Jestem. Jeszcze nie rezygnuję

Jestem. Jeszcze nie rezygnuję

Zniknął na kilka lat, ale właśnie wrócił. Robert Gonera zagrał drugoplanową, ale intrygującą rolę w filmie „Big love”. I zapowiada, że wbrew doniesieniom mediów nie zamierza rzucać aktorstwa.
To nieporozumienie. Udzieliłem wywiadu PAP, gdzie powiedziałem, że  chciałbym trochę odpocząć. To było we wrześniu, zaraz po zdjęciach do  „Big Love" i seriali. Chwilę po śmierci ojca. Byłem wtedy dość zmęczony. Ale nie miałem na myśli całkowitej rezygnacji. Może to było w moich myślach, ale nie to chciałem powiedzieć – tłumaczy Gonera.

Ma 43 lata i  lekko posiwiałe włosy. Wydaje się szczuplejszy niż kilka lat temu, jest mniej „przystojny", ale za to bardziej interesujący. Wkroczył w wiek, który daje aktorowi mnóstwo możliwości. Samoświadomość i doświadczenie (i zawodowe, i osobiste) sprawiają, że byłby dzisiaj idealnym kandydatem do ról dramatycznych. Tym bardziej że zawsze miał żyłkę do tworzenia postaci rozdartych, tajemniczych, nieoczywistych. Próbkę jego możliwości można zobaczyć w debiutanckim filmie Barbary Białowąs „Big Love”. Epizodyczna rola psychologa, który po latach wraca do niewyjaśnionej sprawy morderstwa, zapada w pamięć.

Aktorstwo jest wymagające

To jego powrót po latach. W 2007 r., w przerwie zdjęć do ostatniego, 13. odcinka serialu „Determinator" realizowanego dla TVP aktor zasłabł. A po odzyskaniu świadomości nie bardzo wiedział, gdzie jest. Tabloidy ogłosiły, że Robert Gonera cierpi na chorobę psychiczną. – Tam nie stało się nic wielkiego. To był efekt przepracowania. Braku higieny psychicznej, o co w warunkach stwarzanych aktorom i przy stu dniach zdjęciowych łatwo – tłumaczy dziś aktor. 

– To, co wydarzyło się później w mediach, miało ogromny wpływ na moje życie osobiste. Dotknęło mojej rodziny, dzieci. Dlaczego nie zdecydował się na proces sądowy? – Nie spodziewałem się, że  skutki takich doniesień są aż takie. Sam nie miałem do tego głowy, ale  też nie było nikogo, kto by mi pomógł to wszystko ogarnąć. Trudno, stało się, ale nie mogę się pogodzić z tym, że stosuje się takie metody bez świadomości konsekwencji – mówi Robert Gonera. Czy tamto doświadczenie sprawiło, że ma dzisiaj dystans do aktorstwa? – Nie mam innego wyjścia. Dla mnie to moment pokory wobec tego, co ma nadejść, ale na razie nie  nadchodzi. Jak to? „Dług", główna rola, 10 lat pracy wcale nie przekłada się na liczbę i jakość propozycji?

Trudno się tym pytaniom dziwić. W  1996 r. aktor nawiązał współpracę z reżyserem Krzysztofem Krauzem. Najpierw zagrał operatora telewizyjnego Witka w „Grach ulicznych", filmie swobodnie opartym na historii zamordowania Stanisława Pyjasa. W  kolejnym filmie Krauzego, „Długu”, dostał główną rolę.

Za swoją kreację młodego biznesmena, który osaczony z powodu fikcyjnego długu dokonuje dwóch morderstw, Gonera dostał Polskiego Orła dla najlepszego aktora. –  Mam szczęście lub pecha do ról, które coś znaczą albo głęboko wchodzą z  diagnozą w rzeczywistość, odkrywają pewne rzeczy – mówi. – Wszyscy zbierają laury, a aktor zostaje z tym wizerunkiem i potem spotyka na  ulicy gangsterów, którzy mówią do niego: Ej ty, frajerze... Losy trzech aktorów, którzy wystąpili w „Długu", potoczyły się różnie: kariera Andrzeja Chyry rozbłysła, dzisiaj jest jednym z najczęściej zatrudnianych i najbardziej docenianych polskich aktorów. Jacek Borcuch skupił się na reżyserii ( jego „Wszystko, co kocham” było pierwszym polskim filmem, który dostał się do konkursu na festiwalu w Sundance).

I  tylko Robert Gonera nie znalazł swojego miejsca. Przyjęcie roli w  narodowej telenoweli „M jak miłość" dało mu wprawdzie popularność, ale  nie pomogło jego wizerunkowi. Nie zmieniła tego jego otwartość na kino offowe („Krew z nosa” Dominika Matwiejczyka), współpraca z debiutantami („Głośniej od bomb” Wojcieszka, „Arche” Grzegorza Auguścika, „Dublerzy” Marcina Ziębińskiego) ani ciekawe mniejsze role („Strefa ciszy” Krzysztofa Langa, „Palimpsest” Niewolskiego, „Glina” Pasikowskiego).

Robert Gonera przyznaje, że dzisiaj trochę się boi aktorstwa. – Wszedłem w ten zawód bardzo wcześnie, naładowany informacjami na temat tego, co robili James Dean, Dennis Hopper, a u nas Cybulski. Ale oni szybko się spalali. To przekraczanie barier w  aktorstwie jest zajmujące, ale niebezpieczne. Ja próbowałem właśnie takiego aktorstwa, wtedy u nas nieznanego.

Ukoronowaniem tego był „Dług". Nie bez powodu ta rola spadła na mnie. Wymagała ogromnego przygotowania, umiejętności budowania precyzyjnej psychologicznej struktury tej postaci. Dzisiaj aktorstwo jest bardzo wymagające. Bo taki sposób podejścia do grania stał się normą. Ale nie nadążają za tym pieniądze, a co za tym idzie – trudno o potrzebny czas na uspokojenie, rekonwalescencję, odpoczynek. Krzysztof Lang, u którego Gonera zagrał w  „Strefie ciszy” (2000), tak wspominapracę z nim na planie: – Robert należy do aktorów z emocjonalną osobowością. U mnie grał z Edytą Olszówką, ona jest podobną aktorką. Wzajemnie się nakręcali. Muszę powiedzieć, że część z tych zachowań nie była emocjonalnym standardem. Ale aktorzy używają różnych metod, żeby się wprowadzić w stan, który jest im akurat potrzebny.

Nie jestem panienką na wydaniu

– To nie jest pytanie do mnie – odpowiada na pytanie, dlaczego nie gra. – Od lat zajmuję się scenariuszami. Doradzam. Nazywają mnie „wujek dobra rada". Więc to może być problem generacyjny – teraz weszła nowa ekipa, która ma inne gusta, inne zapatrywania. Ci ludzie mogą mieć obawy, czy  ja nie wejdę za mocno ze swoimi ambicjami. Chociaż ja ich nie mam. Raczej staram się być życzliwym analitykiem, aktorem i udziałowcem wszystkich projektów, w których biorę udział.

Barbara Białowąs: – Bardzo mi zależało, żeby Robert przyjął rolę w moim filmie, bo sama chciałam go  zobaczyć znowu w kinie. Oczywiście trochę się obawiałam tego, że  odmówi, i tego, że jest specjalistą od scenariuszy. Na początku powiedziałam, że nie zamierzam się trzymać każdego słowa w scenariuszu i  chętnie wysłucham jego rad. Zachowywał się absolutnie profesjonalnie, był bardzo otwarty i partnerski. Podobne wrażenia miał przed laty reżyser Dominik Matwiejczyk: – Kiedy kręciłem swój pierwszy film „Krew z  nosa", zaproponowałem Robertowi występ gościnny.

Oczywiście, obawiałem się tego, że odmówi. To był film offowy, nie miałem pieniędzy. Tymczasem on się zgodził i wystąpił za darmo. Chyba zaciekawiło go to, że mógł zagrać coś zupełnie innego – wtedy występował w telenowelach. A u mnie był wokalistą hardmetalowego zespołu. Za darmo Gonera wystąpił także w  debiucie Przemysława Wojcieszka „Zabij ich wszystkich".

– Byłem wtedy jeszcze zielony, więc mam u niego ogromny dług wdzięczności. Potem był świetny w „Głośniej od bomb". Żałuje, że jest pokolenie ode mnie starszy, dlatego nigdy nie miałem dla niego głównych ról. Ale  naprawdę szkoda, że jego wszechstronność nie jest właściwie wykorzystywana – mówi reżyser. Krzysztof Lang na pytanie, dlaczego Gonera nie dostaje ciekawych propozycji, odpowiada: – Obawiam się, że, przynajmniej przez ostatnie lata mógł zaważyć na tym epizod przy kręceniu „Determinatora”.

Dzisiaj w realizację filmu zaangażowane są takie pieniądze, że producenci mogą nie chcieć ryzykować zatrudnienia aktora, z którym może się coś stać na planie. Mam wrażenie, że Robert po  tym wszystkim zamknął się i oddalił. Jest ambitny i honorowy. Rozumiem, że nie ma ochoty niczego nikomu udowadniać.

Ale tak jak alkohol i jego konsekwencje wybacza się u nas łatwo, to takie sytuacje, o których nie  do końca wiadomo, czym są – nie. Aktorzy, którym zdarzyły się takie incydenty, już zazwyczaj nie wracali. Nie wiem, jak na to zaradzić. Ja, jeśli miałbym dla niego rolę, chciałbym z nim pracować – mówi. Sam Gonera przyznaje, że nie zabiega o zainteresowanie reżyserów: –  Aktorstwo nigdy nie było czymś, dla czego miałbym stracić głowę. Wiem, że to jest zawód chimeryczny. Zawsze interesowały mnie różne aspekty świata. I nie jestem już panienką na wydaniu, żebym miał śpiewać, tańczyć, recytować. Wolę się zająć czymś innym, niż robić kabaret, występować w show czy pokazywać się wszędzie.

Oczekiwanie

W 2008 r. w swoim rodzinnym Wrocławiu zorganizował pierwszy Międzynarodowy Festiwal Scenarzystów „Interscenario": kilkudniowe spotkanie scenarzystów z panelami dyskusyjnymi, wykładami, warsztatami i  pokazami filmów. – To był pierwszy tego typu festiwal na świecie. Poczułem taki superfeeling, że oto jestem na właściwym miejscu. To jest dziedzina, która mnie fascynuje – mówi Robert Gonera.

Przyznaje, że cała jego wiedza o scenariuszach pochodzi z aktorstwa: – Jestem uczciwym amatorem: moja wiedza wynika z doświadczenia, jest precyzyjna, konkretna. Ale nie wykorzystuje festiwalu Interscenario do poszukiwania ciekawych ról dla siebie. – Po pierwszej czy drugiej edycji przetoczyła się fala takich ironicznych komentarzy. Zorganizowałem ten festiwal nie  po to, żeby się rozdrabniać i znajdować dla siebie role, tylko dla dobra ogólnego – twierdzi. Sam też próbuje pisać, ale jeszcze nie jest zadowolony z efektów: – Lubię opowiadać historie. Kilka z nich przy udziale innych scenarzystów udało się zapisać.

Ale tu też mam pewne obawy, bo jeden z nich zaowocował czymś zupełnie niefabularnym. Tęsknię za prawdziwym dramatem, tym, co wynika z delikatnych napięć między filozofią a psychologią. Bez wątpienia na to jest w tej chwili czas. Na  załatwianie w delikatny sposób spraw, które nas nurtują. Jesteśmy jedynym krajem w Europie, który – bez oceny i bez komentarzy – przeżył serię katastrof. I to w momencie, kiedy nie mamy języka, żeby o tym opowiadać.

Wszystko dzieje się między histerią a rozliczeniem. Jak Robert Gonera widzi swoją przyszłość? – Pragnień nie mam. Jestem zadaniowcem. Czegóż ja bym mógł sobie życzyć? Jestem spełniony w  szczęściu i w nieszczęściu. Krzysztof Lang: – W historii kina, choćby amerykańskiego, zdarzają się nierzadko przypadki aktorów, którzy zagrali jedną, dwie świetne role i zniknęli. Ale nie trzeba daleko szukać: tak było ze Zbyszkiem Cybulskim. Po roli Maćka w „Popiele i diamencie" nigdy już z nie zagrał tak wybitnej roli. Wierzę, że Robertem tak nie będzie.

Okładka tygodnika WPROST: 8/2012
Więcej możesz przeczytać w 8/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0