Agnieszka Niesłuchowska, „Wprost”: „Eskalacja działań Rosji staje się faktem, a jej przykłady są coraz bliżej naszej granicy” – podkreślił premier Donald Tusk, dodając, że Rosjanie sięgają po niebezpieczniejszy sprzęt, w tym odrzutowe drony. Powinniśmy obawiać się bezpośredniego zagrożenia dla Polski w większym stopniu niż dotychczas?
Gen. Roman Polko: Prawdziwym powodem do obaw są wewnętrzne polityczne przepychanki w kraju, zamiast budowania spójnego systemu i mówienia o bezpieczeństwie jednym głosem. Minister Sikorski ma rację, pytań o nominacje dyplomatyczne czy brak współpracy z ośrodkiem prezydenckim nie da się uniknąć. Prowadzimy spory w momencie, gdy powinniśmy się integrować i wzmacniać nawzajem na arenie międzynarodowej. Ośrodek prezydencki powinien wykorzystywać swoje atuty w relacjach z Donaldem Trumpem, podczas gdy ośrodek premierowski ciągnie w swoją stronę. A przecież wszyscy wiemy, że eskalacja nastąpi w nieoczekiwanym kierunku.
Czym w praktyce różni się dron odrzutowy od dotychczas używanych dronów?
Zwykły dron porusza się wolno. Nawet jeśli na Ukrainie ogłaszany jest alarm, mijają dwie lub trzy godziny, zanim taka maszyna nadleci. Tymczasem dron odrzutowy to nowość, leci z prędkością około 500 km/h, co oznacza, że dociera do celu zdecydowanie szybciej. Zastosowanie napędu odrzutowego drastycznie skraca czas na reakcję. Przy tak dużych prędkościach żądanie od wojska rozpoznania wzrokowego przy wschodniej granicy niesamowicie ogranicza nasze możliwości obronne.
Problem w tym, że zapowiedzi polityków mijają się z rzeczywistością. Jakiś czas temu słyszeliśmy o systemie rozpoznania Barbara, który wykrywa cele ponad 300 kilometrów w głąb terytorium sąsiada, a większość tych rozwiązań wciąż istnieje głównie na papierze. Myśmy tego wielowarstwowego systemu obrony powietrznej jeszcze nie zbudowali. System zarządzania przestrzenią nie jest zintegrowany z sensorami rozpoznania, a program antydronowy SAN ma być gotowy dopiero za dwa lata.
Premier ostrzegł, że „gorsze warianty są możliwe”. O jakim scenariuszu mowa?
Gorszym wariantem nie jest to, czy dron poleci szybciej, czy wolniej, ale zmasowana dywersja ukierunkowana w naszą infrastrukturę krytyczną. Nie mówimy tu o podpaleniu hali targowej, ale o uderzeniach w obiekty kluczowe dla funkcjonowania państwa. Realnym zagrożeniem są ataki cyfrowe i paraliż serwerów bankowych, sieci energetycznych czy węzłów komunikacyjnych. Do tego dochodzi aktywność rosyjskiej floty cieni oraz ryzyko niszczenia światłowodów i kabli podwodnych na dnie Bałtyku. Ostatnie ataki na zachodniej Ukrainie, w tym w pobliżu tras pociągów dyplomatycznych, miały jednoznaczny cel: zastraszenie zagranicznych liderów i próbę sparaliżowania wąskiego gardła, przez które płynie wsparcie na Wschód.
W XXI wieku odcięcie prądu czy łączności wywołuje natychmiastowy chaos i na przeciwdziałanie takim paraliżującym uderzeniom musimy być przygotowani.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
