Leon niezawodowiec

Leon niezawodowiec

Podczas wojny prowadziliśmy jednak rozmowy z Niemcami i - być może sondażowo - braliśmy pod uwagę możliwość zmiany aliansów
Polska historia ma samych bohaterów. Nie ma w niej miejsca na czarne postacie: zdrajców, agentów, szmalcowników, cwaniaków, malwersantów czy zwyczajnych głupców i nieudaczników. Polska historia różni się od polskiej rzeczywistości zapamiętanej przez Polaka, tak jak noc różni się od dnia. Polska historia piórami swych najwybitniejszych badaczy nikogo i nigdy nie osądza, nikogo i nigdy nie oskarża, i - zgodnie z niepisaną tradycją - nikogo nie gani. Każdego swego bohatera potrafi z czasem usprawiedliwić i każdemu wynaleźć jakieś okoliczności łagodzące. Wystarczy przejść do historii, by się poczuć w niej całkowicie niewinnym i bezpiecznym. Tym samym jednak polska historia niczego nie tłumaczy, niczego nie uczy, nie wyjaśnia i niczego nie pomaga zrozumieć. Zadaniem głównym naszej historii jest, jak się zdaje, budzenie narodowej dumy z tego powodu, że mamy właśnie wspaniałą historię. Że to prawda, można wykazać na dziesiątkach przykładów wszelkich Ordonów, Hubalów, Sucharskich, Sikorskich czy Berlingów.

Zdrajca czy ofiara?
W takich publikacjach jak Leona Kozłowskiego "Moje przeżycia" czy Macieja Kozłowskiego "Sprawa premiera Leona Kozłowskiego" polska historia podjęła się rehabilitacji postaci, która przez dzielące nas od wojny 60 lat zdawała się burzyć i zakłócać nasz błogi obraz dziejów, pozbawiony zdrajców i głupców. Oto polityk, były premier RP, w ogniu wojny, w listopadzie 1941 r., nagle przedostał się z Rosji na stronę niemiecką, pojawił się w Berlinie i u boku śmiertelnego wroga podjął jakąś publiczną działalność - czy to polityczną, czy to propagandową. Dla walczącej Polski i Europy był oczywistym ochotnikiem, który zgłaszał się na polskiego Quislinga. Jeśli nim w efekcie nie został, to - jak się należy domyślać - działo się tak bardziej wskutek niemieckiej rezygnacji z takiego planu, a nie z powodu wątpliwości Kozłowskiego. Rozumieli to widać współcześni, skoro polskie władze zaocznie wydały na Kozłowskiego wyrok śmierci. 60 lat później polska historia powróciła do pytania: zdrajca czy ofiara? A skoro powróciła, to może warto po raz pierwszy opowiedzieć prawdziwie o sprawie premiera Kozłowskiego.

Człowiek o zaraźliwym śmiechu
Trudno powiedzieć, kto wymyślił Leona Kozłowskiego. Przyjmuje się, że sam Józef Piłsudski. "Piłsudski, wysuwając tę kandydaturę w rozmowie z prezydentem, popełnił zresztą błąd - zapisał we wspomnieniach Wacław Jędrzejewicz. - Kozłowskiego prawie nie znał, słyszał o nim, że jest dobrym profesorem archeologii na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, i pomyślał, że może będzie dobrym premierem. Tak się jednak nie stało". Oględnie mówiąc, prof. Leon Kozłowski okazał się złym premierem. Tak złym, że gdy 28 marca 1935 r., po uchwaleniu nowej konstytucji, przekonany, że nadal będzie premierem, podał swój rząd do dymisji, miał usłyszeć od prezydenta Mościckiego, że jest za mało poważny. Trudno powiedzieć, co miał na myśli prezydent, lecz być może, jak zanotował Marian Romeyko, "zaraźliwy, niepohamowany śmiech, którym potrafił zagłuszyć nawet orkiestrę Kataszka w Adrii". Tak oto w historii polskiej demokracji po raz pierwszy mieliśmy do czynienia z kryzysem rządowym, w którego wyniku rząd w całości pozostał, a tylko premier musiał odejść. Nowy rząd w starym składzie sformował Walery Sławek.
Kozłowski jako premier zapisał się utworzeniem obozu odosobnienia w Berezie Kartuskiej, w którym bez wyroku sądowego, a jedynie wskutek decyzji administracyjnej, można było przez trzy miesiące izolować przeciwników politycznych. Zapisał się też dalekimi od wymogów demokracji planami wyłaniania połowy Senatu nie w wyborach powszechnych, a na zasadzie prezydenckiej nominacji. Był tak złym politykiem, że przestano go zapraszać nawet na tzw. zgromadzenie lokatorów, czyli spotkania konsultacyjne byłych polskich premierów, a to, jak napisał Andrzej Micewski, "ze względu na jego niedyskrecje wiążące się zapewne z zamiłowaniem do kieliszka".
Wybuch wojny zastał prof. Kozłowskiego we Lwowie. Aresztowany po wkroczeniu Sowietów 26 września 1939 r. miał spędzić dwa lata w więzieniach, gdzie już po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, 10 lipca 1941 r., został skazany na śmierć. Jak świadczą relacje ludzi, z którymi dzielił los na moskiewskiej Łubiance, w sowieckim więzieniu premier Kozłowski zachowywał się wspaniale. Na propozycję wolności w zamian za obietnicę współpracy z radziecką władzą zareagował z dumą i niezłomnym przekonaniem, plując pod nogi oprawcom: "Co, ja, minister i premier rządu Rzeczypospolitej, mam być bolszewickim szpiegiem? Nie! Nigdy!". Został pobity tak straszliwie, że kiedy wniesiono go do celi, był krwawym strzępem człowieka. Utracił oko. Od tego czasu wysoki, postawny mężczyzna poruszał się z trudem i - jak zanotowali ci, którzy go wówczas widzieli - przypominał strzęp człowieka. Opuszczał sowieckie więzienie 6 września 1941 r. 15 października znalazł się w Buzułuku, w jednym z ośrodków tworzenia polskiej armii w Rosji. 26 października miał nagle wyruszyć z jakimś przypadkowym towarzyszem w drogę do kraju, by dostawszy się na linii frontu w niemieckie ręce, niebawem wbrew swej woli znaleźć się w Berlinie. W tej sprawie, jak się zdaje, nie należy jednak zbytnio wierzyć historii.

Dziwna misja
W październiku 1941 r. wojna niemiecko-sowiecka wydawała się być rozstrzygnięta.
16 października Niemcy zdobyli Możajsk, a Rumuni zajęli Odessę. 20 października w Moskwie ogłoszono stan oblężenia, a dzień później rozpoczęła się ewakuacja miasta. Rząd sowiecki przeniósł się do Kujbyszewa. 24 października padł Charków. Goebbels przez radio ogłosił światu, że "Rosja jako potęga militarna przestała całkowicie istnieć". W tych dniach Stalin wydał Berii polecenie podjęcia natychmiastowych rozmów sondażowych z Niemcami na temat ewentualnego pokoju. Gotów był oddać Niemcom republiki nadbałtyckie, Białoruś, Mołdawię i część Ukrainy. Rozmowy były prowadzone za pośrednictwem posła bułgarskiego w Moskwie Stamenowa. Przed kilkunastu laty gen. Nikołaj Pawlenko ujawnił treść swego wywiadu z marszałkiem Gieorgijem Żukowem, który 7 października 1941 r. uczestniczył w rozmowie ze Stalinem: "Stalin nader pesymistycznie oceniał sytuację na frontach (...). Sens jego słów sprowadzał się do następujących twierdzeń: W. Lenin pozostawił nam państwo i polecił umacniać je wszystkimi sposobami. Ale nie wykonaliśmy testamentu wodza. Obecnie wróg przybliża się do stolicy, a my nie mamy niezbędnych sił dla jej obrony. Potrzebna jest nam przerwa w działaniach wojennych".
26 października w niejasnych okolicznościach z Buzułuku do Warszawy wyruszył premier Leon Kozłowski. Między bajki należy włożyć wersję o samotnej, prywatnej, sienkiewiczowskiej wędrówce schorowanego, wycieńczonego człowieka (bez dokumentów i rozkazów) na linię frontu, gdzieś pod Tułę. Trzeba nie wiedzieć, jak wyglądała linia frontu i co się wówczas na niej działo - a w myśl rozkazów Stalina była linią śmierci - by uwierzyć, że Kozłowski zdołałby do niej dotrzeć i udałoby mu się ją przekroczyć. Cofające się oddziały rosyjskie zostawiały za sobą martwą ziemię, w każdym obcym dopatrując się szpiega lub dywersanta. Z tajnych dokumentów przechowywanych w teczkach gen. Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza wynika, że Kozłowskiego prowadziło dwóch wysokich oficerów wyposażonych w stosowne rozkazy i sowieckie przepustki. Czy szedł do kraju jako polski emisariusz mający przygotować grunt pod działanie tworzonej przez Tokarzewskiego brygady spadochronowej, która miała być zrzucana do kraju? Czy szedł do Niemców ze zleceniami politycznymi polskimi lub sowieckimi? Tego nie sposób ustalić. Ale jeśli Beria szukał możliwości rozmów z Niemcami przez Bułgarów, z równym powodzeniem mógł szukać i przez Polaków. Według rtm. Jerzego Klimkowskiego, adiutanta gen. Władysława Andersa, to Anders, przekonany o bliskiej klęsce Moskwy, wysłał w drogę Kozłowskiego.

Tajne spotkanie z Rydzem
Dziwny przypadek sprawił, że 25 października 1941 r. ruszył do kraju z Budapesztu inny głośny polski polityk, marszałek Edward Rydz-Śmigły. Tu też zapisano baśń o bohaterskim zimowym przejściu przez góry.
W istocie marszałek - dla niepoznaki w węgierskim mundurze - żegnany w Budapeszcie przez regenta Horthy`ego pojechał do Polski pociągiem, i to wagonem I klasy. Bo i po co miałby się w takim kostiumie, z perfekcyjną znajomością języka niemieckiego, pchać przez ośnieżone już góry? Jeśli jednak zbieżność dat podróży obu polityków do kraju można by jeszcze uznać za przypadek, to trudno się już go doszukać w ich spotkaniu w Warszawie w połowie listopada 1941 r. Do tego tajnego spotkania doszło w rejonie ulic Kopernika i Tamki. Relacjonuje ten fakt rotmistrz Czesław Szadkowski, szef ochrony osobistej Śmigłego w Warszawie, i Józef Lebedowicz, szef wydziału prezydialnego Obozu Polski Walczącej, organizacji powołanej do życia przez Śmigłego. Być może kiedyś potwierdzi się fakt obecności na tym spotkaniu grupy polskich aktywistów, a więc polityków opowiadających się za współpracą z Niemcami - z księciem Januszem Radziwiłłem, posłem Edwardem Kleszczyńskim i przedstawicielami polskiego episkopatu.
Być może cała ta historia potoczyłaby się inaczej, a premier Kozłowski pod niemiecką opieką powróciłby do władzy, gdyby nie potężne kontruderzenie rosyjskich dywizji syberyjskich Żukowa w pierwszych dniach grudnia 1941 r., które odrzuciło Niemców na 200 km od Moskwy. 7 grudnia siły japońskie uderzyły na Pearl Harbor na Hawajach. Wojna nabierała światowego wymiaru. I chociaż 11 grudnia w Reichstagu Hitler, wypowiadając wojnę Stanom Zjednoczonym, przekonany o niemieckim zwycięstwie krzyczał, że "walka, jaką obecnie prowadzimy, zadecyduje o przyszłych pięciuset, a nawet tysiącu lat historii Europy, a Stwórca powierzył nam misję dziejową o wyjątkowej doniosłości", to wszyscy, którzy go słuchali, doskonale rozumieli, kto wygra tę wojnę. Tajemnicza polityczna misja Kozłowskiego była zakończona. Miał do końca swych dni pozostać w Berlinie, gdzie przedstawiał się jako niemiecki jeniec lub internowany. I można by to przyjąć za prawdę, gdyby nie to, że niemieccy jeńcy na ogół nie byli kwaterowani w hotelach i nie pobierali miesięcznie 500 marek wynagrodzenia. Zmarł na atak serca 11 maja 1944 r.

Zmiana aliansów?
Niezwykłą historię Leona Kozłowskiego uzupełniają dwa zapomniane dokumenty. Pierwszy to zapiski płk. Jana Rzepeckiego z Komendy Głównej Armii Krajowej, który po latach zdecydował się wyjaśnić, dlaczego wyrok na Kozłowskim nie został wykonany: "Sąd wojskowy armii Andersa skazał go zaocznie na śmierć, a podbechtany przez kogoś Sikorski wydał polecenie wykonania wyroku przez organy AK. Ponieważ Kozłowski nie próbował nawet podejmować jakiejś akcji politycznej i przebywał spokojnie w majątku brata (sic!), Rowecki odmówił wręcz wykonania wyroku, nie chcąc, jak wyjaśniał w radiogramie, narażać ludzi w sprawie nie pilnej i niewyraźnej". Prawdziwy kontekst tej tajemnicy wyjaśnia zapis rozmowy gen. Władysława Sikorskiego z prezydentem Franklinem D. Rooseveltem 24 marca 1942 r. Polski premier uznał za właściwe poinformować sojusznika, że "tak niedawno, bo zaledwie 20 stycznia (1942 r.), wszystkie polityczne partie Polski zadeklarowały swoją jednomyślną decyzję nieulegania sugestiom niemieckim i nieuczestniczenia Polski w jakiejkolwiek bądź formie w kampanii antyrosyjskiej, w zamian za co Polacy mieli obiecane przywrócenie normalnych warunków na terytorium polskim". Jak się okazuje, prowadziliśmy jednak rozmowy z Niemcami i być może sondażowo braliśmy jednak pod uwagę możliwość zmiany aliansów.
W polskiej historii nie ma miejsca na czarne postacie. Nawet wówczas, gdy odgrywają - tak jak premier Kozłowski - jedynie rolę kozłów ofiarnych. Niestety, nie ma w niej tym samym miejsca na prawdę. Jakakolwiek by ona była.
Okładka tygodnika WPROST: 2/2006
Więcej możesz przeczytać w 2/2006 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • dada IP
    Dobry wniosek w zakonczeniu, bez podawania negatywnych scenariuszy nie ma miejsca na prawde.