Fachowiec bezprawia

Fachowiec bezprawia

Dlaczego IPN chce ekstradycji stalinowskiego sędziego Stefana Michnika
Major dyplomowany Zefiryn Machalla w 1952 r. miał 37 lat. Już przed wojną dał się poznać jako młody i zdolny oficer Wojska Polskiego. Za wojenne bohaterstwo w 1939 r. jego przełożony wnioskował o Virtuti Militari. Przeszedł przez więzienia NKWD. Z Sybiru trafił do armii Andersa i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Zachęcony przez przełożonych po wojnie powrócił do kraju. Był jednym z tych, którzy bezpośrednio po wojnie uwierzyli, że jest szansa na budowę normalnego kraju mimo zdominowania władzy przez komunistów. Trafił do "ludowego" wojska, został oficerem w Oddziale II Sztabu Generalnego.W 1951 r. Machallę aresztowano, aby go wykorzystać w nagłośnionym procesie generałów Stanisława Tatara, Mariana Utnika i Stanisława Nowickiego. Po brutalnym kilkumiesięcznym śledztwie rozpoczęto jego własny proces - jeden z tzw. procesów odpryskowych. 29 listopada 1951 r. usłyszał, że został skazany na karę śmierci. Wyrok wydał w pełni dyspozycyjny wobec władzy "sąd", w którego składzie znalazł się robiący błyskotliwą karierę w stalinowskim państwie zaledwie 23-letni "fachowiec", ppor. Stefan Michnik. Karierę robił po trupach - w sensie dosłownym.

Mord sądowy
Na procesie Machalli nie było obrońcy, a publiczność stanowili żołnierz z ochrony i śledczy z Informacji Wojskowej. Nikogo nie interesowało, że major Machalla po wyroku odwołał wymuszone zeznania. W uzasadnieniu sąd stwierdzał, że Machalla "kierował się nienawiścią do mas pracujących narodu i wolą przywrócenia ustroju wyzysku i rządów zdrady narodowej". 10 stycznia 1952 r. na mocy wyroku został zamordowany. Podobnie surowe kary więzienia i wyroki śmierci jak w wypadku Machalli Stefan Michnik wraz z kolegami orzekali wielokrotnie. Dzięki sędziowskiej "solidności" Michnik awansował. Kilka miesięcy po wykonaniu wyroku na Machalli, w 1952 r., został porucznikiem. W 1956 r. jako 27-latek był kapitanem.
Praktycznie wszystkie ówczesne procesy były częścią machiny politycznego terroru. Później los osądzonych wykorzystywano w czasie śledztwa innych oficerów, w tym ppłk. Leopolda Dobrowolskiego. W czasie nieludzkich tortur mówiono mu wprost, że skończy jak Machalla, który zginął, bo się opierał w czasie zeznań, nie chciał się przyznać do tych zarzutów, które mu stawiano.
Proces był farsą. Najważniejsze sprawy - przeznaczone do szerokiego wykorzystania propagandowego - nadzorował sam Bolesław Bierut. Czytał protokoły śledztw, przygotowywał materiały, omawiał przebieg śledztw i procesów na niemal codziennych spotkaniach z Jakubem Bermanem, szefami Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego lub Informacji Wojskowej. Określał, jakie mają zapaść wyroki. Analogicznie postępowano na niższych szczeblach władzy i sądownictwa. To bezpieka przygotowywała główną część procedur: najpierw śledztwo - przesłuchania i bestialskie tortury, potem rozprawa sądowa i wyrok. Często uzgodniony, zanim się rozprawa w ogóle rozpoczęła.
Sądzeni w najgłośniejszych sprawach mieli specyficzne szczęście. Ci - jak mówił Stefan Michnik - "wygrali na loterii". Ze względu na zaplanowane obszerne wykorzystanie propagandowe procesu otrzymywali stosunkowo "łagodne" wyroki. "Władza ludowa" miała pokazywać społeczeństwu swą surowość i bezwzględność w wykrywaniu i karaniu spisków, ale też umiar i wspaniałomyślność. Gorzej było w procesach "odpryskowych", w których orzekał także Michnik. Te odbywały się niemal potajemnie. Toteż trup słał się gęsto. Sędziowie mieli być surowi. I byli. W sumie na 86 zmaltretowanych oficerów zasądzono 40 wyroków śmierci, z czego 20 wykonano. Część pozostałych nie wytrzymała śledztwa i zmarła w więzieniu. Część dotrwała do pierwszych symptomów odwilży.

Niszczenie wrogów
Młode kadry sądownictwa "produkowała" tzw. Centralna Szkoła Prawnicza. Michnik, rocznik 1929, ukończył ją w 1951 r. i szybko został asesorem w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie, z uprawnieniami przewodniczenia rozprawom. W roku 1952 zaczął przewodniczyć składom sędziowskim. Był też kierownikiem gabinetu katedry wojskowo-prawniczej w Akademii Wojskowo-Politycznej i instruktorem w Zarządzie Sądownictwa Wojskowego. Kiedy rozpoczynał pracę sędziego, uważał się za część grupy młodych sędziów, którzy mieli być narzędziem odnowy kadr komunistycznej sprawiedliwości. "Dostałem się do Warszawskiego Sądu Rejonowego, który miał najwięcej spraw »ciężkiego kalibru«" - mówił w listopadzie 1956 r. Przewodniczenie składom sędziowskim w takich sprawach uważał za wyróżnienie i dowód zaufania władzy. Przyznał, że nie musiano wywierać na niego nacisków w sprawie wyroków: "Nam wtedy imponowało powiedzenie o zaostrzającej się walce klasowej i nieprawdę powie ten, kto by twierdził, że z niechęcią rozpatrywał sprawy [...]. Wydawało się nam, że widzimy jasną perspektywę, że pomagamy klasie robotniczej w budowaniu socjalizmu przez to, że niszczymy jej wrogów". Dlatego niespecjalnie się przejmował działaniami niezgodnymi nawet z wówczas obowiązującymi procedurami. Do takich działań należało m.in. sporządzanie protokołów z tajnych posiedzeń składów orzekających, które nigdy się nie odbyły. Wiedział o wypadkach tortur stosowanych podczas śledztwa.
Zmiany w państwie i czas odwilży w 1956 r. nie służyły Michnikowi, który w raporcie tzw. komisji Mazura został zaliczony do grupy sędziów w największym stopniu łamiących praworządność. W raporcie jest mowa o odpowiedzialności sądu, "który nie tylko nie mógł nie widzieć bezprawia, lecz przewidywał możliwość przestępczego skutku swojego działania i z tym się godził, co stanowi przestępstwo ścigane w trybie karnym".
Także po 1956 r. system sądowniczy pozostał częścią totalitarnego państwa. Zadbano o to, by kary nie były zbyt dotkliwe. W stosunku do sędziów najbardziej zaangażowanych w mordy sądowe komisja proponowała wyciągnięcie wniosków personalnych. Michnika proponowano "zdegradować", usuwając z Zarządu Sądownictwa Wojskowego i przenosząc do pracy na niższym szczeblu - w Wojskowym Sądzie Okręgowym. Trudno to uznać za karę odpowiadającą czynom.
We wrześniu 1957 r. Michnik dobrowolnie odszedł z wojska. Jako cywil jeszcze przez kilka miesięcy kontynuował karierę prawniczą - jako adwokat w Warszawie. Wszyscy przez niego skazani zostali przez sądy PRL łaskawie "zrehabilitowani" - łącznie z tymi, na których wykonano wyroki śmierci. "Nie ma podstaw na zebranie dowodów na potwierdzenie zarzutów przypisanych skazanemu Machalli - napisała Naczelna Prokuratura Wojskowa w 1956 r., a Najwyższy Sąd Wojskowy stwierdził, że "materiał dowodowy w sprawie Machalli [...] staje się całkowicie niewiarygodny", zaś w sprawie "brak jakichkolwiek obiektywnych dowodów na potwierdzenie przypisywanych skazanemu zbrodni".

Zbrodnia i sprawiedliwość
Życia ofiarom sądowych mordów nikt nie mógł przywrócić. Żona majora Machalli, której nawet nie poinformowano o wykonaniu wyroku, długo nie mogła uwierzyć, że jej męża zamordowano. W 1955 r. pisała do Bieruta: "Dlaczego nie wiem, czy żyje? Dlaczego dzieci miałyby stracić ojca? Pracą ponad siły dźwigam trud wychowania dwojga małoletnich dzieci, ale jak potrafię im wyjaśnić stratę ojca. Błagam o ratunek". W 1956 r., domagając się pośmiertnej rehabilitacji, żądała, aby "przynajmniej przestano mną pomiatać i ciągle grozić zwolnieniem z pracy".
Stefan Michnik radził sobie dobrze. W 1968 r. na fali organizowanych przez partię antysemickich czystek wyjechał do Szwecji. W Uppsali mieszka do dziś. W latach siedemdziesiątych nawiązał współpracę z Radiem Wolna Europa, a pod pseudonimem Karol Szwedowicz publikował w paryskiej "Kulturze". Nigdy nie uznał, że powinien być pociągnięty do odpowiedzialności za sądowe zbrodnie. Adam Michnik, przyrodni brat, udział Stefana w zbrodniach tłumaczył po latach "jego młodzieńczą naiwnością". Sugerował też wyolbrzymianie roli Stefana Michnika w aparacie stalinowskiego terroru w ramach rzekomego odwetu politycznego za "działalność brata". Przyjęcie takiej argumentacji byłoby równie absurdalne jak próby obciążania Adama jakąkolwiek odpowiedzialnością za czyny brata.
O Stefana Michnika zamierza się upomnieć polski wymiar sprawiedliwości. Jako młody narybek stalinowskiego bezprawia jest jeszcze w zasięgu ziemskiej sprawiedliwości. Tym, którzy pytają, czy warto odgrzebywać zbrodnie z przeszłości, trzeba przypomnieć ważny fragment konwencji ONZ "O niestosowaniu przedawnienia wobec zbrodni wojennych i zbrodni przeciw ludzkości" z 1968 r. Mówi on, że "skuteczne karanie zbrodni wojennych i zbrodni przeciw ludzkości stanowi ważny czynnik w zapobieganiu takim zbrodniom, ochronie praw człowieka i podstawowych swobód, zwiększaniu zaufania, rozwoju współpracy między narodami i popieraniu międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa".


Lista Michnika
Stefan Michnik orzekał m.in. w procesach pułkownika Maksymiliana Chojeckiego (nie wykonany wyrok śmierci), pułkownika Jerzego Lewandowskiego (nie wykonany wyrok śmierci), pułkownika Stanisława Weckiego, wykładowcy Akademii Sztabu Generalnego (13 lat więzienia, zmarł w wyniku tortur, pośmiertnie zrehabilitowany); majora Zenona Tarasiewicza, pułkownika Romualda Sidorskiego, redaktora naczelnego "Przeglądu Kwatermistrzowskiego" (12 lat więzienia, zmarł wskutek złego stanu zdrowia, pośmiertnie zrehabilitowany); podpułkownika Aleksandra Kowalskiego; majora Karola Sęka, artylerzysty spod Radomia, przedwojennego oficera, potem oficera Narodowych Sił Zbrojnych (wyrok śmierci, stracony w 1952 r.); Tadeusza Jędrzejkiewicza, podchorążego AK z Kielecczyzny, po wojnie oficera w Polskich Liniach Oceanicznych, aresztowanego w maju 1952 r. (wyrok śmierci, ułaskawiony przez Radę Państwa w 1956 r.); pułkownika Bronisława Maszlanki (nie wykonany wyrok śmierci). (CEG)
Okładka tygodnika WPROST: 8/2007
Więcej możesz przeczytać w 8/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 3
  • panda IP
    A teraz A.M będzie niosił Orła Białego w klapie.Koszmar.
    • zjnadolski@wp.pl IP
      Jak długo Państwo Polskie będzie jeszcze zwlekało z załatwieniem tego typu spraw ?