Doszliśmy w relacjach z Ukrainą do punktu, w którym prezydent Karol Nawrocki jedzie do Trumpa szukać sposobów na utemperowanie Kijowa i flirtów z pogrobowcami UPA. Nie trzeba być psychofanem żadnego z prezydentów, żeby zdawać sobie sprawę, czym takie interwencje Białego Domu mogą grozić w relacjach Polski z Ukrainą, Rosją i całym regionem. Nie wspominając o dawno już chyba pogrzebanych mrzonkach o strategicznym sojuszu Warszawy i Kijowa, tworzących nowy układ sił w całej Europie.
W Polsce rządzi tym tematem głównie zupełnie oczywiste oburzenie na ukraiński brak szacunku dla historycznej prawdy o UPA. Znacznie gorsze jest jednak to, do czego Kijów ten brak szacunku wykorzystuje; chodzi o odsunięcie Polski od udziału w rozmowach na temat przerwania wojny i tego, jak miałaby wyglądać powojenna Europa.
Dostrzegł to nawet Donald Tusk, polityk uchodzący dotąd za kogoś, kto bez zbędnych ceregieli akceptuje swoje miejsce w europejskim zaprzęgu kierowanym z Berlina czy Paryża. Wepchnięcie go przez Ukraińców do innego wagonu niż ten, którym jechali kiedyś do Kijowa przywódcy Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii, polski premier jeszcze jakoś przełknął.
Dziś jednak otwarcie lamentuje nad odsunięciem Polski od rozmów w sprawie zakończenia wojny na Ukrainie. Ba, mówi też ponoć kanclerzowi Merzowi, że ustalenia, w których nasz kraj nie uczestniczy, nie będą nas obowiązywały. To zaś oznacza, że nie tylko tożsamościowa prawica stawia czoła ukraińskiej napaści na Polskę, ale także z definicji głęboko proukraińską koalicję rządzącą zaczęły uwierać ukraińskie ekscesy z bohaterami UPA.
Odsunięcie Polski
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
