Jądra Europy

Jądra Europy

Spoiwem Franken-Reichu jest antyamerykanizm
Kanclerz Konrad Adenauer i prezydent Charles de Gaulle ściskali się w odkrytym samochodzie, lecz szczerze się nie cierpieli. Nie inaczej było z parą Willy Brandt i Georges Pompidou. Paryż i Bonn zbliżyły się dzięki wspólnym interesom zapoczątkowanym przez powołanie Wspólnoty Węgla i Stali według projektu francuskiego premiera Roberta Schumana. Przełom w stosunkach obu krajów nastąpił jednak dopiero w 1984 r., gdy Helmut Kohl i Fran˜ois Mitterrand chwycili się za ręce pod pomnikiem ofiar I wojny światowej w Verdun. Potem przyjaźń tych polityków pomogła w kształtowaniu oblicza dzisiejszej Unii Europejskiej, ale już pod koniec rządów Kohla oś Paryż - Bonn zaczęła skrzypieć.

Stosunki bez dialogu
O zmianie tonu zadecydowało zjednoczenie RFN i NRD; gdy pod Bramą Brandenburską Niemcy świętowali upadek muru berlińskiego, Francuzi mówili, że tak kochają Niemców, iż pragną co najmniej dwóch państw niemieckich. "Czy bać się wielkich Niemiec?" - pytali redaktorzy dziennika "Le Figaro", obnażając dawne uprzedzenia. Paryż zdawał sobie sprawę z utraty pozycji rzecznika Bonn w Europie i na świecie. Wkrótce Kohl wywalczył zaostrzenie kryteriów unii walutowej i niezależność Europejskiego Banku Centralnego od polityki. Francja i Niemcy stoczyły walkę o wybór pierwszego prezydenta EBC. "Mamy stosunki, nie mamy dialogu" - kpił Norbert Wagner, szef Fundacji Konrada Adenauera w Paryżu. Przed wyborami w 1998 r. kandydat na kanclerza Gerhard Schröder stwierdził otwarcie, że "stosunki między państwami nie mogą polegać na przyjaźni dwóch facetów" i zapowiedział bezpardonowy bój o interesy RFN. Gdy Schröder wygrał wybory, Chirac zadzwonił do Kohla, by wyrazić ubolewanie. Po objęciu urzędu Schröder odmówił przyjazdu do Paryża na obchody 80. rocznicy zakończenia I wojny światowej, co prezydent Francji uznał za wielki afront. Kanclerz uzmysłowił mu, że RFN nie będzie się dłużej kajać za dawne grzechy.
Przykłady dysonansów można mnożyć. Po tym jak minister Joschka Fischer przedstawił wizję Europy jutra, Hubert Vedrine nazwał go "szczurołapem wiodącym ludność ku okrutnemu rozczarowaniu". Francuskie gazety zaczęły pisać o "teutońskiej arogancji", a niemieckie o "lewicowym wstecznictwie Francuzów". Gdy Schröder ogłosił projekt podziału kompetencji w unijnych organach władzy, w Paryżu uznano, że chce "zgermanizować kontynent". Pierre Moscovici, minister ds. Europy, strofował RFN za "forsowanie narodowych interesów", a Schröder odwdzięczył się totalną krytyką Francji za nieprzygotowanie szczytu w Nicei. Niemcy liczące 82 mln mieszkańców żądały większej liczby reprezentantów w Radzie Ministrów UE niż pięćdziesięciodwumilionowa Francja. Po Nicei "Le Monde" obwieścił w tytule: "Załamanie niemiecko-francuskiego motoru".

Lokomotywy na hamulcu
Jedną z ostatnich nitek łączących Paryż i Berlin była - i wciąż pozostaje - chęć ograniczenia, jak to określił Vedrine, "jednowładztwa USA". W Hanowerze Chirac i Schröder porozumieli się, że nie wesprą Amerykanów w Iraku. Francuzom od dawna, a Niemcom od zjednoczenia marzyło się stworzenie europejskich sił zbrojnych i uniezależnienie od NATO. Na fali konfrontacji z Amerykanami 22 stycznia 2003 r. doszło w Wersalu do bezprecedensowego spotkania wszystkich 577 francuskich i 603 niemieckich parlamentarzystów. Pretekstem była 40. rocznica zawarcia układu elizejskiego. Chirac i Schröder zamanifestowali "odświeżenie kontaktów".
W kwietniu oba kraje zaproponowały utworzenie w Tervuren pod Brukselą kwatery głównej europejskich sił interwencyjnych spoza NATO. Ta inicjatywa nie spodobała się w Waszyngtonie, Londynie, Madrycie i Warszawie. W podcinaniu transatlantyckich więzi Europy Paryż i Berlin mają spore "zasługi": od wymarszu Charles'a de Gaulle'a z NATO, po nakazanie przez Chiraca, by Polska "zamknęła gębę" w sprawie interwencji zbrojnej w Iraku i "odpowiadała, gdy jest pytana", od hasła Kohla: "Chcemy więcej Europy", po histerię antyamerykańską wywołaną przez Schrödera. Nowa, wspólna brygada określona została przez Chiraca i Schrödera jako "jądro europejskiej polityki obronnej". Jąder jest zresztą więcej. Francja i Niemcy ogłosiły dziesięciopunktowy plan "ożywienia gospodarki UE". To osobliwe, zważywszy, że oba kraje będące do niedawna lokomotywami unii są dziś jej hamulcowymi. Mario Monti i Frits Bolkestein, komisarze ds. konkurencji oraz rynku wewnętrznego, obwiniają je o spowalnianie rozwoju gospodarki UE. Francja i Niemcy kolejny raz złamały kryterium deficytu budżetowego. Tzw. pakiet stabilizacyjny uchwalono w 1996 r. w Dublinie pod naciskiem Niemców, którzy wtedy bali się, że Francuzi zdestabilizują euro. Ich wspólny nacisk na Brukselę spowodował, że nie poniosą żadnych konsekwencji za niedotrzymanie reżimu finansowego. Po tym jak Chirac i Schröder ogłosili plan ożywiania gospodarki UE, hiszpański premier i szef włoskiego rządu nie kryli niezadowolenia. Włochy posądziły Niemców i Francuzów o chęć zapewnienia własnym firmom brukselskich funduszy. Matthias Wissmann (CDU), szef Komisji ds. Europy w Bundestagu, wytknął kanclerzowi, że nie zaprosił do rozmów z Chirakiem i Blairem przedstawicieli Hiszpanii i Polski. Berlin i Paryż wskazały, kto jakie miejsce zajmuje przy unijnym stole. Próby odciągnięcia Blaira od USA wywołały za oceanem irytację. Waszyngton, który nie wyklucza ocieplenia stosunków z RFN, radykalizuje postawę wobec Paryża: "Nastał czas, by Ameryka zdała sobie sprawę, że Francja nie jest tylko denerwującym sojusznikiem, ale staje się wrogiem Ameryki" - uznał "The New York Times".

Franken-Reich
W dyplomatycznej wojnie z USA Berlin i Paryż odnotowały pierwszy sukces. Gdy prezydent George W. Bush zapowiedział wprowadzenie ceł na import stali z Europy, Pascal Lamy, francuski komisarz UE ds. handlowych, zagroził odwetem unii. Bush ustąpił. Francja i RFN zaczęły znowu przemawiać jednym głosem. Na szczycie 17 października w Brukseli pierwszy raz w dziejach Niemców reprezentował prezydent Francji. Schröder został w Berlinie, by się zająć sprawami wewnętrznymi. Gdy po wizycie kanclerza w Pekinie krytykowano go za deklarację zniesienia embarga na dostawy broni do Chin bez konsultacji z krajami UE, ten stwierdził, że "nie rozumie pretensji, bo uzgodnił to z Francją". Joschka Fischer nie jest już "szczurołapem", lecz "rzeczowym partnerem". Dominique de Villepin, prezydent Chirac i kanclerz Schröder snują plany o podwójnym obywatelstwie dla Niemców i Francuzów, a telewizja Arte proponuje ogłoszenie 22 stycznia dniem franko-niemieckim.
Premier Blair, któremu coraz bliżej do Warszawy niż Paryża i Berlina, mimo zabiegów Schrödera i Chiraca nie zgodził się po spotkaniu w Urzędzie Kanclerskim na choćby ogólnikowy komunikat o wspólnych poglądach. "Financial Times" kpi z nowego sojuszu, nazywając go Franken-Reichem. Nawet były kanclerz Helmut Schmidt, przyjaciel Valéry'ego Giscarda d'Estaing, uznał, że "Niemcom i Francji nie trzeba nowych układów, trzeba ich za to zwiększonej Europie".

CzworokĄt Schäublego
Podczas gdy Schröder, Chirac i Blair debatowali w ogrodach Urzędu Kanclerskiego, Polacy musieli się zadowolić przyjęciem w Gelsenkirchen. Joschka Fischer, który kiedyś odsądził od czci i wiary ekipę Kohla za ideę "jądra Europy", dziś szantażuje polski rząd powstaniem "Europy różnych jąder i prędkości". W berlińskich kuluarach mówi się o przywołaniu Polski do porządku groźbą obcięcia unijnych dotacji. Wolfgang Schäuble, wiceszef frakcji CDU/CSU w Bundestagu, ekspert polityki europejskiej, podsumowuje dla "Wprost": - Polityka niemieckiego rządu zniszczyła zaufanie wobec nas w Europie i w Polsce. I dodaje: - Była nieszczęsna dyskusja na marginesie wojny w Iraku, gdy czterech, którzy poszli swoją drogą, lżyło innych, że są "niedojrzałymi Europejczykami". Były debaty o naruszeniu paktu stabilizacyjnego, po których inni odnieśli wrażenie, że reguły UE nie dla wszystkich są jednakowe, było nie konsultowane oświadczenie w Chinach dotyczące zniesienia embarga na dostawy broni, a to nie służy porozumieniu. Potrzebujemy bliskiej współpracy niemiecko-francuskiej, ale nie może być ona odbierana jako dominacja i nie może rodzić w Europie napięcia.
Wiceszef frakcji chadeków chciałby przekształcić trójkąt weimarski w "czworokąt z udziałem Wielkiej Brytanii". Gdyby taki twór istniał wcześniej, łatwiej byłoby pokonać wiele rozbieżności - argumentuje Schäuble. Być może. Wątpliwe jednak, by premier Tony Blair zechciał tracić czas na wysłuchiwanie tyrad Chiraca i Schrödera.
Okładka tygodnika WPROST: 1/2004
Więcej możesz przeczytać w 1/2004 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

Czytaj także