Ministerstwo Edukacji Narodowej chce na stałe podnieść wskaźnik służący do obliczania średniego wynagrodzenia nauczycieli początkujących – ze 120 do 122,7696 proc. kwoty bazowej. Projekt zmiany Karty nauczyciela trafił już do wykazu prac legislacyjnych rządu. Dzięki temu w 2027 r. średnie wynagrodzenie początkujących ma wzrosnąć o 3 proc., czyli w takim samym tempie jak pensje nauczycieli mianowanych i dyplomowanych. Związkowcy twierdzą, że bez zmiany ich waloryzacja wyniosłaby jedynie 0,68 proc.
Nowe rozwiązanie ma zastąpić przepisy wprowadzane co roku do ustaw okołobudżetowych. MEN przekonuje, że zagwarantuje ono początkującym stały sposób ustalania średniej płacy także w kolejnych latach.
Związki zawodowe: reforma MEN obejmie tylko nielicznych
Związek Nauczycielstwa Polskiego ocenia propozycję jako techniczną i niewystarczającą. Związkowcy przypominają, że nauczyciele początkujący stanowią tylko kilka procent wszystkich pedagogów. Pytają, co z osobami mianowanymi i dyplomowanymi.
Organizacje nauczycielskie oczekują reformy, która automatycznie powiąże coroczny wzrost wynagrodzeń ze wzrostem średniej płacy w gospodarce narodowej. W ich opinii takie rozwiązanie zakończyłoby coroczne negocjacje i uniezależniło podwyżki od decyzji politycznych. Obywatelski projekt w tej sprawie od dłuższego czasu czeka w Sejmie.
Pensje nauczycieli powiązane ze średnią krajową?
Z informacji przywołanych przez „DGP” wynika, że Ministerstwo Finansów nie zgadza się obecnie na taki mechanizm. Resort ma dopuszczać rozmowy o automatycznych podwyżkach, ale w zamian oczekuje zwiększenia pensum nauczycieli tablicowych, które wynosi 18 godzin tygodniowo, oraz wprowadzenia kilkuletnich kontraktów zamiast szybkiego przechodzenia na stałe zatrudnienie.
Związki odrzucają łączenie płac z pensum i formą umów. Ostrzegają też, że niewielka korekta nie przyciągnie młodych ludzi do szkół. Placówki nadal będą więc uzupełniać braki kadrowe pracą emerytowanych pedagogów i godzinami ponadwymiarowymi obecnych nauczycieli.
Spór o podwyżki toczy się w czasie, gdy do szkół i przedszkoli wkracza niż demograficzny. Związkowcy chcą wykorzystać go do zmniejszenia liczebności klas, argumentując, że poprawiłoby to jakość nauczania. Część ekspertów kwestionuje jednak bezpośredni wpływ mniejszych oddziałów na wyniki uczniów.
Czytaj też:
MEN stoi przed potężnym problemem. Szkoły gorączkowo szukają nauczycieli Czytaj też:
Związkowcy apelują do MEN o wzrost dodatku. Obecna kwota „śmiesznie niska”
