Polski klan Watykanu

Polski klan Watykanu

Dodano
Ojciec Wojciech Giertych, wuj Romana Giertycha, ma czuwać nad tekstami wygłaszanymi przez Benedykta XVI
"Koniec polskiego klanu w Watykanie" - pisała włoska prasa, kiedy przed rokiem ogłoszono nominację arcybiskupa Stanisława Dziwisza na metropolitę krakowskiego. "Il Venerd", tygodniowy dodatek do dziennika "La Repubblica", zamieścił tekst Attilio Giordano w nieprzychylnych słowach opisujący polskie lobby, jakie miało rzekomo powstać i działać za pontyfikatu Jana Pawła II. Duchowni z polskiego lobby zostali nazwani "sierotami po Wojtyle", a środowisko otaczające zmarłego papieża określano mianem "polskiego dworu" lub "klanu". Teza Giordana była prosta: po opuszczeniu Rzymu przez abp. Dziwisza polscy pracownicy watykańskich dykasterii i instytucji mieli "spakować walizki" i wrócić do swoich diecezji. Włoski publicysta liczbę Polaków zatrudnionych w Watykanie szacował na 100 osób i twierdził, że była to grupa najbardziej tajemnicza i wpływowa.
Attilio Giordano dowodził, że Polaków cechowały wyjątkowe ambicje, w tym pragnienie odgrywania dużej roli w życiu Kościoła powszechnego, nawet za cenę doprowadzenia do konfliktu, jak w wypadku stosunków z Patriarchatem Moskiewskim. Publicysta twierdził, że rodaków papieża nazywano raz "aksamitnym lobby", innym razem "narodowym klanem i ośrodkiem rzeczywistej władzy". Tekst zapowiadał serię dymisji: do kraju mieli wrócić drugi sekretarz papieża ks. Mieczysław Mokrzycki oraz ks. Paweł Ptasznik kierujący sekcją polską w Sekretariacie Stanu. Sama zaś sekcja miała zostać rozwiązana lub przekształcona tak, by obejmowała wszystkie kraje wschodniej i środkowej Europy.
Marco Politi, główny watykanista dziennika "La Repubblica", przebywając w Polsce przy okazji rocznicy śmierci Jana Pawła II, otwarcie przyznał, że pojawiające się w ostatnich latach pontyfikatu posądzenia polskich duchownych o tworzenie narodowego lobby były zwykłą nadinterpretacją, a często dziennikarską fantazją. "Rola grupy Polaków pracujących w Watykanie była wyolbrzymiana" - przyznaje Grzegorz Polak, pomysłodawca i redaktor naczelny "Wielkiej encyklopedii Jana Pawła II". I dodaje, że przekonanie o wielkich wpływach brało się z obecności w Rzymie rzeczywiście wielu polskich księży, do czego wcześniej ze zrozumiałych względów środowiska watykańskie nie były przyzwyczajone.

Watykańska ławeczka
Kard. Zenon Grocholewski, obecnie najwyższy rangą polski hierarcha w Watykanie, zauważył w wywiadzie dla rzymskiego dziennika "Il Messaggero", że "większość rodaków Jana Pawła pełniła funkcje służebne, a nie decyzyjne". Ich pojawienie się nad Tybrem było czymś zupełnie normalnym: po wyborze Karola Wojtyły zaczęła przychodzić do Watykanu korespondencja w języku polskim na niespotykaną skalę, większość przemówień i znaczną część dokumentów papież pisał po polsku, wreszcie powstała polska wersja "LŐOsservatore Romano". Zresztą, jak zauważył polski purpurat, Polacy w instytucjach watykańskich byli także wcześniej: już za czasów Pawła VI zajmowali kilka bardzo ważnych stanowisk, a ich liczba wzrosła z 2 do 16 osób. "To proporcjonalnie mniej więcej tyle, ile różnorakich nominacji polscy duchowni otrzymali za Jana Pawła II" - dowodził kard. Grocholewski. Szefuje on watykańskiej Kongregacji Wychowania Katolickiego, która na co dzień zajmuje się nadzorem nad seminariami i uniwersytetami katolickimi. Z tego powodu kard. Grocholewski doskonale zna ścieżki kościelnej służby i kariery. Ten wybitny znawca prawa kanonicznego w Watykanie pracuje od 1972 r. i dlatego łączenie jego pochodzenia z zajmowanym dziś stanowiskiem nie ma żadnego uzasadnienia. Jak uważa Grzegorz Polak, Grocholewskiego "jako prymusa kilku rzymskich uczelni przyjąłby na służbę każdy papież".
Znaczenie Polaków pracujących w instytucjach Stolicy Apostolskiej bywa mitologizowane: wydana przed rokiem praca ks. Władysława Zarębczana "Polacy na Watykanie" mówi o 341 duchownych i 45 świec-kich pracujących w Watykanie, ale w rzeczywistości lektura opasłego tomu "Annuario Pontificio", będącego oficjalnym rocznikiem statystycznym Kościoła, dowodzi, że w instytucjach centralnych pracuje zaledwie kilkudziesięciu Polaków. Faktycznie kierownicze funkcje - oprócz kard. Grocholewskiego i przewodzącego Papieskiej Radzie ds. Świeckich abp. Stanisława Ryłki - pełni jeszcze abp Edward Nowak, sekretarz Kongregacji ds. Świętych. Kolejni duchowni ważni w strukturze Kościoła to dwaj prałaci: dziekan Roty Rzymskiej (czyli najwyższego sądu kościelnego) ks. Antoni Stankiewicz (zaczął pracę w Watykanie jeszcze przed wyborem Jana Pawła II) i ks. Krzysztof Nitkiewicz z sekretariatu Kongregacji ds. Kościołów Wschodnich, gdzie Polacy niemal zawsze pełnili wysokie funkcje. Szefem tej kongregacji był niegdyś kard. Władysław Rubin, a sekretarzem abp Leszek Sławoj Głódź. Do tego grona należy dodać pięciu nuncjuszy, czyli papieskich ambasadorów, oraz kilkunastu sekretarzy nuncjatur. Te liczby nie porażają, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę kilkanaście dykasterii i prawie 200 palcówek i przedstawicielstw dyplomatycznych Watykanu. "Jak widzisz, Polacy w Watykanie to raczej krótka ławka, a nie jakaś grupa trzymająca władzę" - żartuje ksiądz pracujący w jednej z watykańskich instytucji.

Gdzie ci Polacy?
W strukturze Sekretariatu Stanu (odpowiadającego w świeckiej nomenklaturze po prostu rządowi) wśród prawie 150 osób zatrudnionych w tzw. sekcji ogólnej znajdziemy jedynie pięciu polskich księży, w tym drugiego papieskiego sekretarza ks. Mieczysława Mokrzyckiego i ks. Pawła Ptasznika. Jeszcze mniejsze "wpływy" mamy w sekcji drugiej, zajmującej się polityką zagraniczną Watykanu, w tym kontaktami z państwami i dyplomacją - tu na 50 wymienianych pracowników jedynym Polakiem jest jezuita ks. Stanisław Szłoweniec, wybitny znawca Rosji. Może tym większe emocje i zdziwienie wywołało pozostawienie u boku nowego papieża ks. Mieczysława Mokrzyckiego, który wraz z ks. Georgiem Gansweinem stanowi dziś najbliższe otoczenie Benedykta XVI. To on jest "nauczycielem polskiego" i towarzyszem wieczornych spacerów, czasem także poza mury Pałacu Apostolskiego.
Wkrótce może się to jednak zmienić. Jak twierdzi jeden z pracujących w Kurii Rzymskiej prałatów, niewykluczone, że już w czerwcu ks. Mokrzycki pożegna się z Watykanem i jako biskup wróci do jednej z diecezji na Ukrainie. Drugi sekretarz papieża jest bowiem kapłanem archidiecezji lwowskiej i zaufanym współpracownikiem kard. Jaworskiego - metropolity lwowskiego obrządku łacińskiego, który w tym roku odchodzi na emeryturę. Z kolei ks. Ptasznik mogłby zostać krakowskim biskupem pomocniczym, ale rezydującym w Rzymie i oddelegowanym do kontaktów z emigracją, lub objąć którąś z kilku zwalniających się w tym roku stolic biskupich w kraju. Dzięki takim awansom sprawa Polaków w otoczeniu Benedykta XVI zostałaby rozwiązana w typowo kościelny sposób. Swoją funkcję w Urzędzie Ceremonii Papieskich zachowa natomiast ks. Konrad Krajewski - to nadal, wraz z abp. Pierro Marinim, jedna z najczęściej pojawiających się postaci podczas każdej oficjalnej uroczystości.
Grzegorz Polak pozostawienie Polaków na kluczowych stanowiskach tłumaczy ich doświadczeniem i po prostu przydatnością. - Benedykt XVI, sam przez wiele lat urzędnik watykański, musiał być wyczulony na każdy fałszywy ton. Gdyby widział, że ktoś z Polaków przekracza swoje kompetencje, znalazłby sposób na odwołanie takiej osoby z grona swoich współpracowników - mówi Polak.
Coraz częściej słyszy się, że "klucz narodowy" czy pochodzenie liczą się w Watykanie coraz mniej. Decydują fachowość i wiedza. Doskonałym przykładem błyskotliwej kariery jest polski jezuita ks. Andrzej Koprowski. Pracę w Radiu Watykańskim zaczynał w latach 80., potem wrócił do Polski, żeby się podzielić swoim doświadczeniem, tworząc w mediach publicznych redakcje programów katolickich. Kiedy wrócił do Rzymu, został jednym z zastępców dyrektora Radia Watykańskiego. Od roku jest dyrektorem programowym oficjalnej rozgłośni papieża, pierwszym Polakiem na tak wysokim stanowisku w "sektorze" watykańskich mediów, gdzie - jak kiedyś uważał Vic van Brantegem, jeden ze współpracowników rzecznika prasowego Watykanu Joaqu'na Navarro-Vallsa - Polacy nigdy nie mieli pełnić żadnych funkcji.

Ojciec Giertych
W Polsce największym zaskoczeniem była nominacja dla o. Wojciecha Giertycha, który jesienią 2005 r. został teologiem Domu Papieskiego. Ten wybitny znawca myśli św. Tomasza z Akwinu i delegat generała zakonu dominikanów ds. życia intelektualnego przeciętnemu Polakowi może się kojarzyć głównie jako wuj Romana Giertycha. Urodzony w Londynie najmłodszy brat Macieja Giertycha, jednego z założycieli Ligi Polskich Rodzin, po powrocie do kraju zamiast polityki wybrał stan duchowny.
Wojciech Giertych, absolwent historii na UAM w Poznaniu, a potem profesor teologii rzymskiego Uniwersytetu Angelicum, od kilku lat odgrywał ważną rolę w swoim zakonie, będąc członkiem Rady Generalnej Dominikanów i delegatem generała ds. Europy Środkowej i Wschodniej. Wojciech Giertych to nie tylko wybitny intelektualista i poliglota (biegle włada siedmioma językami),ale także bliski współpracownik poprzedniego generała dominikanów, Brytyjczyka o. TimothyŐego RadcliffeŐa. To on miał polecić polskiego teologa na prestiżowe i odpowiedzialne stanowisko. Amerykański dziennikarz i komentator spraw watykańskich John L. Allen twierdzi, że ta nominacja w Rzymie nie była zaskoczeniem, bo teologiem Domu Papieskiego zawsze zostaje dominikanin, a o. Giertych pełnił także funkcję głównego teologa zakonu. Allen, powołując się na RadcliffeŐa, przyznaje, że wybór Giertycha jest docenieniem przez Benedykta XVI jego otwartości na nowe wyzwania połączonej z przywiązaniem do tradycji. Ojciec Giertych ma czuwać nad tekstami wygłaszanymi przez Benedykta XVI i przygotowywać je pod względem teologicznym. Choć Joseph Ratzinger sam jest wybitnym teologiem i intelektualistą, to w powodzi tekstów i dokumentów, jakie musi firmować swoim autorytetem, praca teologa Domu Papieskiego oznacza ciągłe czuwanie, aby nie pojawiły się jakieś przeciwstawne sygnały czy niedomówienia. O tym, że to trudna sztuka, można się było przekonać niedawno, kiedy watykańscy hierarchowie pogubili się, wysyłając przeciwstawne sugestie na temat ewentualnej zgody Kościoła na używanie prezerwatyw.

Osieroceni Polacy
Pozostawienie przez Benedykta XVI niemal wszystkich Polaków na zajmowanych stanowiskach i nowe nominacje przeczą głoszonej w ostatnich latach życia Jana Pawła II tezie o polskim lobby czy narodowym klanie. Gdyby takie środowisko istniało, nowy papież nie zwlekałby ze zmianami - taka grupa jest niebezpieczna dla papieskiego urzędu. - Na pewno z "klanem" papież by się już dawno rozprawił bez względu na to, że w Polakach ma największe oparcie - twierdzi Grzegorz Polak. Z kolei jeden z watykańskich prałatów przypomina, że przez ćwierćwiecze polskiego pontyfikatu wielu duchownych wykształciło się w Rzymie i niejako naturalnie wrosło w pejzaż Wiecznego Miasta i watykańskich instytucji, gdzie pracują, a "przecież nie wszyscy wrócą do Polski jako biskupi".
Kłopotem może być swoiste "osierocenie" tego środowiska po opuszczeniu Rzymu przez abp. Dziwisza. Polacy zostali bez kogoś, kto wcześniej był naturalnym liderem. Polscy dziennikarze, na co dzień zajmujący się tematyką watykańską, są zgodni, że obecnie w tej grupie brakuje zdecydowanej i silnej osobowości. Pojawiają się za to nowe i mniej przyjemne sytuacje. Aleksandra Bajka, do ubiegłego roku korespondentka RMF i "Tygodnika Powszechnego" w Rzymie, wspomina zdarzenie, do jakiego doszło w watykańskim biurze prasowym już po śmierci papieża. "Jeden z biskupów, wskazując na polskich dziennikarzy, powiedział: 'Już się skończyły wasze specjalne prawa'" - mówi Bajka.
Do nowego tonu muszą się przyzwyczaić także polscy biskupi - grudniowa wizyta ad limina pokazała, że skończył się czas sentymentalnych podróży, a robocze spotkania z watykańską machiną urzędniczą były czasem zaskakujące. - Rzeczywiście, zarówno w kongregacjach, jak i przez samego papieża byliśmy pytani o bardzo konkretne sprawy dotyczące nie tylko Kościoła w Polsce, ale nawet poszczególnych diecezji - przyznaje bp Kazimierz Nycz z Koszalina. Pośrednim dowodem na większe i skuteczniejsze zaangażowanie Watykanu jest także stanowisko w sprawie Radia Maryja, niezależnie od obecnego stanu rzeczy. Dlatego niektórzy polscy duchowni nie ukrywają, że żyją w pewnym stresie, bo prawdziwe zmiany mogą dopiero nadejść. Kard. Lehmann, pytany w niedawnym wywiadzie dla tygodnika "Der Spiegel" o możliwości personalnych przetasowań i zmian w strukturze Kurii Rzymskiej, jako odpowiedź przytoczył słowa Benedykta XVI wypowiedziane nazajutrz po wyborze: "Najpierw wszystkiemu się przyjrzę, a po roku zacznę zmieniać".
Okładka tygodnika WPROST: 21/2006
Artykuł jest zamknięty
Więcej możesz przeczytać w 21/2006 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

    Czytaj także