Przedstawicielstwo Komisji Europejskiej w Nikozji zajmuje budynek, który kiedyś był siedzibą banku piorącego pieniądze rosyjskich oligarchów, a nawet serbskiego dyktatora Slobodana Milosevicia. Trudno o bardziej symboliczny obrazek rozkroku w jakim – za wiedzą i pełną akceptacją UE – stoi Cypr. Tu, na zalanych turystami peryferiach Europy, rzeczy z pozoru nie do przyjęcia okazują się akceptowalne i możliwe.
No bo jak inaczej traktować fakt, że nikomu w Brukseli od 22 lat nie przeszkadza, że część unijnego terytorium na Cyprze okupowane jest przez Turcję, będącą jednocześnie – jako członek NATO – sojusznikiem większości państw Unii? A nawet, o czym mało kto już dziś pamięta, krajem ubiegającym się o status kandydata do UE.
Jakby tego było mało: choć 40 proc. terenu należącego do UE Cypru jest poza kontrolą Nikozji i Brukseli, mieszkający tam Turcy cypryjscy mogą bez trudu uzyskać unijny paszport Cypru. Muszą tylko udowodnić, że byli obywatelami Republiki Cypru przed turecką inwazją z 1974 r. Wystarczy, że przejdą przez któreś z otwartych od 2004 r. przejść przez strefę buforową ONZ, stworzoną w czasie tureckiej inwazji i złożą w cypryjskim biurze paszportowym stosowne dokumenty.
Poddaję to pod rozwagę wszystkim, którzy twierdzą, że rosyjska okupacja Donbasu przekreśla szanse na to, że Ukraina wejdzie kiedyś do Unii. Precedens jest i działa świetnie od 22 lat właśnie na Cyprze. Sami Cypryjczycy zdają sobie z tego sprawę: w cypryjskim MSZ-ecie bez większych ceregieli sytuacja z turecką okupacją północnego Cypru porównywana jest z tym, co Ukraińcy mają z Rosjanami na Donbasie.
Aktualne cyfrowe wydanie tygodnika dostępne jest w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
