Statystyka warszawskiej giełdy sugeruje, że nie istnieje pozytywna zależność pomiędzy szybkim tempem wzrostu gospodarczego dziś, a wzrostem cen akcji jutro - twierdzi Wojciech Białek.
Szybkie tempo wzrostu gospodarczego dziś nie musi przekładać się na jutrzejszy wzrost cen akcji. Taka bezpośrednia zależność nie istnieje
Nie jest łatwo ocenić, na ile rekordowa dynamika roczna produkcji przemysłowej (+23,8 proc. w marcu) wynika z chwilowego wzrostu popytu napędzanego obawami przed podwyżkami. Niezależnie jednak od trwałości przyczyn tego boomu miał on pozytywny wpływ na krajowy rynek akcji, wynosząc w kwietniu WIG do nowego maksimum.
Odpowiedzi na pytanie o nieco dalsze perspektywy rynku akcji można szukać na samym rynku. Trzeba tylko sprawdzić, co działo się z poziomem cen na warszawskiej giełdzie w okresach następujących bezpośrednio po poprzednich epizodach silnej dynamiki produkcji przemysłowej.
W ciągu minionych 14 lat takie fazy wysokiego - przekraczającego 18 proc. - tempa przyrostu produkcji obserwowaliśmy jedynie trzykrotnie: w III kw. 1994 roku, w II kw. 1997 roku i w IV kw. 1999 roku. Okazuje się, że za każdym razem ponadosiemnastoprocentowa dynamika produkcji przemysłowej sygnalizowała osiągnięcie szczytu danego cyklu koniunkturalnego. Kupując akcje na GPW tuż po publikacji tych optymistycznych informacji (we wrześniu 1994, czerwcu 1997 i styczniu 2000), trzy miesiące później traciliśmy średnio 4 proc., sześć miesięcy później nasza strata rosła średnio do 16 proc., a rok później ciągle jeszcze byliśmy nominalnie mniej więcej 6 proc. do tyłu. Jakkolwiek ostrożnie by podchodzić do wniosków płynących z tej ubogiej statystyki, to sugeruje ona, że nie istnieje pozytywna zależność między szybkim tempem wzrostu gospodarczego dziś a wzrostem cen akcji jutro.
W najprostszym, klasycznym modelu cyklu koniunkturalnego "nadmierne" tempo wzrostu gospodarczego prowadzi do wyczerpania dostępnych w danej chwili zasobów środków produkcji i wystąpienia presji cenowej (drożejące surowce, wzrost płac). Presja ta podnosi koszty funkcjonowania przedsiębiorstw i wpływa na spadek zysków. Równocześnie jej ujawnianie się zaczyna podnosić poziom długoterminowych rynkowych stóp procentowych, co zmniejsza względną atrakcyjność akcji w stosunku do taniejących obligacji. Polska gospodarka może nie jest najlepszym miejscem do obserwacji tego impulsu cenowego, chociaż i u nas dynamika cen produkcji przemysłowej ustanowiła w marcu ponadtrzyletnie maksimum na poziomie 4,6 proc. Widać to było jednak doskonale na światowych rynkach surowców (i nieruchomości!), których ceny osiągnęły w marcu tego roku najwyższy poziom od 1981 roku. Po publikacji informacji o marcowym skoku cen detalicznych w USA o 0,5 proc. zaczęto się obawiać, że tym razem Fed nie znajdzie już żadnej wymówki i podniesie stopy procentowe. Teraz są na poziomie 1 proc. - to najmniej w ciągu ostatnich czterdziestu lat.
I tu zaczynają się przysłowiowe schody. Gdyby trzeba było wskazać jeden czynnik najbardziej negatywnie wpływający na ceny akcji na rynkach wschodzących (takich jak nasz), to należałoby wybrać pojawienie się na wykresie stóp procentowych banku centralnego USA pierwszego schodka w górę, oznaczającego rozpoczęcie zaostrzania polityki pieniężnej Banku Rezerwy Federalnej. Każdy może sprawdzić na wykresie WIG, co działo się po tym, jak Fed rozpoczynał poprzednie fazy podwyżek stóp - w lutym 1994, marcu 1997 i czerwcu 1999 r.
Dlatego też ewentualny wzrost rentowności długoterminowych obligacji rządu USA nieco powyżej ubiegłorocznych maksimów (4,6 proc. dla 10-letnich) będzie sygnałem dla rynków, że Fed nie może już dłużej czekać z przykręceniem pieniężnego kurka, co powinno uruchomić globalny proces wycofywania środków z rynków akcji, szczególnie wschodzących. Konsekwencją byłby, jak sądzę, wiosenny powrót WIG do poziomu z początku roku (22 000), gdzie okazji do osiągnięcia krótkoterminowych zysków mogą szukać spragnieni ryzyka spekulanci. Natomiast polskie obligacje rządowe powinny tanieć, a złoty słabnąć do momentu, kiedy na zmianę kierunku polityki pieniężnej zdecyduje się i nasza RPP
Z podejmowaniem strategicznych decyzji inwestycyjnych nie powinniśmy się chyba jednak spieszyć - bierzmy przykład z najsłynniejszego inwestora świata Warrena Buffetta. W swym dorocznym liście do akcjonariuszy z 8 marca poinformował o zwiększeniu na koniec 2003 roku poziomu gotówki do 36 mld dol. (z 12 mld rok wcześniej). Jako powód podał brak finansowych aktywów, których wystarczająco niska wycena rekompensowałaby podjęcie ryzyka inwestycyjnego.
Nie jest łatwo ocenić, na ile rekordowa dynamika roczna produkcji przemysłowej (+23,8 proc. w marcu) wynika z chwilowego wzrostu popytu napędzanego obawami przed podwyżkami. Niezależnie jednak od trwałości przyczyn tego boomu miał on pozytywny wpływ na krajowy rynek akcji, wynosząc w kwietniu WIG do nowego maksimum.
Odpowiedzi na pytanie o nieco dalsze perspektywy rynku akcji można szukać na samym rynku. Trzeba tylko sprawdzić, co działo się z poziomem cen na warszawskiej giełdzie w okresach następujących bezpośrednio po poprzednich epizodach silnej dynamiki produkcji przemysłowej.
W ciągu minionych 14 lat takie fazy wysokiego - przekraczającego 18 proc. - tempa przyrostu produkcji obserwowaliśmy jedynie trzykrotnie: w III kw. 1994 roku, w II kw. 1997 roku i w IV kw. 1999 roku. Okazuje się, że za każdym razem ponadosiemnastoprocentowa dynamika produkcji przemysłowej sygnalizowała osiągnięcie szczytu danego cyklu koniunkturalnego. Kupując akcje na GPW tuż po publikacji tych optymistycznych informacji (we wrześniu 1994, czerwcu 1997 i styczniu 2000), trzy miesiące później traciliśmy średnio 4 proc., sześć miesięcy później nasza strata rosła średnio do 16 proc., a rok później ciągle jeszcze byliśmy nominalnie mniej więcej 6 proc. do tyłu. Jakkolwiek ostrożnie by podchodzić do wniosków płynących z tej ubogiej statystyki, to sugeruje ona, że nie istnieje pozytywna zależność między szybkim tempem wzrostu gospodarczego dziś a wzrostem cen akcji jutro.
W najprostszym, klasycznym modelu cyklu koniunkturalnego "nadmierne" tempo wzrostu gospodarczego prowadzi do wyczerpania dostępnych w danej chwili zasobów środków produkcji i wystąpienia presji cenowej (drożejące surowce, wzrost płac). Presja ta podnosi koszty funkcjonowania przedsiębiorstw i wpływa na spadek zysków. Równocześnie jej ujawnianie się zaczyna podnosić poziom długoterminowych rynkowych stóp procentowych, co zmniejsza względną atrakcyjność akcji w stosunku do taniejących obligacji. Polska gospodarka może nie jest najlepszym miejscem do obserwacji tego impulsu cenowego, chociaż i u nas dynamika cen produkcji przemysłowej ustanowiła w marcu ponadtrzyletnie maksimum na poziomie 4,6 proc. Widać to było jednak doskonale na światowych rynkach surowców (i nieruchomości!), których ceny osiągnęły w marcu tego roku najwyższy poziom od 1981 roku. Po publikacji informacji o marcowym skoku cen detalicznych w USA o 0,5 proc. zaczęto się obawiać, że tym razem Fed nie znajdzie już żadnej wymówki i podniesie stopy procentowe. Teraz są na poziomie 1 proc. - to najmniej w ciągu ostatnich czterdziestu lat.
I tu zaczynają się przysłowiowe schody. Gdyby trzeba było wskazać jeden czynnik najbardziej negatywnie wpływający na ceny akcji na rynkach wschodzących (takich jak nasz), to należałoby wybrać pojawienie się na wykresie stóp procentowych banku centralnego USA pierwszego schodka w górę, oznaczającego rozpoczęcie zaostrzania polityki pieniężnej Banku Rezerwy Federalnej. Każdy może sprawdzić na wykresie WIG, co działo się po tym, jak Fed rozpoczynał poprzednie fazy podwyżek stóp - w lutym 1994, marcu 1997 i czerwcu 1999 r.
Dlatego też ewentualny wzrost rentowności długoterminowych obligacji rządu USA nieco powyżej ubiegłorocznych maksimów (4,6 proc. dla 10-letnich) będzie sygnałem dla rynków, że Fed nie może już dłużej czekać z przykręceniem pieniężnego kurka, co powinno uruchomić globalny proces wycofywania środków z rynków akcji, szczególnie wschodzących. Konsekwencją byłby, jak sądzę, wiosenny powrót WIG do poziomu z początku roku (22 000), gdzie okazji do osiągnięcia krótkoterminowych zysków mogą szukać spragnieni ryzyka spekulanci. Natomiast polskie obligacje rządowe powinny tanieć, a złoty słabnąć do momentu, kiedy na zmianę kierunku polityki pieniężnej zdecyduje się i nasza RPP
Z podejmowaniem strategicznych decyzji inwestycyjnych nie powinniśmy się chyba jednak spieszyć - bierzmy przykład z najsłynniejszego inwestora świata Warrena Buffetta. W swym dorocznym liście do akcjonariuszy z 8 marca poinformował o zwiększeniu na koniec 2003 roku poziomu gotówki do 36 mld dol. (z 12 mld rok wcześniej). Jako powód podał brak finansowych aktywów, których wystarczająco niska wycena rekompensowałaby podjęcie ryzyka inwestycyjnego.