Złe miłego początki

Złe miłego początki

Dodano:   /  Zmieniono: 
Dziś, kiedy mimo kryzysów wstrząsających ostatnio Platformą Obywatelską poparcie dla partii Donalda Tuska wciąż oscyluje w granicach 50 procent, co daje PO realną szansę na „odbicie” z rąk PiS urzędu prezydenta w 2010 roku i stworzenie pierwszego w historii III Rzeczpospolitej jednopartyjnego rządu mającego bezwzględną większość w parlamencie po wyborach w 2011 roku, mało kto pamięta, że w przededniu przyspieszonych wyborów parlamentarnych do których doszło 23 października 2007 roku, zwycięstwo Platformy wcale nie było przesądzone.
Jeszcze we wrześniu 2007 roku niektóre sondaże dawały PiS poparcie rzędu 33-36 procent, podczas gdy PO nie mogła przekroczyć pułapu 30 procent poparcia. Jeśli dodać do tego fakt, że według części ośrodków badawczych do Sejmu poza „wielką dwójką" miał wejść jeszcze tylko sojusz SLD i Partii Demokratycznej występujący w tamtym czasie pod szyldem Lewica i Demokraci, widać wyraźnie, że sytuacja partii Donalda Tuska była mało komfortowa. Jarosław Kaczyński robił w tamtym czasie wszystko, by przekonać wyborców o przekonaniach centroprawicowych, że PO to w rzeczywistości partia skłaniająca się ku lewej stronie sceny politycznej, która tylko czeka na okazję, by stworzyć koalicję z postkomunistami. W ten sposób lider PiS stawiał Donalda Tuska w sytuacji bez wyjścia. Z jednej strony jasne było, że nawet gdyby PiS wygrał wybory, najprawdopodobniej nie utworzyłby rządu, ponieważ zdolności koalicyjne tej partii po „skonsumowaniu" przystawek w postaci LPR i Samoobrony, oscylowały w granicach zera. Jednak Tusk był świadom, że w sytuacji, w której oprócz partii Jarosława Kaczyńskiego w Sejmie znalazły się jedynie PO i LiD, wówczas miałby do wyboru – albo kryzys parlamentarny polegający na niemożności wyłonienia nowego rządu przez Sejm, co w perspektywie prowadziłoby do kolejnych wyborów, których wyniki trudno było przewidzieć; albo niewygodna koalicja z lewicą, pogrążająca prawdopodobnie szanse Tuska na prezydenturę i będąca wodą na młyn PiS-u, który przez kolejne cztery lata utrwalałby wizerunek PO jako partii lewicowej, przejmując jej konserwatywny elektorat. Jeśli dodać do tego fakt, że kolejna porażka wyborcza najprawdopodobniej doprowadziłaby do rozliczeń w PO, które w najlepszym wypadku zakończyłyby się dużym osłabieniem pozycji dzisiejszego premiera, a w najgorszym – odsunięciem go od władzy, nie powinno dziwić, że według osób, które w tamtym czasie przebywały blisko Tuska, często przeżywał on chwilę zwątpienia czy wręcz załamania. Część polityków PO była wręcz zdania, że partia nie powinna zgadzać się na przedterminowe wybory parlamentarne – zamiast tego godząc się na zgłaszane przez LPR i Samoobronę propozycje stworzenia w ówczesnym Sejmie koalicji „wszyscy przeciwko PiS". Dziś wydaje się to nieprawdopodobne, ale wówczas możliwość stworzenia koalicji PO-SLD-Samoobrona-LPR, była realnie rozważana przez niektórych polityków Platformy. Doły partyjne, które szykowały się do przejęcia władzy już w 2005 roku, były bowiem spragnione stanowisk i udziałów w państwowych „konfiturach" – a niepewny wynik przedterminowych wyborów sprawiał, że wielu działaczy było zdania, że lepszy kompromis w garści niż niepewne zwycięstwo.

Donald Tusk wykazał się jednak w tamtym przełomowym momencie polityczną odwagą i postanowił stanąć do konfrontacji z Jarosławem Kaczyńskim. I okazało się, że w bezpośrednim starciu nie dał mu żadnych szans. Przygotowany przez psychologa Tusk zmiażdżył w słynnej już debacie lidera PiS, prezentując się przy nerwowym i dążącym do ostrej konfrontacji Kaczyńskim jako rozważny i rozsądny mąż stanu, który nie chce być nadzorcą Polaków, ale ich partnerem. Po debacie role na scenie politycznej się odwróciły i PO zaczęła wyraźnie dystansować PiS. Ostateczny wynik rozgrywki był jednoznaczny – PO uzyskała 41,5 procenta głosów, wyprzedzając Prawo i Sprawiedliwość niemal o 10 procent. I choć do zdobycia parlamentarnej większości partii Tuska zabrakło 21 mandatów, to dzięki niespodziewanie dobremu wynikowi wyborczemu uzyskanemu przez PSL, które wprowadziło do parlamentu 31 posłów, PO mogło zbudować stabilną większość bez konieczności prowadzenia rozmów z lewicą. Donald Tusk tryumfował.