Śpioch

Śpioch

Prokuratura dysponuje nagraniami obciążającymi byłego szefa MSWiA
Przeciek w sprawie akcji CBA w resorcie rolnictwa pokazał ostatecznie, że Kaczmarek tkwi w układzie" – mówi w rozmowie z „Wprost” premier Jarosław Kaczyński. W ostatnich dniach do prokuratury, tajnych służb i samych braci Kaczyńskich docierają kolejne informacje pokazujące rzeczywistą rolę, jaką w polskim życiu publicznym odgrywał w ostatnich latach zdymisjonowany niedawno szef MSWiA. Wśród nich są nowe wątki dotyczące najgłośniejszego przecieku ostatnich lat, ale także informacje o sprawach sprzed wielu lat, gdy Kaczmarek pracował w prokuraturach w Trójmieście i w Warszawie.

Minister na taśmie
Jak ustalił „Wprost", prokuratura zrekonstruowała przebieg wydarzeń poprzedzających fiasko akcji CBA w Ministerstwie Rolnictwa. Śledczy wysunęli hipotezę, że do przecieku doszło w czwartek, dzień przed planowanym wręczeniem Andrzejowi Lepperowi łapówki za pomoc w procedurze odrolniania gruntu. Ta wersja zakłada, że Piotr R. i Andrzej K. (obecnie aresztowani w aferze gruntowej) ustalili już nawet miejsce dostarczenia pieniędzy wicepremierowi. Miało nim być jego mieszkanie nad warszawską siedzibą Samoobrony.
Wiele wskazuje na to, że plany pokrzyżowało spotkanie w restauracji Panorama na 40. piętrze hotelu Marriott. Spotkali się tam biznesmen Ryszard Krauze, poseł Samoobrony Leszek Woszczerowicz i Janusz Kaczmarek. Spotkanie zostało zarejestrowane przez kamery hotelowego monitoringu. Śledczy dysponują tym nagraniem.
To Woszczerowicz miał ostrzec Leppera przed wzięciem łapówki. – Problemem jest to, że poseł Samoobrony wrócił do sejmowego hotelu piechotą – tłumaczy jeden ze śledczych. – Gdyby wsiadł do samochodu, fakt ten zarejestrowałaby kamera przemysłowa. Skoro szedł piechotą, może się na przykład wytłumaczyć, że ktoś życzliwy podszedł do niego na ulicy i ostrzegł go przed akcją, a jego wiedza w tej sprawie nie ma związku ze spotkaniem w Marriotcie – dodaje nasz rozmówca.

Żonglujący teczkami
W ubiegłym tygodniu w internetowym wydaniu tygodnika „Wprost" ujawniliśmy, że w 1993 r. Janusz Kaczmarek nadzorował nielegalną akcję Urzędu Ochrony Państwa, w czasie której z mieszkania byłego funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa wykradziono dokumenty z teczek czołowych gdańskich opozycjonistów, w tym Lecha Wałęsy i Lecha Kaczyńskiego. Janusz Kaczmarek w publicznych wypowiedziach tłumaczył, że gdy tylko się dowiedział o wyniesieniu teczek przez UOP, zażądał ich zwrotu. Ciekawe jednak dlaczego, gdy został przez tajne służby zlekceważony, jako prokurator rejonowy w Gdyni nie wszczął żadnego postępowania w sprawie bezprawnej akcji UOP. I dlaczego jeszcze rok po akcji podtrzymywał oskarżenie wobec esbeka za rzekomy handel materiałami radioaktywnymi, choć wiedział, że żadnego handlu nie było, a cała sprawa była teatrem zmontowanym przez specsłużby, które chciały przeszukać mieszkanie byłego funkcjonariusza i przejąć teczki opozycjonistów. W sprawie akcji UOP kłopoty może mieć jeden z najbliższych współpracowników Kaczmarka, zdymisjonowany niedawno komendant główny policji Konrad Kornatowski. Okazuje się, że to m.in. on stawiał zarzuty w tej sprawie (jak się później okazało, oparte na sfabrykowanych dowodach).

Kaczmarek kontra Kaczyński
Przejęte od esbeka teczki Lecha Wałęsy trafiły w 1993 r. do Belwederu, a potem zniknęły i nigdy nie zostały przekazane do archiwum Instytutu Pamięci Narodowej. Materiały dotyczące Lecha Kaczyńskiego wykorzystano później w operacji inwigilacji prawicy. Nie była to ostatnia rola, jaką w tej sprawie odegrał Janusz Kaczmarek. Po tym, jak w 1999 r. prowadzący postępowanie w sprawie inwigilacji prawicy prokuratorzy Jarosław Baniuk i Jacek Gutkowski ujawnili, że wywierano na nich naciski, by sprawę umorzyć, wszczęto postępowanie wyjaśniające. Ostatecznie Baniuk i Gutkowski odeszli z pracy, a sprawą zajęła się Prokuratura Okręgowa we Włocławku, która w 2000 r. umorzyła postępowanie. Od tej decyzji odwołali się Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz, Adam Glapiński i Jan Parys. Odwołanie trafiło do Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku (to właśnie jej podlega włocławska prokuratura), która podtrzymała decyzję o umorzeniu. Pokrzywdzeni złożyli zażalenie do sądu, który zadecydował, że postępowanie ma być prowadzone od nowa. Sprawa trafiła ponownie do włocławskiej prokuratury, która je ostatecznie umorzyła. Jej prace nadzorował właśnie Janusz Kaczmarek jako zastępca prokuratora generalnego.
To zresztą nie jedyna sprawa, gdy działania Kaczmarka, którego obecny prezydent uważał za swojego zaufanego, w istocie uderzały w Lecha Kaczyńskiego. W 2001 r. Jerzy Buzek odwołał Kaczyńskiego z funkcji ministra sprawiedliwości. Powodem był konflikt z ówczesnym ministrem koordynatorem służb specjalnych Januszem Pałubickim. Konflikt zaognił się po zatrzymaniu ówczesnego szefa katowickiej delegatury UOP Mariusza Szekiela. – Pomysłodawcą zatrzymania Szekiela był Janusz Kaczmarek, który był wtedy zastępcą Lecha Kaczyńskiego. Przyszedł do Kaczyńskiego i upierał się, że szef katowickiej delegatury musi trafić do aresztu – mówi osoba znająca szczegóły tej rozmowy. – Można się było spodziewać, że Kaczyński zostanie odwołany i tak się właśnie stało. W konsekwencji został nawet na kilka lat wyeliminowany z polityki – dodaje jeden z najbliższych współpracowników prezydenta.
Przez wiele dni próbowaliśmy się skontaktować z Januszem Kaczmarkiem, by wyjaśnił swoją rolę w analizowanych obecnie przez śledczych i polityków sprawach. Ten wysłał nam tylko jedną wiadomość, informując SMS-em, że w sprawie operacji UOP, którą nadzorował, „to wszystko nieprawda".
Okładka tygodnika WPROST: 34/2007
Więcej możesz przeczytać w 34/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0