"Trybuna" twierdzi, że Kaczyński w oświadczeniu majątkowym zataił rzeczywiste dochody. "W przesłanym do wojewody oświadczeniu pan prezydent podaje, iż w ubiegłym roku zarobił sześć tysięcy trzydzieści cztery złote i 98 groszy. Wychodzi 502 zł miesięcznie" - pisze "T". "A więc Lech Kaczyński, mający na utrzymaniu żonę, w 2002 roku kwalifikowałby się do otrzymywania zasiłku z ośrodka pomocy społecznej. (...) wypełniając oświadczenie zapomniał o wynagrodzeniu, jakie odebrał w Urzędzie Miasta w listopadzie i grudniu oraz o pobieranej od stycznia do października forsie z Sejmu RP. W sumie Kaczyńskiemu umknęło z oświadczenia dobrze ponad sto tysięcy złotych" - wylicza "T".
Zdaniem gazety Kaczyńskiemu grozi za tonie tylko utrata stanowiska, ale też - jak to określa - "spędzenie na koszt podatnika nawet do trzech lat".
Rewelacjom "Trybuny" zaprzecza w imieniu stołecznego prezydenta wiceprezydent Warszawy Andrzej Urbański. "Stwierdzam kategorycznie, że żaden z przepisów ustawy antykorupcyjnej przez profesora Lecha Kaczyńskiego złamany nie został. Stwierdzam ponadto, że pan profesor nie zataił w swoim oświadczeniu majątkowym żadnej informacji, ponieważ integralną częścią tego oświadczenia przesłanego zgodnie z prawem do wojewody mazowieckiego był PIT profesora Lecha Kaczyńskiego" - prostował Urbański. "Rzeczywiście dokonał on (Kaczyński) przeoczenia, bo inaczej musiałby przepisać cały PIT w tym punkcie". "Ponieważ dołączył PIT to uznał, że to wyczerpuje informację, która jest niezbędna" - tłumaczył.
Zdaniem Urbańskiego, "+Trybuna+ publikując informacje o złamaniu przez Kaczyńskiego ustawy antykorupcyjnej posłużyła się co najmniej nadużyciem wobec czytelników".
em, pap