Zabawy z bronią

Zabawy z bronią

Dodano:   /  Zmieniono: 
Nie trzeba ograniczać policjantom prawa do użycia broni, trzeba tylko surowo karać jego nadużywanie
Gdyby to vox populi decydował o użyciu broni przez policję, raz funkcjonariusze strzelaliby do wszystkiego, co się rusza, innym razem w ogóle nie nosiliby broni.
Polskiej opinii publicznej brakuje zimnej krwi. Kiedy dwa lata temu od kul gangsterów zginął w Nadarzynie policjant Mirosław Żak, w sondażach aż 80 proc. ankietowanych opowiedziało się za przyznaniem policji prawa strzelania do przestępców bez ostrzeżenia. Gdy kilka dni temu od kul policjantów zginął wzięty za gangstera Łukasz Targosz, pojawiło się wiele głosów, także wśród polityków, by radykalnie ograniczyć prawo do użycia broni przez funkcjonariuszy. Jak mówi prof. Marian Filar, karnista z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, zaczął się narodowy taniec od ściany do ściany, czyli popadanie ze skrajności w skrajność. Wcale nie trzeba ograniczać policjantom prawa do użycia broni, trzeba tylko surowo karać jego nadużywanie.
"To nie policja ma się bać gangsterów, lecz gangsterzy policji" - mówił w marcu 2002 r. Krzysztof Janik, ówczesny szef MSWiA. Policjanci mieli się przestać bać używać broni podczas akcji. Janik zapowiedział liberalizację zasad jej użycia przez funkcjonariuszy, bo od kul bandytów ginęli policjanci.
Do niedawna, zanim funkcjonariusz nacisnął na spust, musiał krzyknąć: "Policja!", następnie wezwać podejrzanego do odrzucenia broni czy innego niebezpiecznego narzędzia, a w wypadku oporu lub ucieczki musiał go ostrzec: "Stój, bo strzelam!". Oddając w powietrze strzał ostrzegawczy, powinien uważać, by nie wyrządzić bandycie większej krzywdy.
Po serii pogrzebów funkcjonariuszy, którzy ginęli w starciach z bandytami, jesienią 2002 r. SLD przeforsował w Sejmie zmianę procedur użycia broni. Policjanci mogą obecnie strzelać w sytuacjach zagrażających ich życiu, ale także wtedy, gdy bandyci próbują staranować radiowóz lub uciekają, narażając na niebezpieczeństwo funkcjonariuszy czy postronnych obserwatorów.
Po wprowadzeniu zmian zaczęła się czarna seria wpadek policji. Na drodze z Chełma do Lublina policjanci zastrzelili Ukraińca Serhija K., bo nie zatrzymał się do rutynowej kontroli. Wzięto go za bandytę, tymczasem Ukrainiec wiózł do szpitala rodzącą żonę. Wpadką policji okazał się także pościg ulicami Łodzi (w grudniu 2003 r.) za uciekającym golfem. Funkcjonariusze, przekonani, że strzelają do złodzieja auta, postrzelili właściciela. Niemal w tym samym czasie na autostradzie pod Wrocławiem, podczas pościgu za przestępcą uciekającym BMW, policyjny pocisk trafił przypadkowo pracownika brygady remontowej - w krytycznym stanie trafił on do szpitala. Czarę goryczy dopełniła strzelanina w Poznaniu 29 kwietnia. Policjanci zaczęli działać, zanim ustalili, kim są mężczyźni, których ścigali.
Wypadki pochopnego użycia broni przez policję zdarzają się wszędzie. Nagonka na całą policję z tego powodu, że doszło do nieszczęścia, jest krokiem samobójczym. Policjanci przestaną bowiem w ogóle używać broni w ryzykownych akcjach, a to oznacza, że największą korzyść z tragedii, która zdarzyła się w Poznaniu, odniosą bandyci.
Więcej możesz przeczytać w 20/2004 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 20/2004 (1120)