Biały koń posiwiał. O powrocie Donalda Tuska, który pewnie się nie zdarzy

Biały koń posiwiał. O powrocie Donalda Tuska, który pewnie się nie zdarzy

Donald Tusk
Donald Tusk / Źródło: Newspix.pl / MATEUSZ SLODKOWSKI/FOTONEWS
Dokładnie 18 lat temu, 1 czerwca 2003 r. Donald Tusk objął samodzielne rządy w PO. 18 lat to dużo. Wystarczająco dużo, żeby człowiek, który dopiero pojawił się na świecie, przestał obchodzić Dzień Dziecka i z dowodem osobistym w kieszeni mógł samodzielnie decydować o swoim losie. To także wystarczająco długo, żeby pozbyć się złudzeń. Tym dziwniejsze są pojawiające się tu i ówdzie – który to już raz? – głosy o rychłym powrocie Tuska do krajowej polityki.

W 2003 r. w pełni już wówczas dojrzały mógł znów zacząć mówić o 1 czerwca jak o swoim święcie. Dwa lata po założeniu pozbył się wewnętrznej konkurencji i objął samodzielne rządy w partii. – Szykował się do tego. Już w 2002 r. robił wiele, żeby zmarginalizować Maćka (Macieja Płażyńskiego, jednego z trójki tenorów – Tusk, Olechowski, Płażyński – red.) i zniechęcić go do działalności w partii. Kiedy w marcu 2003 r. Płażyński ogłosił swoją rezygnację z przywództwa i odszedł z PO, Tusk miał wygraną w kieszeni – mówi w rozmowie z „Wprost” osoba z bliskiego otoczenia ówczesnych władz Platformy.

Rzeczywiście, zadanie miał Tusk ułatwione, bo kolejny z tenorów, Andrzej Olechowski, był poza parlamentem i szefem PO nie mógł zostać. Na pocieszenie w 2004 r. dostał stanowisko szefa partyjnej rady programowej, ale w praktyce była to jedynie funkcja dekoracyjna i bez wpływu na bieżącą politykę.

Źródło: Wprost
-
 11

Czytaj także