Papierowe udziały

Papierowe udziały

Program Powszechnej Prywatyzacji to historia największej porażki III RP.

Był 22 listopada 1996 r. Piątek. W Nowym Domu Poselskim ustawiła się długa kolejka do okienka PKO BP. Chyba pierwszy raz w historii tego małego X oddziału państwowego banku. Pracownicy Sejmu, ich rodziny i znajomi, dziennikarze cierpliwie czekali na wbicie stempla do dowodu osobistego. Stempel zawierał ważną informację: „Posiadacz niniejszego dokumentu zrealizował prawa do otrzymania powszechnego świadectwa udziałowego”.


W ten sposób każdy z kolejki w Sejmie i zdecydowana większość z ok. 27 mln obywateli odbierała swoje udziały w Programie Powszechnej Prywatyzacji. Tego dnia sejmowy oddział PKO BP gwarantował szybkie odebranie swojej własności. W pozostałych oddziałach w Polsce ustawiały się gigantyczne kolejki, w których trzeba było stać nawet pół dnia. Wiele osób musiało dowody wymieniać, bo urzędniczki banku odmawiały stempla, gdy dokument był mocno sfatygowany albo brakowało w nim miejsca na pieczątkę. Stempel w dowodzie osobistym był zabezpieczeniem, że obywatel odbierze swoje świadectwo udziałowe w państwowym majątku tylko raz. Oczywiście nie za darmo. Za świadectwo trzeba było zapłacić 20 zł. Uprawniało ono w przyszłości do objęcia 15 udziałów w 15 Narodowych Funduszach Inwestycyjnych, do których trafiły wybrane przedsiębiorstwa (po jednym udziale w każdym z Funduszy).

RAJ DLA CINKCIARZY

Dystrybucja świadectw trwała przez rok od listopada 1995 r. I od razu przybrała rozmiar totalnej narodowej spekulacji. Swoje pięć minut mieli cinkciarze, którzy zamiast waluty i złota skupowali świadectwa. A że obywatele byli wygłodniali pieniędzy, szybko pozbywali swoich udziałów w państwowym majątku. Cinkciarze oferowali 35-40 zł. To była dobra cena, bo np. banki i kantory skupowały świadectwa za 30 zł. Chociaż znany jest przypadek, że jednemu z profesorów ktoś oferował kupno świadectwa nawet za 140 zł. Papierami przedsiębiorczy Polacy handlowali, jak potrafili. Opisywane były różne przypadki. Świadectwa skupowała nawet apteka. Można było w niej płacić papierami za lekarstwa. Zresztą można było w ogóle nie odbierać osobiście świadectwa. Można było po prostu napisać pełnomocnictwo do odbioru papieru – nawet dla obcej osoby. Jak relacjonowała „Gazeta Wyborcza”, tak robił pewien właściciel sklepu rybnego. Na drzwiach wywiesił kartkę: „Jednorazowe darmowe zakupy za 100 tys. zł (starych) każdemu pełnoletniemu klientowi na podstawie dowodu osobistego, który zrezygnuje z odbioru Powszechnego Świadectwa Udziałowego”. Świadectwami handlowano nawet na giełdach towarowych, obok świń, zboża i ziemniaków. A papiery wartościowe woziły ciężarówki. Ile w ten sposób zostało wypranych brudnych pieniędzy, nie wiadomo do dziś. Wiadomo za to na pewno, że świadectwa na masową skalę skupowała mafia.

Ludzie pozbywali się świadectw z wielu powodów. Większość pewnie nie wierzyła, że za parę lat będą miały jakąś realną wartość. Ci, którzy uwierzyli, szybko się przekonali, że na swoich 15 udziałach w NFI można co najwyżej zarobić ok. 80 zł. Bo po zamianie świadectw na akcje NFI kosztowały one średnio na giełdzie ok. 100 zł. Tyle w teorii, bo w praktyce trzeba było założyć rachunek w biurze maklerskim, zapłacić za jego prowadzenie i za prowizję od transakcji. Zostawały grosze. Powstawały więc „spółdzielnie rodzinne”. Jedna osoba obejmowała świadectwa wszystkich członków rodziny i znajomych, by ograniczyć koszty maklerskie. Szybko się okazało, że jedynym sposobem, żeby nie stracić niewielkich pieniędzy z PPP z powodu opłat i prowizji, było jak najszybsze ich sprzedanie i zamknięcia konta na giełdzie.

KAPITALIZM NIE DLA KAŻDEGO

Tak się kończył sen o kapitalizmie dla każdego. Tak też rozpoczęła się największa porażka w historii III RP. Nazywana też najdroższą. Dziś z ponad 500 przedsiębiorstw państwowych przekazanych do Narodowych Funduszy Inwestycyjnych nie zostało nic. Na pomysł powszechnej prywatyzacji przedsiębiorstw (często w bardzo złym stanie) wpadł rząd Hanny Suchockiej. Autorem projektu jest dzisiejszy komisarz unijny Janusz Lewandowski, wtedy minister prywatyzacji. Za pierwszym razem w 1993 r. ustawa wprowadzająca program nie zyskała większości w Sejmie. Jednak rząd ponowił projekty i po dogadaniu się z SLD Program Powszechnej Prywatyzacji został przejęty. Rząd Suchockiej upadł, do władzy doszedł SLD. Program wprowadzał więc w życie Wiesław Kaczmarek, kolejny minister prywatyzacji.

Dziś program PPP to synonim prywatyzacyjnych przekrętów, spekulacji i niegospodarności. W ostatecznym rachunku NFI, zamiast pomnażać przekazany im majątek państwa, notowały potężne straty. Zarządzane przedsiębiorstwa były wysysane z pieniędzy, upadały, przekazywano je z rąk do rąk. W 2004 r. 130 przedsiębiorstw uczestniczących w programie zostało postawionych w stan likwidacji lub upadłości.

Według danych NIK największe straty przyniósł 1999 r. – ponad 2 mld zł. To nie znaczy, że na NFI nie wyrosły fortuny. Potężne pieniądze – grube setki milionów złotych – zarobiły firmy zarządzające majątkiem NFI. Raport NIK ujawnił, że w sumie do 2003 r. było to 530 mln zł. Winą za to został obarczony Wiesław Kaczmarek – NIK mu zarzucała, że tak konstruował umowy z zarządzającymi NFI, by zarabiali mimo ponoszonych strat. Było to ewidentne złamanie ustawy o NFI. Proceder jednak był kontynuowany. Minister skarbu państwa w czasach rządów AWS Emil Wąsacz robił to samo co Kaczmarek. Bo NFI były dzięki temu cudowną maszynką do wyciągania pieniędzy dla swoich. Bankiem synekur w rozbudowanym systemie kapitalizmu politycznego. Stopniowo NFI poprzez giełdę pozbywały się majątku przekazanego przez państwo. Do 2004 r. sprzedały zdecydowaną większość akcji spółek, które zostały zakwalifikowane do PPP. Dziś funkcjonujące na rynku firmy z nazwą NFI nie mają już nic wspólnego z programem powszechnej prywatyzacji. Ostatecznie NFI zostały zlikwidowane w 2013 r. Reszta ich wartości – kilka milionów złotych – zasiliła budżet państwa. Tak zakończył się nieudany eksperyment gospodarczy. Choć nie brakuje opinii, że nic w tej historii nie wydarzyło się przez przypadek. Że był to zaplanowany i rozpisany na etapy sposób wyprowadzenia majątku państwowego w prywatne ręce.

CIEKAWE

Rydzyk też prywatyzował

Najgłośniejsza afera związana z NFI uderzyła w ojca Tadeusza Rydzyka. I była wynikiem akcji Radia Maryja ratowania Stoczni Gdańskiej. Redemptoryści wzywali swoich słuchaczy, by na ten szczytny cel przesyłali swoje świadectwa udziałowe do Torunia. W ten sposób przez dwa lata ojciec Rydzyk otrzymał prawdopodobnie ponad 600 tys. świadectw udziałowych od wiernych słuchaczy. Papiery te trzeba było zamienić na akcje. Zakonnicy nosili je do biura maklerskiego w torbach turystycznych, były tego kilogramy. Ostatecznie Radio Maryja wybrało spółkę Espebepe. Problem w tym, że firma ta w 2002 r. upadła. A zakon redemptorystów stracił na tym miliony złotych. Nigdy też nie rozliczył się ze zbiórki na ratowanie stoczni.

Okładka tygodnika WPROST: 16/2014
Więcej możesz przeczytać w 16/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także