J. Kaczyński podkreślił, że przedstawiony przez niego plan jest bardzo prosty - jeśli "koledzy z innych partii dojdą do wniosku, że warto ustabilizować sytuację polityczną w Polsce i stworzyć drogę do koalicji rządowej", to PiS będzie prosić prezydenta, aby z prawa skrócenia kadencji parlamentu nie skorzystał. Jednak - jak dodał - jeśli nie będzie woli ustabilizowania sytuacji, "każdy odpowiedzialny polityk musi powiedzieć, że wybory są nieuniknione".
Jednym z warunków powstania koalicji rządowej w ciągu pół roku obowiązywania paktu będzie - jak powiedział J. Kaczyński - to, aby w rządzie nie zasiadły osoby mające wyroki oraz takie, przeciw którym toczą się procesy karne z oskarżenia publicznego o przestępstwa umyślne. Według niego, na takie rozwiązanie nie zgadza się prezydent Lech Kaczyński.
Zapytany, czy w takim razie szef Samoobrony Andrzej Lepper może się pożegnać z udziałem w ewentualnym rządzie koalicyjnym, J. Kaczyński odpowiedział, że szefowi Samoobrony "ta sprawa była przedstawiona już w trakcie rokowań".
J. Kaczyński uważa, że przyjęcie półrocznego planu stabilizacyjnego jest lepsze, niż utworzenie w tej chwili koalicji rządowej z Samoobroną i PSL, nawet bez Leppera w rządzie. Rozmowy w sprawie koalicji rządowej PiS-Samoobrona-PSL toczyły się od rana w Sejmie.
"Ocena politycznych skutków takiego lub innego wariantu wskazuje, że ten wariant (pakt stabilizacyjny) jest lepszy" - powiedział Kaczyński pytany, dlaczego nie decyduje się jednak zawrzeć koalicji z Samoobroną i PSL.
J. Kaczyński zaznaczył też, że podjęcie przez PO propozycji paktu "z punktu widzenia funkcjonalnego jest w najwyższym stopniu ważne". "Powiedziałbym, że to jest granica konieczności" - dodał J. Kaczyński.
Zgodnie z warunkami zawarcia paktu na pół roku, opozycja miałaby się m.in. zgodzić na uchwalenie 11 priorytetowych dla rządu ustaw, uchwalić budżet bez poprawek zwiększających w sposób znaczący wydatki państwa i powstrzymać się od "ataków na rząd".
Jak czytamy w liście J. Kaczyńskiego przekazanym szefom PO, LPR, Samoobrony i PSL, PiS chce poparcia m.in. dla ustaw: o Centralnym Biurze Antykorupcyjnym; o lustracji majątkowej; o bezpieczeństwie państwa; o ochronie pracy; o nadzorze nad spółkami Skarbu Państwa; o rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych.
PiS chce też, aby opozycja poparła nowelizację samorządowej ordynacji wyborczej, tak aby wybory prezydenta w Warszawie odbyły się dopiero na jesieni. Sejm miałby też przyjąć ustawę o szczególnych środkach podejmowanych dla naprawy państwa, chodzi tu m.in. o zmiany uregulowań dotyczących służby cywilnej i przebiegu konkursów na stanowiska w administracji państwowej.
Ponadto prezes PiS postawił warunki, aby opozycja nie zgłaszała i nie popierała wniosków o wotum nieufności wobec rządu Marcinkiewicza (poza przypadkami, kiedy uzyskałyby one poparcie Prezydium Sejmu) i poparła dalsze pełnienie funkcji marszałka Sejmu przez Marka Jurka. PiS chce też utrzymania dotychczasowych zapisów w Regulaminie Sejmu dotyczących ustalania przez marszałka Sejmu porządku obrad Izby.
Szef PiS podkreślił jednak, że poparcie wymienionych w liście 11 ustaw nie jest warunkiem niepodlegającym dyskusji.
Z kolei warunkami powołania przyszłego rządu koalicyjnego są: niezgłaszanie i niepowoływanie w skład Rady Ministrów, korpusu urzędników administracji państwowej oraz władz spółek z udziałem Skarbu Państwa osób skazanych za przestępstwa umyślne, ścigane z oskarżenia publicznego.
Drugi warunek to niepowoływanie w skład rządu, korpusu urzędników administracji państwowej i władz spółek z udziałem SP osób pełniących funkcje państwowe z nominacji SLD w latach 2001-05 oraz będących w tym czasie członkami Sojuszu.
Dziennikarze pytali J.Kaczyńskiego, czy zdawał sobie sprawę, że terminem przedstawienia budżetu prezydentowi może nie być 19 lutego, lecz przełom stycznia i lutego. Chodzi o nieprzekraczalny konstytucyjny termin przedłożenia prezydentowi uchwalonej ustawy budżetowej. W razie jego przekroczenia prezydent może w ciągu 14 dni podjąć decyzję o skróceniu kadencji parlamentu.
Według J. Kaczyńskiego, "nie ma nawet cienia podstawy prawnej", że w przypadku ustawy budżetowej istnieje zasada dyskontynuacji (tzn. że jako datę jego wpłynięcia do Sejmu traktuje się dzień, w którym projekt budżetu został złożony w Sejmie przez premiera Kazimierza Marcinkiewicza, a nie dzień, kiedy projekt ten po raz pierwszy złożył w Sejmie premier Marek Belka - od tych terminów biegnie bowiem trzymiesięczny termin, w jakim Sejm powinien uchwalić budżet).
"Ja oczywiście zdawałem sobie sprawę, w jakiej sytuacji jestem, ale proszę mi wybaczyć - ja nie jestem doradcą innych partii" - powiedział.
ss, pap