Magdalena Frindt, Bartosz Michalski, „Wprost”: Koniec roku szkolnego to czas podsumowań. Jaką ocenę wystawiłaby pani Ministerstwu Edukacji Narodowej za ostatni rok?
Katarzyna Lubnauer, wiceminister edukacji: Oceny wystawiają nam nauczyciele, rodzice i uczniowie. My tego nie będziemy robić. Natomiast możemy powiedzieć, co udało nam się zrealizować. Na przykład w ciągu tego roku przygotowaliśmy założenia i podstawy programowe z dwóch nowych przedmiotów.
Wokół Edukacji Zdrowotnej wybuchła burza.
Edukacja Zdrowotna zastępuje wychowanie do życia w rodzinie i jest całościowym ujęciem problematyki dotyczącej zdrowia człowieka – zarówno w wymiarze zdrowia psychicznego, jak również fizycznego, w tym zdrowia seksualnego. Ten przedmiot stanowi odpowiedź na nowe zagrożenia, które np. generuje internet.
Drugi przedmiot, który wchodzi do szkół od 1 września, to Edukacja Obywatelska. To jaskółki zmian przed dużą reformą edukacji, która jest planowana na 2026 r.
Pracujemy nad nią od kwietnia 2024 r. Działania merytoryczne przeprowadza Instytut Badań Edukacyjnych, w same prace nad podstawami programowymi do szkół podstawowych jest obecnie włączonych 200 ekspertów w 22 zespołach, z których większość to nauczyciele praktycy. W poprzedzających je konsultacjach udział wzięło ponad 30 tys. nauczycieli.
W przyjętej już podstawie do Edukacji Obywatelskiej będzie zakorzeniony nie tylko komponent dotyczący wiedzy teoretycznej, ale także kwestii praktycznych, takich jak projekt społeczny czy zadania praktyczne. Ważnym elementem tego przedmiotu jest wychowanie obywatela patrioty. A jednocześnie Edukacja Obywatelska nie będzie miała niczego wspólnego z Historią i Teraźniejszością, czyli przedmiotem skrajnie upartyjnionym, który promował poprzedni minister Przemysław Czarnek.
Zatrzymajmy się na chwilę dłużej przy Edukacji Zdrowotnej. Wspomniała pani o tym, jak bardzo jest cenna, jak wiele ważnych elementów zawiera. Dlaczego nie będzie w takim razie przedmiotem obowiązkowym?
Nie chcieliśmy, żeby wojna ideologiczna przeniosła się z Sejmu do szkół. Musimy chronić nauczycieli. Taką decyzją zapobiegniemy sytuacjom, kiedy szkoły chcieliby nawiedzać skrajni prawicowi działacze, bo oburza ich to, że w programie zajęć jest temat dotyczący skuteczności szczepień albo kwestia związana z uzależnieniem od internetu.
Już kilka miesięcy temu abp Marek Jędraszewski przestrzegał przed niebezpieczeństwem „moralnej deprawacji dzieci i młodzieży”, które – w jego ocenie – niesie Edukacja Zdrowotna. Pojawiły się również inne głosy o konieczności „odrzucenia agresywnej seksedukacji”.
Oskarżenia tego typu są całkowicie chybione. W zespole, który tworzył podstawy programowe Edukacji Zdrowotnej, był m.in. ksiądz Arkadiusz Nowak. Ten przedmiot i jego założenia wspiera też głośno Tomasz Terlikowski – dziennikarz, którego poglądy mają prawicowe zabarwienie. Edukacja Zdrowotna jest przedmiotem naszpikowanym wiedzą, a nie o charakterze ideologicznym. Jest taką szczepionką, która nauczy dzieci bronić się przed zagrożeniami XXI wieku.
Polityków PiS i Konfederacji to nie przekonuje.
Ten przedmiot, jeśli chodzi o edukację związaną ze zdrowiem seksualnym, nie wykracza poza informacje, które były przekazywane na lekcjach z wychowania do życia w rodzinie. Ale jednocześnie dotyka takich kwestii, jak np. chronić dzieci przed przemocą seksualną w internecie, czy gdzie szukać pomocy przy problemach psychicznych. Problem jest poważny. Raport „Internet Dzieci” nakreśla zagrożenia, a z opublikowanych danych wynika, że 1/3 dzieci w wieku do 14. roku życia korzysta ze stron pornograficznych.
Czy te dane tym bardziej nie powinny przemawiać za tym, aby Edukacja Zdrowotna była przedmiotem obowiązkowym? I ile prawdy jest w tym, że wasz pierwotny kurs zmienił się, bo Rafał Trzaskowski startował w wyborach prezydenckich i chcieliście wyciszyć temat, który budził kontrowersje?
Powtórzę raz jeszcze: nie chcieliśmy narażać nauczycieli.
A czy kluczowe nie powinno być dobro dzieci?
Cenimy konstytucyjne prawo rodziców do decydowania o sposobie wychowania swoich dzieci. Wierzymy, że rodzice staną po stronie ich dobra i bezpieczeństwa. A jeśli tak, to uczniowie – mimo że Edukacja Zdrowotna będzie od 1 września przedmiotem nieobowiązkowym – będą licznie w tych zajęciach uczestniczyć. Wierzymy w to, że wszyscy rodzice, którym na sercu leży dobro ich dzieci, a jednocześnie wykażą odrobinę staranności, żeby przeczytać podstawę programową Edukacji Zdrowotnej i uświadomią sobie, że tego przedmiotu będą uczyć przygotowani nauczyciele – nie będą zwalniać dzieci z uczestnictwa w tych zajęciach.
Kampania nie miała w ogóle wpływu na rozjazd między zapowiedziami a rezultatem?
Kampania prezydencka była jednym z powodów, dla których niektórzy politycy prawicy rozpętali wojnę wokół Edukacji Zdrowotnej. Natomiast w naszym założeniu Edukacja Zdrowotna nigdy nie miała charakteru ideologicznego.
Jest oparta na konkretnej wiedzy, którą powinien posiąść każdy młody człowiek, żeby zdrowo i bezpiecznie żyć. Kończymy też prace nad nową podstawą programową z wychowania fizycznego, bo Edukacja Zdrowotna pochłonęła część treści teoretycznych.
Polskie społeczeństwo tyje, dzieci również. Niedawno dość głośno zrobiło się o pomyśle dotyczącym rekompensowania niedyspozycji na lekcjach WF-u. W grę faktycznie wchodzi wykonywanie określonej liczby kroków?
Chodzi o to, aby zaktywizować dzieci, które chociaż nie ćwiczą w czasie zajęć, bo mają zwolnienia, to jednocześnie mają obowiązek przebywać w sali, gdzie odbywa się lekcja. Dlatego też wydaje się dobrym pomysłem, aby uczniowie spędzali czas np. spacerując dookoła boiska i realizując w ten sposób umowny cel dotyczący liczby kroków, zamiast siedzieć na ławce i patrzeć w ekran telefonu.
Wymieniła pani sukcesy MEN, a nie chce pani wystawić resortowi konkretnej oceny. Dlaczego?
Nie mam takiego zwyczaju. Nikt nie powinien podlegać ocenie własnej, ponieważ ona nie jest w pełni obiektywna.
Ale poprzedników, w tym Przemysława Czarnka, oceniacie chętnie. I to do dzisiaj.
Po PiS-ie został ogromny bałagan, a my wzięliśmy się za sprzątanie i naprawiliśmy mnóstwo spraw. 2025 r. to pierwszy rok funkcjonowania polityki cyfrowej transformacji, a to wiąże się z kamieniem milowym Krajowego Planu Odbudowy, który powinien zostać przyjęty w 2022 r. Tak się jednak nie stało, a w spadku po naszych poprzednikach dostaliśmy pustą szufladę, bo to, co zostało przygotowane, nie nadawało się do niczego.
Przeprowadziliśmy szerokie konsultacje, które obejmowały kilkadziesiąt tysięcy różnych placówek, a przyjęty przez nas w 2024 r. dokument jest bardzo pozytywnie oceniany właściwie przez wszystkich interesariuszy systemu edukacji i stał się podstawą do dużych inwestycji w ramach KPO na kilka miliardów złotych. Pierwsze przetargi zostały już ogłoszone. Za ich przeprowadzenie odpowiada Ministerstwo Cyfryzacji, a my, jako MEN, pełnimy funkcję wsparcia merytorycznego. W grę wchodzi m.in. 735 tys. różnych urządzeń, w tym laptopów i tabletów, oraz 16 tys. pracowni AI i STEM, które trafią do szkół w tym roku szkolnym.
Zrobiliśmy też wiele w kontekście wzmocnienia prestiżu nauczyciela. Przemysław Czarnek u zmierzchu władzy PiS-u twierdził, że podwyżki dla nauczycieli, które byłyby wyższe niż 12 proc., doprowadziłyby budżet do bankructwa. Potem przed wyborami zaczął obiecywać 20 proc., ale bez zabezpieczenia w planowanym budżecie.
Co zrobiliśmy, jak doszliśmy do władzy? Jedną z naszych pierwszych decyzji były podwyżki dla nauczycieli – 30 proc. dla nauczycieli mianowanych i dyplomowanych, a 33 proc. dla nauczycieli początkujących. W 2025 r. pensje zostały podniesione po raz kolejny.
Skoro tak bardzo stawialiście na wzmocnienie prestiżu zawodu nauczyciela, to dlaczego Związek Nauczycielstwa Polskiego ogłosił pogotowie protestacyjne?
PiS doprowadził do takiej pauperyzacji zawodu nauczyciela, że startowaliśmy z niskiego poziomu. Jeżeli za czasów rządów Zjednoczonej Prawicy, płaca nauczyciela dyplomowanego spadła drastycznie w stosunku do płacy średniej w Polsce, to mimo wprowadzanych przez nas zmian i sporych podwyżek, nauczyciele mogą mieć poczucie, że ich oczekiwania nie zostały zrealizowane w pełni.
Ale liczby nie kłamią. Jeżeli zsumujemy subwencję oświatową i dotację przedszkolną z 2023 r., wynosiła ona 66,4 mld zł. Obecnie łączna kwota potrzeb oświatowych w 2025 r. została określona na 102,7 mld zł. W tej chwili nakłady na edukację z budżetu państwa wynoszą 2,3 proc. PKB, za czasów PiS było to 1,87 proc. PKB. To wszystko dobitnie pokazuje, że edukacja jest dla nas priorytetem.
Ale nauczyciele nie kupią argumentu, że ich dzisiejsza sytuacja finansowa to wina PiS-u. Oni domagają się tego, aby standard ich życia poprawił się teraz.
W ciągu dwóch lat naszych rządów podwyżki dla nauczycieli początkujących wyniosły w sposób skumulowany 40 proc., a dla nauczycieli dyplomowanych i mianowanych – 36,5 proc. Docierają do nas nowe postulaty tego środowiska, ale budżet nie jest nieograniczony.
Jesteśmy w stałym kontakcie ze związkami zawodowymi. Odkąd rozpoczęliśmy prace w resorcie, cały czas funkcjonują zespoły, które pracują nad rozwiązaniami dotyczącymi pragmatyki zawodu nauczyciela. W konsekwencji tych wszystkich działań wprowadzamy zmiany w Karcie Nauczyciela, m.in. zlikwidowaliśmy tzw. godzinę czarnkową. Do tego dochodzi kwestia dotycząca odpraw emerytalnych, które z 3-krotności mają wzrosnąć do 6-krotności ostatniej płacy, czy sprawa nagród jubileuszowych po 40 i 45 latach pracy. Uregulowaliśmy też rozliczanie godzin ponadwymiarowych.
Podwyżki rzędu 30 czy 40 proc. to krok do przodu, ale jednocześnie warto zaznaczyć, jaka była kwota startowa. A wtedy jasne staje się, że to nie kończy tematu.
Tu nie ma sporu, my to rozumiemy. Ale jednocześnie trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że nie ma trzeciej dziedziny – poza obronnością i edukacją – na którą tak szybko wzrosły wydatki w ostatnich dwóch latach.
Mówi pani o dialogu ze środowiskiem nauczycielskim. Żądania ZNP są jasne, a jednym z nich 10 proc. podwyżka. Jeżeli tak się nie stanie, może rozpocząć się akcja protestacyjna.
Jesteśmy z nimi w kontakcie, ale sprawy finansowe to nie jest kwestia naszego chcenia lub niechcenia, tylko możliwości państwa. Polska ma jeden z najbardziej kosztownych systemów oświaty w przeliczeniu na ucznia, również ze względu na sytuację demograficzną. W ok. 1/4 placówek w kraju uczy się do 96 uczniów. Te małe szkoły są cenne, ale kosztowne.
Każda ze stron okopała się na swoim stanowisku i jesteśmy w martwym punkcie? Macie jakiś plan B, gdyby do protestu doszło?
Nie chcę wchodzić w dyskusję na zasadzie, co by było, gdyby. 1 września wejdą w życie dwie ważne ustawy z punktu widzenia związków zawodowych. Myślę, że to jest wyraźny sygnał, że poważnie traktujemy to środowisko i jego postulaty.
Mówiła pani o sukcesach ministerstwa, ale nie sposób nie wspomnieć sondażu dla „Wprost”, w którym Barbara Nowacka została uznana za najgorszego ministra w rządzie Donalda Tuska.
Sposób przeprowadzenia tego sondażu preferował – w znaczeniu negatywnym – tych ministrów, którzy są rozpoznawalni.
Ale Radosław Sikorski nie był przecież nawet w czołówce.
Zwykle ministrowie spraw zagranicznych mają lepsze notowania niż szefowie resortów, które odpowiadają za sprawy dotyczące funkcjonowania społecznego. Ale nie bez wpływu na notowania Barbary Nowackiej było postawienie na racjonalizację nauczania religii w szkołach.
Zdecydowaliśmy się zrealizować postulaty, które – wbrew pozorom – są silnie wspierane przez społeczeństwo. I chociaż ten temat polaryzuje, to z badań CBOS-u wynika jednoznacznie, że zdecydowana większość Polaków jest zarówno za tym, żeby lekcja religii nie była wliczana do średniej, żeby była na pierwszej albo ostatniej godzinie, a także, żeby przedmiot ten był realizowany w mniejszym wymiarze godzin.
Nasze decyzje były podyktowane tym, aby uczniowie – niezależnie od wyznawanej wiary bądź jej braku – czuli się w polskiej szkole równie dobrze. Jednocześnie w pełni szanujemy to, że każdy rodzic ma prawo decydowania o tym, czy jego dziecko ma uczestniczyć w lekcjach religii, czy też nie. Czytane w kościołach listy Episkopatu nie wyciszały emocji. W bardzo dużym stopniu uderzały w Barbarę Nowacką, a przez to była osadzana w roli rzekomego przeciwnika pewnej grupy odbiorców. Przypomnę, że te negatywne oceny były na poziomie niższym niż 14 proc.
W przypadku lekcji religii dochodzi też do różnych paradoksów.
To znaczy?
W branżowej szkole I stopnia wymiar lekcji religii wynosi obecnie sześć godzin – po dwie godziny w każdym tygodniu w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie. W tym samym typie placówki wymiar lekcji matematyki wynosi pięć godzin – w systemie dwa + dwa + jeden. Kilka dni temu Centralna Komisja Edukacyjna opublikowała wyniki egzaminu maturalnego. Okazało się, że w branżowej szkole II stopnia egzamin pozytywnie zdało jedynie 14 proc. uczniów.
Zależy nam na tym, aby polska szkoła była miejscem przyjaznym dla każdego dziecka, miejscem które będzie pozwalało mu się w pełni realizować, a jednocześnie będzie szanowało jego wartości i sposób wychowania, który wybrali jego rodzice. Taki cel nam przyświecał.
Trybunał Konstytucyjny orzekł, że rozporządzenie MEN ws. lekcji religii jest niezgodne z konstytucją i ustawą o systemie oświaty.
Na temat werdyktu TK najchętniej w ogóle bym nie wypowiadała. Przypomnę tylko, że został wydany w składzie, w którym było trzech byłych polityków, nawet posłów Prawa i Sprawiedliwości: Krystyna Pawłowicz, Bogdan Święczkowski i Stanisław Piotrowicz. W związku z tym ogłoszony werdykt ma charakter polityczny, a nie prawny.
Konferencja Episkopatu Polski ma inne zdanie i wezwała MEN do przestrzegania prawa.
Przestrzegamy prawa. I jeszcze raz powtórzę: werdykt takiego składu i tak funkcjonującego TK to czysta polityka.
Wracając do wyników matur. W tym roku egzamin dojrzałości zdało 80 proc., a 15 proc. poległo na matematyce. Niedawno głośno zrobiło się o petycji w sprawie tego przedmiotu, aby nie był obowiązkowy na maturze.
Matematyka powinna być przedmiotem obowiązkowym na maturze i nie planujemy tutaj żadnych zmian. Podstawowe umiejętności w zakresie tego przedmiotu są po prostu niezbędne, aby móc funkcjonować we współczesnym świecie.
Niedawno udostępnione zostały też wyniki egzaminu ósmoklasisty. W tym przypadku średni rezultat z matematyki wyniósł 50 proc. Ile prawdy jest w tym, że można się tutaj doszukiwać efektu nieobowiązkowych prac domowych?
To kompletna bzdura.
Po pierwsze: wyniki egzaminów rok do roku są niestety nieporównywalne. Poza tym pierwszy raz od kilku lat egzaminy ósmoklasisty i maturalny zostały przeprowadzone w oparciu o podstawy programowe, a nie mocno okrojone wymagania egzaminacyjne, które obowiązywały w latach 2021-2024 ze względu na skutki pandemii COVID-19. Z języka polskiego wynik był wyższy niż rok temu, ale tego też nie można porównywać.
Dokonamy ewaluacji dotyczącej decyzji o nieobowiązkowych pracach domowych w szkołach podstawowych. Ale nie będziemy prowadzić analizy porównawczej samych wyników egzaminu ósmoklasisty, a zestawimy ze sobą wyniki w dwóch rodzajach szkół – tych, które już wcześniej zrezygnowały z obowiązkowych prac domowych i tych, które na taki ruch zdecydowały się w ostatnim roku.
Trzeba też wyraźnie zaznaczyć, że nie został wprowadzony zakaz zadawania prac domowych, a obowiązuje po prostu inna forma pracy z nimi. Bo nie chodzi o ocenę liczbową, tylko w formie informacji zwrotnej – co zostało wykonane dobrze, a nad czym trzeba popracować. Ci nauczyciele, u których wcześniej prace domowe były nieobowiązkowe i nie było za nie ocen, ale uczniowie otrzymywali informację zwrotną o jakości ich pracy, zwracają uwagę, że uczniowie chętnie korzystają z takiego wsparcia.
Jeśli chodzi o prace domowe, tutaj pojawia się jeszcze jeden problem. Trudno jest oceniać coś, wobec czego nie ma pewności, że jest pracą własną ucznia. A nowoczesne technologie, w tym sztuczna inteligencja, otworzyły nowy rozdział tej dyskusji.
Jakiś czas temu pani sama zaliczyła wpadkę, powołując się na nieistniejący artykuł Kodeksu karnego.
Skasowałam ten wpis. Mam zasadę, że jeżeli popełniam błąd, to się do niego przyznaję.
Śledziłam jedno z ostatnich łączeń Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej z uczniami. Wpisałam z ciekawości jego nazwisko w Google, pierwszy wynik został podany przez sztuczną inteligencję. Pojawiła się informacja, że polski astronauta uczył się w VIII Liceum Ogólnokształcącym im. Adama Mickiewicza w Łodzi. A to nieprawda. To liceum nosi imię Adama Asnyka. Wyłapałam ten błąd od razu, bo sama kiedyś uczyłam matematyki w tej szkole. Ale ten przykład pokazuje, że konieczne jest uwrażliwianie młodych osób na to, że sztucznej inteligencji nie można ufać w pełni.
A na ile szkoły są przygotowane na to, że uczniowie będą traktować sztuczną inteligencję jako jedno z narzędzi swojej pracy?
I właśnie dlatego ocenianie prac domowych jest problematyczne, bo nie sposób rozstrzygnąć, czy praca została wykonana w sposób samodzielny. A uczniowie wzbijają się też na kreatywność i zdarza się, że specjalnie przy przepisywaniu pracy, którą wygenerowali przy pomocy AI, popełniają jakieś błędy językowe, żeby nauczyciel nie nabrał podejrzeń.
Jeśli chodzi o nauczycieli, już budzimy tę świadomość zagrożeń, ale też szansy na rozwój dzięki AI. Uruchamiamy szkolenia w ramach Funduszy Europejskich dla Rozwoju Społecznego, które dotyczą m.in. właśnie tematu sztucznej inteligencji. Będą skierowane do 85 tys. nauczycieli – nie tylko informatyki. Szkolenia ruszą w najbliższym czasie, a jednocześnie udostępnimy nauczycielom sprzęt, na którym będą mogli uczyć, jak działa AI.
Wspomniała pani o Sławoszu Uznańskim-Wiśniewskim. Niedawno rozmawialiśmy z dr. Tomaszem Rożkiem, założycielem fundacji „Nauka. To Lubię”, który bardzo krytycznie wyraża się na temat działań MEN w kontekście wykorzystania potencjału edukacyjnego misji Ax-4.
MEN wspólnie z Ministerstwem Rozwoju i Technologii oraz Polską Agencją Kosmiczną przygotowało pakiet działań, w tym m.in. spotkania z udziałem Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego, podczas których polski astronauta łączy się z kosmosu, a uczniowie mogą zadawać mu pytania. Ale na tym sprawa się nie kończy. Mamy zaplanowane inicjatywy edukacyjne od września, a Sławosz Uznański-Wiśniewski odwiedzi różne szkoły.
Nie chcę zagłębiać się w kwestie personalne, ale frustracja dr. Tomasza Rożka wynika pewnie z faktu, że chciał być zaangażowany w działania wokół tej misji, a być może nie został. O to trzeba pytać MRiT i Polską Agencję Kosmiczną.
Fundacja „Nauka. To Lubię” opracowała ponad 100-stronicowy dokument „Kosmiczny Tydzień”, w którym znajduje się 70 scenariuszy lekcji dla dzieci ze szkół podstawowych. Dr Rożek mówi, że żadne z ministerstw nie było zainteresowane tym, aby wykorzystać ten materiał.
Jako ministerstwo nie zatrudniamy określonych podmiotów, tylko ogłaszamy otwarte konkursy. A w nich mogą wystartować podmioty, które chcą prowadzić określony rodzaj działalności edukacyjnej.
Pani zdaniem misja Ax-4, w której bierze udział Polak, jest w pełni wykorzystana, biorąc pod uwagę aspekt edukacyjny?
Mieliśmy w planach połączenia ze wszystkich chętnych polskich szkół i działania edukacyjne wokół startu. Niestety start przesunął się na końcówkę roku szkolnego i wakacje. Jak widać, prowadzenie działań bardzo ułatwiłoby nam to, gdyby misja wystartowała w pierwszym możliwym terminie.
Czyli pod koniec maja.
Byliśmy przygotowani do prowadzenia działań edukacyjnych w czasie roku szkolnego, ale – jak już wspominałam – mamy też plan na działania od września. Udział Polaka w misji Ax-4 to historyczne wydarzenie, a jego wyjątkowość jest dla uczniów inspirująca i rozbudza w nich pasje. Sławosz Uznański-Wiśniewski jest doskonałym dowodem na to, że dzięki edukacji dosłownie można dosięgnąć nieba.
Jeśli chodzi o rozbudzanie pasji, to służy temu również wiele programów, które przygotowało MEN, np. „Odkrywcy”. W jego ramach 30 mln zł zostanie przeznaczone na działania edukacyjne, które są związane głównie z edukacją przyrodniczą, STEM, jak też wprost z astronomią i astronautyką.
W 2024 r. po raz pierwszy mistrzowie ze wszystkich, a nie tylko wybranych, międzynarodowych olimpiad i konkursów przedmiotowych, w tym nauk ścisłych, spotkali się z premierem polskiego rządu. Chcieliśmy pokazać im, że są dla nas ważni i doceniamy ich sukcesy, a jednocześnie, że mogą stanowić źródło inspiracji dla młodszego pokolenia – tak jak Sławosz Uznański-Wiśniewski. Chcemy inspirować młodych ludzi.
Na koniec zejdźmy na Ziemię. Wraz z zakończeniem roku szkolnego zrobiło się głośno wokół świadectw szkolnych, które zostały wydane według niewłaściwego wzoru.
Sprawa dotyczy kilkunastu szkół w skali kraju. Na początku czerwca uczulaliśmy wszystkie kuratoria, że rozporządzenie dotyczące formuły wydawania świadectw z 2023 r. wciąż obowiązuje. Albo dyrektorzy, albo wychowawcy, albo informatycy, którzy odpowiadali za nadzór nad drukowaniem dokumentów, popełnili błąd.
Wysłaliśmy też do szkół ponadpodstawowych informację, żeby przyjmowały świadectwa bez względu na ewentualne niedociągnięcia formalne, a uczniowie będą zobowiązani do dostarczenia poprawionych dokumentów, które wydadzą im macierzyste placówki, nie wstrzymując procesu rekrutacyjnego.
Czytaj też:
Co zrobić, by technologia nie wyręczała ucznia we wszystkim? Niepokojący raportCzytaj też:
Profesorka w spektrum: Mówienie, że „autyzm to supermoc” szkodzi
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
