Muszą opuścić wieś, by zadzwonić na 112. „Problem faktycznie jest”

Muszą opuścić wieś, by zadzwonić na 112. „Problem faktycznie jest”

Numer alarmowy 112 na wozie straży pożarnej
Numer alarmowy 112 na wozie straży pożarnej Źródło: Shutterstock
Numer 112 wybiera się zwykle wtedy, gdy liczy się każda minuta. W pasie przygranicznym na wschodzie Polski telefon, który ma ratować życie, coraz częściej okazuje się niedostępny. Mieszkający tam ludzie boją się o swoje bezpieczeństwo, samorządy są jednak bezradne. Jak to możliwe?

Mieszkańcy miejscowości położonych wzdłuż granicy polsko-białoruskiej od miesięcy zgłaszają poważny problem z dostępem do numeru alarmowego 112. W wielu wsiach w powiatach białostockim, hajnowskim i sokólskim próby wezwania pomocy kończą się niepowodzeniem – telefony automatycznie logują się do sieci białoruskich operatorów.

Nierzadko aby połączyć się z numerem alarmowym, trzeba opuścić wieś.

W skrajnych przypadkach, by połączyć się z numerem alarmowym, trzeba opuścić wieś. Jeden z mieszkańców osady w gminie Narewka musiał przejechać ponad dwa kilometry, by dopiero w innej miejscowości uzyskać połączenie i wezwać straż pożarną.

Numer alarmowy nie działa. Mieszkańcy wyjeżdżają z domów, łapiąc zasięg

Skala problemu nie jest dokładnie znana. Z relacji samorządowców i sołtysów wynika, że może on dotyczyć co najmniej 25-30 wsi położonych bezpośrednio przy granicy.

Sołtysi z regionu podkreślają, że problemy z łącznością nie są nowe, ale obecna sytuacja jest bezprecedensowa. Zwracają uwagę na to, że w wielu miejscach w ogóle nie ma internetu, a w telefonach złapanie polskiej sieci okazuje się niemożliwe – włącza się białoruska.

– Białorusini słono sobie liczą za połączenia, które ktoś wykona lub odbierze czy za SMS-y. Wcześniej jednak można było dodzwonić się przynajmniej na 112. Teraz i to nie jest możliwe. Wbijając ten numer, też włącza się białoruski operator – relacjonują lokalni przedstawiciele wsi w rozmowie z dziennikarzami Gazety Wyborczej.

Zdarza się, że osoby próbujące wezwać karetkę pogotowia muszą wyjść kilkaset metrów w pole, by telefon przełączył się na polską sieć.

Samorządy bezradne. „Technicznie nie jesteśmy w stanie pomóc”

Problem dotyczy całego pasa przygranicznego, między innymi w powiecie hajnowskim i sokólskim. W gminie Gródek w powiecie białostockim wójt Wiesław Kulesza potwierdza, że mieszkańcy wsi takich jak Chomontowce czy Świsłoczany – liczących po ponad 200 osób – również nie mogą połączyć się z numerem alarmowym.

– Sami technicznie nie jesteśmy w stanie rozwiązać tego problemu. Prosiliśmy między innymi za pośrednictwem wojewody, aby rozwiązania znaleźli operatorzy sieci komórkowych – przyznała Joanna Kojło, wicestarostka powiatu hajnowskiego.

Sprawa była zgłaszana już jesienią ubiegłego roku. Sygnały docierały także do Macieja Żywno z Polski 2025, wicemarszałka Senatu.

Telefony satelitarne i wojna hybrydowa? Apel z Senatu

W ubiegłym tygodniu Żywno wystąpił na mównicy senackiej, kierując pytania do ministrów obrony narodowej oraz spraw wewnętrznych i administracji.

Złożył wniosek o „przygotowanie i zastosowanie technologii, choćby tymczasowej, która zapewni wsiom przygranicznym połączenia z numerem 112”. Zaproponował między innymi o „ustawienie chociażby u sołtysów telefonów satelitarnych lub poprzez łącza Straży Granicznej, lub wojskowe umożliwienie połączenie stałym łączem z jednostkami Straży Granicznej lub wojska po to, żeby była możliwość zakomunikowania o potrzebie zgłoszenia pomocy”.

Podkreślał również, że „państwo ma obowiązek zapewnić dostęp do numerów ratunkowych każdemu obywatelowi, także tym, którzy mieszkają najbliżej granicy polsko-białoruskiej. To sprawa bezpieczeństwa, odpowiedzialności i zaufania do instytucji publicznych”.

W rozmowie z GW przyznaje też, że nie można wykluczyć celowego działania strony białoruskiej.

– Być może Białorusini świadomie przestawili swoją sieć, aby zagłuszać i numer 112. Może to nosić także charakter dywersyjny, wpisujący w wojnę hybrydową – stwierdził.

Problem znany, ale rozwiązania odległe

Jak przyznaje z kolei Inga Januszko-Manaches, rzeczniczka wojewody podlaskiego Jacka Brzozowskiego, zapewnienie dostępu do numeru alarmowego leży w kompetencjach wojewodów. Jesienią ubiegłego roku wojewoda informował, że sytuacja jest monitorowana, a operatorzy komunikacyjni – T-Mobile, Orange i Plus – prowadzili „działania naprawcze” i zapewniali Januszko-Manaches o „poprawie jakości świadczonych usług”.

Wiesław Leśniakiewicz, podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji wypowiadał się w podobnym tonie.

Z kolei sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji Michał Gramatyka wskazywał, że infrastruktura telekomunikacyjna jest w większości własnością prywatnych operatorów. Podkreślał jednocześnie, że państwo wspiera likwidację tak zwanych „białych plam” dzięki środkom z Unii Europejskiej, Krajowego Planu Odbudowy oraz Funduszy Europejskich na Rozwój Cyfrowy.

Zaznaczał jednak, że inwestycje w telekomunikację mobilną na terenach przygranicznych są trudne, między innymi z powodu koordynacji z państwami spoza Unii Europejskiej, niskiej gęstości zaludnienia oraz rygorystycznych przepisów środowiskowych – takich jak obszary Natura 2000, parki narodowe, rezerwaty.

– Problem faktycznie jest – mówi dziennikarzom rzeczniczka wojewody podlaskiego i dodaje, że przy najbliższej okazji „wojewoda będzie rozmawiał z ministrem spraw wewnętrznych i administracji”.

Czytaj też:
Tajemnicze obiekty spadły na teren Polski. Policja apeluje o ostrożność
Czytaj też:
Przełomowe dane z polskiej granicy. To nie pierwsza taka doba

Opracowała:
Źródło: Gazeta Wyborcza