coś pod nosem. Ale szef rządu nie odpuszczał. – Ile dokładnie pieniędzy będzie z OFE? – dopytywał Rostowskiego i jego zastępców.

Jeden odpowiedział, że 7 mld zł, drugi – że 9 mld zł, kolejny – że 12 mld zł. – Wtedy premier naprawdę się wściekł – opowiada jeden z ministrów, obecny na tym bardzo emocjonalnym posiedzeniu rządu. Według jego relacji Rostowski wrócił z kancelarii premiera kompletnie zdruzgotany. Premier zarzucił mu bowiem, że specjalnie opóźniał prace nad ustawą o OFE i nowelizację budżetu. Chciał w ten sposób zablokować swoje możliwe odwołanie, bo przecież nie dymisjonuje się ministra w trakcie przygotowywania tak ważnych przepisów. Wrześniowe posiedzenie rządu było de facto końcem współpracy na linii premier – wicepremier. Od tego momentu jest już tylko chłód. wniosek: Jacek Rostowski zapewne pożegna się z rządem.

Marcin Korolec. Spóźniony refleks

– Nikt nie jest w stanie wyprowadzić premiera z równowagi tak skutecznie jak on – mówi o szefie resortu środowiska kolega z rządu. Na ogół chłodne relacje obu panów mieszają się z wybuchami złości i irytacji. – Czasem trudno się Donaldowi dziwić, bo Marcin jest z jednej strony flegmatyczny, a z drugiej beznadziejnie uparty – mówi polityk PO. To irytuje Tuska. – Czego pan szuka na suficie? Zastanawia się pan, czy te żarówki są energooszczędne? – spytał kiedyś premier, gdy minister błądził wzrokiem, spoglądając do góry. Korolec jak zwykle nie umiał celnie odpowiedzieć. Sytuację wykorzystał Radek Sikorski, ze swadą opowiadając o żarówkach w swoim dworku w Chobielinie. Gdy szef MSZ skończył, odezwał się w końcu Korolec. – I tak od słowa do słowa rozpętała się kłótnia o antykonsumenckie przepisy w ustawach forsowanych przez Ministerstwo Środowiska – relacjonuje uczestnik posiedzenia. Sposób bycia nie jest bowiem jedynym problemem, jaki ma z nim Tusk. Szef rządu od dawna podejrzewa, że część powstających w resorcie środowiska przepisów to dzieło ekologicznych lobbystów. Jego zdaniem Korolec nie dość skutecznie wyłapuje takie sytuacje. – Jeśli miałbym wskazać, kto najbardziej oberwał przez te dwa lata od premiera, to byłby to właśnie on – podsumowuje współpracownik szefa rządu. wniosek: Marcin Korolec raczej zakończy karierę rządową.

Joanna Mucha. Ikona pomyłki

Nie mniej złośliwy premier potrafi być wobec minister sportu Joanny Muchy. – Wziął ją do rządu w ostatnim dniu konstruowania Rady Ministrów, bo brakowało mu kobiety. Dlatego z wszystkich pań w rządzie to ona ma najtrudniej – opowiada współpracownik Tuska. Szef rządu długo nie chciał się przyznać do personalnej porażki i publicznie bronił swojej podwładnej. Dziś nikt w rządzie nie ma wątpliwości, że te czasy się skończyły. – Czy wejściówki w Jakuszycach nie mogłyby być bezpłatne? – zapytał ją w styczniu po zawodach narciarskiego Pucharu Świata w Szklarskiej Porębie. – Postaramy się w przyszłym roku – zupełnie poważnie, niczym prymuska, odpowiedziała Mucha. – Niech się pani nie wysila, nawet pani się nie uda. To impreza organizowana przez międzynarodową federację, polski rząd nie ma tu nic do powiedzenia – ironicznie podsumował Tusk.

Jego przekaz był jasny: chciał po raz kolejny pokazać, że jego ministra na sporcie kompletnie się nie zna. A przecież długo jej bronił. Coś w nim pękło dopiero po słynnej aferze dachowej w październiku ub.r., gdy podczas meczu Polska – Anglia deszcz zamienił Stadion Narodowy w wielki basen. Tego dnia w KPRM zarządzono wspólne oglądanie meczu. Współpracownicy premiera z niedowierzaniem wpatrywali się w ekran telewizora. Premier, zapalony kibic, próbował wtedy uzyskać od Muchy jakiekolwiek informacje. Bezskutecznie. – Ona wciąż nic nie wie! – rzucił poirytowany na drugi dzień, kończąc krótką rozmowę telefoniczną z Joanną Muchą. Denerwował się, że pani minister nie była w stanie odpowiedzieć na podstawowe pytanie, kto zawinił. Dziś Joanna Mucha to ikona pomyłki premiera. wniosek: Joanna Mucha pożegna się z rządem, a jej resort być może zostanie zlikwidowany.

Krystyna Szumilas. Krysia to Krysia

W osobistych kontaktach nieco lepiej premier traktuje Krystynę Szumilas, choć ją również uważa za najsłabsze ogniwo własnego rządu. Nie tylko zresztą on – o dymisji szefowej resortu edukacji mówi się niemal od początku jej pracy w rządzie. Krytykowana jest zwłaszcza za nieudolną operację wysyłania sześciolatków do szkół. Tusk od początku ma do niej specyficzny stosunek. Na swój sposób szanuje, choć kompletnie nie rozumie. – Gdy Krysia próbuje tłumaczyć coś podczas posiedzenia rządu, Donald nigdy jej nie przerywa. Nie okazuje irytacji. Widać jednak, jak wznosi oczy do nieba, szukając w sobie cierpliwości – relacjonuje kolega z rządu.

Bo mimo że wobec minister edukacji stara się być uprzejmy, nie ceni jej osiągnięć w resorcie. Jej polityczny los wydaje się przesądzony po tym, jak Szumilas sukces rządu zmieniła w porażkę. Rząd znalazł pieniądze i wprowadził zasadę, że wszystkie godziny w państwowych przedszkolach będą za złotówkę. Tyle że minister błędnym przepisem zamieniła pomysł w katastrofę. Wiele placówek w ogóle zrezygnowało z zajęć dodatkowych i z zatrudniania nauczycieli rytmiki czy plastyki. W efekcie rodzice byli wściekli. – Była świetnym wiceministrem i dramatycznym ministrem. Nie potrafiła wytłumaczyć swoich pomysłów ani ludziom, ani nawet kolegom z rządu – opowiada współpracownik Tuska. Jej największy atut? To, że jest sympatyczna i wszyscy ją lubią. – Gdyby Krysia nie była Krysią, to Donald by ją rozjechał. Jednak Krysia to Krysia. Mimo słabości nikt jej nie chce robić krzywdy – żartuje jeden z ministrów. I od razu dodaje: – Co innego Basia… wniosek: Krystyna Szumilas straci tekę ministra edukacji.

Barbara Kudrycka. Skończ już!

Basia to Barbara Kudrycka. Minister nauki początkowo miała u premiera całkiem dobre notowania. Po wyborach w 2011 r. bez większych wątpliwości przedłużył jej misję na kolejną kadencję. Tyle że profesor poczuła się zbyt pewnie. Ostatnio zajmuje się głównie recenzowaniem prac kolegów z rządu, co irytowało zarówno ich, jak i samego Tuska. – Zarozumiała, wszechwiedząca, wtrącająca się w nie swoje sprawy – dość zgodnie mówią o niej ministrowie. – Kiedy ustawy innych ministrów są już prawie przyjęte, ona wstaje na Radzie Ministrów i zgłasza swoje pomysły – opowiadają. Jej wystąpienia irytują również szefa rządu. Najczęściej przerywa jej tyrady twardym komunikatem: – Basiu, skończ już! wniosek: Barbara Kudrycka odchodzi z rządu, co sama zresztą zapowiedziała.

Michał Boni. Przemądrzały teoretyk

Szef resortu administracji i cyfryzacji to kolejny minister, o którym Tusk nie ma najlepszego zdania. – Jest kompletnie niedecyzyjny, w każdej sprawie musi zadyskutować się na śmierć i nic z tego nie wynika – opowiada rządowy kolega. A inny dodaje: – Wszystko zaczyna, niczego nie kończy. Tu rozgrzebie cyfryzację, potem przeniesie się na odcinek kościelny, za chwilę z całych sił broni wolności w internecie. W poprzedniej kadencji Boni był ministrem bez teki, przewodniczył też Komitetowi Stałemu Rady Ministrów. Przygotował ambitne, ale kompletnie bezużyteczne dla Tuska analizy dotyczące przyszłości polskiego społeczeństwa za kilkadziesiąt lat. – Marzył o tym, żeby zostać ministrem od czegoś konkretnego, a nie całe życie siedzieć w kancelarii i snuć wizje, które Tusk później wyrzucał do kosza – wyjaśnia jego kolega. – Miał się sprawdzić w boju, dojrzeć i z nieco przemądrzałego teoretyka zamienić się w praktyka. Niestety, organizacja resortu po prostu go przerosła – dodaje nasz informator. wniosek: Nad Michałem Bonim wisi groźba dymisji, ale nie jest jeszcze przesądzona.

Radosław Sikorski. Noblista z twittera

Kolejna postać budząca irytację premiera to Radosław Sikorski. Z szefem MSZ Tusk jednak się liczy – wszak jest to jeden z najlepiej ocenianych polityków w rządzie. – Donald kpi z jego żołnierskiego poczucia humoru i rozdętego ego – opowiada jeden z ministrów. Kilka tygodni temu niemieckie media przypisały szefowi polskiej dyplomacji kluczową rolę w planie rozwiązania konfliktu syryjskiego. Sikorski chodził dumny jak paw, dopiero po kilku dniach w wywiadzie dla „Financial Timesa” przyznał, że to nie on jest autorem rozwiązania, ale amerykański senator Richard Lugar. – Szkoda, że Radek zrezygnował z pokojowego Nobla – ironizował premier. – Nie wszystko stracone. Ma jeszcze szanse na Nobla literackiego za wpisy na Twitterze – dorzucił szef rządu. Minister bowiem słynie z kontrowersyjnych krótkich komentarzy w tym serwisie społecznościowym. Sikorski może jednak spać spokojnie. Tusk docenia bowiem to, że Sikorski jest dobrze oceniany i należy do nielicznych ministrów, którzy przysparzają rządowi popularności. Co nie zmienia faktu, że czasem mu dogryza. Współpracownik premiera tłumaczy fenomen Sikorskiego: – Po pierwsze, jest ministrem spraw zagranicznych. Po drugie, jest świetnie wykształcony. Po trzecie, dobrze ubrany. Po czwarte, erudyta. Z tego wszystkiego prawdą jest tylko punkt pierwszy – ironizuje polityk. wniosek: Sikorski zostaje w rządzie.

Janusz Piechociński. Kosmita

Wicepremier i szef resortu gospodarki to kolejny członek rządu, który nie polepsza nastroju Tuska. Sposób, w jaki premier traktuje wicepremiera, jest czasem wręcz demonstracyjnie lekceważący. W lutym Piechociński, chcąc zabłysnąć w mediach, ogłosił, że Tusk nie powoła drugiego wicepremiera. Sugerował w ten sposób, że Tusk wszystko z nim konsultuje. Trzy dni później szef rządu wręczył nominację na swojego zastępcę Rostowskiemu. – Tę decyzję Donald podjął wyłącznie na złość Piechocińskiemu – zapewnia jeden ze współpracowników szefa rządu. Tusk nie lubi sposobu, w jaki Piechociński zabiera głos podczas obrad Rady Ministrów. – Mówi rozwlekle, z dygresjami, w dodatku taka tyrada nigdy nie kończy się puentą ani wnioskiem – podsumowuje jeden z członków rządu. Dlatego gdy minister gospodarki zaczyna przemawiać, twarz Tuska tężeje. Kiedyś powiedział o nim, że to kosmita. Nic jednak nie może mu zrobić, bo to szef koalicyjnego PSL. Trzeba z nim żyć, choć to kosmita. wniosek: Na dymisję Janusza Piechocińskiego Tusk nie ma wpływu. Minister gospodarki zostaje.

Stanisław Kalemba. Upierdliwa poczciwina

Premier musi również żyć ze Stanisławem Kalembą. Minister rolnictwa ma podobną przypadłość co szef ludowców: brak daru precyzyjnego i zwięzłego komunikowania się. Albo nie rozumie pytań Donalda i odpowiada coś obok tematu, albo mówi zbyt zawile i długo. To wyjątkowo irytuje szefa rządu. Współpracownicy premiera podkreślają jednak, że z Kalembą pracuje mu się lepiej niż z jego poprzednikiem Markiem Sawickim. – Tamten ciągle knuł, a ten to poczciwina. Tylko trochę upierdliwa – mówi jeden z polityków rządu. wniosek: Zostaje, choć niektórzy politycy PO naciskali na jego dymisję.

Nie najlepiej współpracę z premierem rozpoczął Włodzimierz Karpiński. Za wszelką cenę chciał udowodnić, że nie jest malowanym ministrem, i wywołał wojnę z prezesem PGE Krzysztofem Kilianem, przyjacielem Tuska. Minister skarbu do rządu trafił trochę przez przypadek. Po nagłej dymisji Mikołaja Budzanowskiego trwała łapanka na szefa resortu. – Karpiński otwiera listę ministrów obojętnych Tuskowi – mówi polityk PO. Za nim jest Marek Biernacki – minister sprawiedliwości, który również do rządu wszedł trochę przez przypadek. Jakiś konserwatysta musiał zastąpić konserwatystę Gowina, którego pod koniec kwietnia Tusk wyrzucił z rządu. Chodziło o równowagę skrzydeł w partii. Tusk podobnie nie darzy sympatią Bogdana Zdrojewskiego – ministra kultury. Dopóki jednak ich działalność nie przynosi szkody, mogą funkcjonować. Przyszłość Zdrojewskiego nie jest jednak do końca jasna. Istnieje plan, by objął fotel przewodniczącego klubu PO. Tę funkcję pełni Rafał Grupiński, ale że jest zwolennikiem Schetyny, prawdopodobnie będzie musiał się pożegnać ze stanowiskiem. WNIOSEK: Włodzimierz Karpiński zostaje w rządzie, Marek Biernacki również. Bogdan Zdrojewski także, o ile premier nie przesunie go na stanowisko szefa klubu PO.

Bartosz Arłukowicz. Nie jęczeć!

Gdyby dokonania szefów poszczególnych resortów oceniać racjonalnie, pierwszy na liście do dymisji byłby Bartosz Arłukowicz. – Nie radzi sobie kompletnie – te słowa padają nie tylko z ust posłów, ale nawet najściślejszego otoczenia premiera. – Szkopuł w tym, że Donald Bartka lubi. Traktuje go ulgowo i wiele jest mu w stanie wybaczyć. Dowód? Minister zdrowia jako jeden z nielicznych nigdy podczas obrad Rady Ministrów nie został porządnie przeczołgany. Nawet przy okazji skandalu z nową listą leków refundowanych. – Bartek świetnie zrozumiał, czego oczekuje od niego premier: nie przychodzić, nie jęczeć, pilnować, aby telewizje nie pokazywały udręczonych pacjentów, i nie mieć zapędów reformatorskich – ocenia polityk PO. wniosek: Prawie na pewno zostaje.

Bartłomiej Sienkiewicz. Podróż do Małkini

Od początku jednym z ulubieńców premiera jest też Bartłomiej Sienkiewicz. Z nowym szefem MSW Tusk wiązał też ogromne nadzieje. Ma wiedzę i inteligencję. Oraz, jak się okazało, sporą zdolność do popełniania błędów. Tuska zirytował już na początku urzędowania, gdy po serii rasistowskich incydentów w Białymstoku populistycznie zagrzmiał, kierując słowa do przestępców: „Idziemy po was!”. Potem było już tylko gorzej – każdym kolejnym występem na ten temat popadał w śmieszność. Bo wyników jego działań nie było. – Wolałbym, żebyś takie rzeczy mówił, jak już po kogoś dojdziesz – Tusk, zwracając się do Sienkiewicza podczas Rady Ministrów, nie krył irytacji. Odtąd często złośliwie do tego nawiązuje. – Gdzie już jesteś? Doszedłeś do Małkini? Czy już do Białegostoku? – rzuca. Mimo przytyków premier lubi Sienkiewicza i uważa go za bliskiego współpracownika. wniosek: Sienkiewicz pozostanie szefem MSW.

Elżbieta Bieńkowska. Chodzący konkret Tomasz Siemoniak. Da się lubić Władysław Kosiniak-Kamysz. Lojalny pracuś

Czołówka rankingu Tuska to trzy nazwiska: Elżbieta Bieńkowska, Tomasz Siemoniak i Władysław Kosiniak-Kamysz. – Minister rozwoju regionalnego to chodzący konkret. Pracuje, nie zawraca głowy, a jej działalność nie przynosi strat. Donald bardzo ją lubi, co widać nawet po sposobie, w jaki się do niej uśmiecha – mówi współpracownik premiera. Dobre oceny ma też Tomasz Siemoniak. Mówi się nawet, że dzięki obecnemu ministrowi obrony Tusk polubił wojsko. Minister jest doceniany nawet przez polityków opozycji. Sympatią szefa rządu cieszy się też Władysław Kosiniak-Kamysz. – Młody minister pracy z PSL przyjął na klatę najtrudniejsze projekty wymyślone w kancelarii premiera – mówią zgodnie inni ministrowie. – Haruje, nie marudzi i jest o wiele bardziej lojalny wobec Tuska niż wobec swojego szefa w PSL. wniosek: Bieńkowska, Siemoniak i Kosiniak-Kamysz zostają w rządzie.

Z naszych informacji wynika, że swoje decyzje w sprawie rekonstrukcji rządu premier ogłosi jeszcze w tym tygodniu. Nie należy się spodziewać fajerwerków, jeśli chodzi o nowych ministrów. Na objęcie resortu finansów brakuje chętnych z mocnymi nazwiskami, pozostałe ministerstwa raczej są skazane na szefów z drugiego politycznego szeregu – obecnych wiceministrów albo posłów. To będzie prosta kontynuacja autorskiej koncepcji rządu zderzaków. Słabi ministrowie będą ukrywali się za plecami Donalda Tuska i tym samym jedynym zderzakiem rządu pozostanie premier. Zderzakiem coraz bardziej zresztą poobijanym. ■

Okładka tygodnika WPROST: 47/2013
Więcej możesz przeczytać w 47/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0