Rosyjska wojna na górze

Rosyjska wojna na górze

W starciu kremlowskich frakcji nie chodzi o ideologię, stawką jak zawsze są wielkie pieniądze. Tylko zwykli Rosjanie mają wierzyć, że troską władzy jest dbanie o wielkość zbudowaną dzięki zwycięstwu 70 lat temu.

Patriotyzm zobowiązuje. Tak pewnie myśleli rosyjscy urzędnicy, kiedy zdecydowali o niedopuszczeniu do dystrybucji w Rosji filmu „System” (Child 44). Wprawdzie jego akcja rozgrywa się na początku lat 50. XX w. i opowiada o tym, jak były czekista walczy z seryjnym mordercą, ale ktoś uznał, że jest on nie dość patriotyczny. Na ekrany więc nie wejdzie – oficjalnie z powodu zbliżającej się rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem, jak Rosjanie nazywają rocznicę zakończenia II wojny światowej. Patriotyczna histeria, którą zapoczątkowała aneksja Krymu, teraz przeniosła się na grunt historyczny. Wrogami są ci, którzy „podważają znaczenie zwycięstwa nad faszyzmem”. Głównym obrońcą ojczyzny i antyfaszystą jest oczywiście Władimir Putin. Im większe problemy ekonomiczne, tym nakręcanie patriotycznej histerii widoczniejsze. Historyczna retoryka ma oczywiście także czysto polityczny sens. Dla Kremla zakończenie wojny i podział Europy na dwie strefy wpływów to ideał, do którego Putin próbuje dzisiaj powrócić.

Na spójnym przekazie powoli pojawiają się jednak rysy. Za patriotycznymi sloganami kryją się prywatne interesy, pod kremlowskim dywanem trwa walka buldogów. Ścierają się frakcje, których celem nie jest dobro kraju, ale rozstrzygnięcie, kto więcej zarobi. Władza Putina, która z oddali wydaje się monolitem, z pewnością już nim nie jest. A nacjonalistyczna retoryka to opium dla ludu.

WSZYSTKIE WIEŻE KREMLA

Amerykanie mają swoją WikiLeaks. Od niedawna aferę z ujawnianiem kompromitujących dokumentów mają też Rosjanie. W rolę Edwarda Snowdena wcieliła się tajemnicza organizacja Anonimowa Międzynarodówka. Oczywiście waga dokumentów jest zupełnie inna. Rosyjskie media ujawniły prywatne e-maile i SMS-y kremlowskiego urzędnika Timura Prokopienki, byłego kierownika wydziału polityki wewnętrznej administracji prezydenta. Anonimowa Międzynarodówka nie odkryła tajemnic państwa, pokazała jednak, jak Kreml manipuluje mediami i walczy z opozycją. Publikację złożoną z 40 tys. wiadomości zatytułowano „Krótka historia polityki rosyjskiej opowiedziana w SMS-ach”. 34-letni Timur Prokopienko, syn generała KGB, zrobił w aparacie władzy błyskawiczną karierę. Zaczynał w prokremlowskiej młodzieżowej organizacji Młoda Gwardia, by szybko zostać wpływowym urzędnikiem. Z ujawnionych dokumentów wynika, że sterował środkami masowego przekazu w imieniu Kremla. Ale nie tylko. Prokopienko obiecał znanemu komikowi Michaiłowi Gałustianowi tytuł Zasłużonego Artysty Rosji w zamian za noszenie koszulek z podobizną Władimira Putina i popieranie aneksji Krymu. Za to samo gażę otrzymał też amerykański gwiazdor Mickey Rourke. Kremlowski urzędnik zwalniał dziennikarzy, którzy nie dość aktywnie popierali zajęcie Krymu, a nawet zastanawiał się nad konsekwencjami zablokowania portalu BBC. Zrezygnował z tego pomysłu, bo bał się, że Brytyjczycy zablokują telewizję Russia Today. To on naciskał też na sąd, aby zablokować rejestrację opozycyjnej partii Nawalnego.

– Zadziwia małostkowość tej korespondencji i to, że Kreml ręcznie steruje polityką redakcyjną nie tylko wielkich gazet, ale nawet portali internetowych – mówi „Wprost” znany rosyjski politolog Stanisław Biełkowski. Jego zdaniem jest oczywiste, że tajemnicza Anonimowa Międzynarodówka nie istnieje, a wyciek informacji to skutek walk frakcyjnych na Kremlu. – Nie ulega wątpliwości, że celem ataku jest Wiaczesław Wołodin, wiceszef kancelarii prezydenta i człowiek, który wprowadził Prokopienkę do polityki – uważa Biełkowski. Tak samo twierdzi Gleb Pawłowski, który jeszcze kilka lat temu sam był doradcą Putina. – To wojna Władisława Surkowa, odsuniętego od wpływów byłego wiceszefa administracji prezydenta, z Wiaczesławem Wołodinem – potwierdza w rozmowie z „Wprost” Pawłowski, były „technolog polityczny” Kremla. Jego zdaniem to nie jest starcie ideologiczne. Chodzi jedynie o wpływy i pieniądze. Władisław Surkow, obecnie doradca prezydenta, popadł w niełaskę po tym, jak nie umiał sobie poradzić z wiecami opozycji w Moskwie. Wcześniej przez wiele lat był głównym architektem rosyjskiej polityki. To on wymyślił i wprowadzał w życie „suwerenną demokrację”, która polegała na tworzeniu fasadowej demokracji wewnątrz Rosji i przypisaniu jej prawa do ingerencji na terytorium dawnego ZSRR. – Różnica między Surkowem a Wołodinem jest taka, jak między chirurgiem a drwalem. Surkow przeprowadza skomplikowane operacje skalpelem, Wołodin rozwiązuje problemy cięciem topora – tłumaczy obrazowo Pawłowski. Można mu wierzyć, bo jak mało kto zna stosunki panujące na Kremlu.

Złośliwi dziennikarze nazywają kremlowski konflikt „wojną gejów z Czeczenami”. To nawiązanie do rzekomej orientacji seksualnej Wołodina i pochodzenia Surkowa, którego matka jest Czeczenką. Pewne jest to, że spór nabiera rozpędu, a jego ofiarą miał paść już nawet minister obrony Siergiej Szojgu, który popadł w niełaskę u prezydenta. Walka frakcji może mieć też przełożenie na śledztwo w sprawie zabójstwa Borysa Niemcowa. Według publicystki „Echa Moskwy” Julii Łatyniny służby specjalne nie są w stanie zatrzymać winnych śmierci Niemcowa. Zaur Dadajew, były zastępca dowódcy batalionu „Siewier”, najpierw przyznał się do zabójstwa, później ze wszystkiego się wycofał. Wskazany przez niego zleceniodawca morderstwa Rusłan Gieremiejew przebywał w Czeczenii pod ochroną, by po jakimś czasie przez nikogo niezatrzymywany wyjechać do Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Te wydarzenia dodatkowo ośmieliły Ramzana Kadyrowa. Czeczeński przywódca poczuł się do tego stopnia pewny, że nakazał swoim służbom strzelać do wszystkich przedstawicieli sił federalnych. Stało się to po tym, jak rosyjscy milicjanci ze Stawropola zastrzelili w Groznym Czeczena podejrzanego o morderstwo. Kadyrow nie poniósł żadnych konsekwencji swojej arogancji. Ba, nawet nie wycofał się ze swoich słów. Powiedział jedynie, że jest „żołnierzem i sługą Putina”. Zdaniem Julii Łatyniny to tak, jak w czasach upadku starożytnego Rzymu: „formalnie wciąż rządzi imperator, ale faktyczną władzę już sprawują barbarzyńcy”. Może to zbyt daleko idące porównanie, ale Władimir Putin rzeczywiście stał się zakładnikiem walk frakcyjnych.

Nawet w tak scentralizowanym systemie nie wszystko zależy już tylko od prezydenta. Z drugiej strony pękająca od wewnątrz elita władzy na zewnątrz ciągle prezentuje się jak monolit. Skandal wywołany SMS-ami Prokopienki, który w każdym demokratycznym kraju doprowadziłby przynajmniej do spektakularnej dymisji, w Rosji zakończył się niczym. Dlaczego? Bo jest coś, co mimo podziałów nadal cementuje rządzących Rosją: to gigantyczne zyski z korupcyjnego układu władzy. Dla dobrego wrażenia trzeba jednak podlać te machinacje narodowo-patriotycznym sosem.

PATRIOTYCZNE PAMPERSY

Świętować Dzień Zwycięstwa można na różne sposoby. Oryginalny wymyślili znani reżyserzy Nikita Michałkow i jego brat Andriej Konczałowski. 9 maja chcą ogłosić decyzję o budowie sieci restauracji „Jemy w domu”. Ma to być patriotyczna odpowiedź na imperialistycznego amerykańskiego McDonald’sa, który ostatnio nie jest w Rosji lubiany i którego wiele restauracji zamknięto z powodu nagłego „niespełniania norm sanitarnych”. W rzeczywistości chodziło oczywiście o „niepożądane propagowanie amerykańskiego stylu życia”. Widząc takie nastroje, niektóre z sieci fastfoodowych, jak Wendy’s czy Carl’s Jr., chcą się wycofać z Rosji.

W liście do Putina sławni bracia proszą państwo o dotację w wysokości miliarda rubli. Oczywiście inicjatywa ma wyłącznie patriotyczny wymiar. Chodzi o to, by dzięki rosyjskiej kuchni promować rosyjskie wartości. Znany jest nawet dostawca produktów, które mogą być wyłącznie rosyjskiego pochodzenia – ma nim być były mer Moskwy Jurij Łużkow (dodajmy, że nie byłby to pierwszy biznes tej trójki – panowie są już udziałowcami firmy eksportującej diamenty). Pomysł braci reżyserów skrytykowali nie tylko użytkownicy rosyjskiego internetu, proponując Michałkowowi i Konczałowskiemu np. „produkcję patriotycznych rosyjskich pampersów”. Pomysł skrytykował nawet były doradca ekonomiczny Putina Aleksiej Kudrin, sugerując, że chodzi wyłącznie o zarobienie pieniędzy. Wszystko jednak wskazuje na to, że prezydent wyrazi zgodę.

Podobnie było z kompleksem hotelowym w Soczi, który należał do biznesmena Wiktora Wekselberga. Szef państwa zdecydował, że„trzeba go oddać dzieciom”, co w praktyce oznaczało, że państwo odkupiło hotel za ogromne pieniądze. Państwo okazuje gest mimo głębokiego kryzysu. Poziom życia klasy średniej wciąż się obniża, cena ropy nadal jest niska, a inwestorzy zagraniczni opuszczają Rosję. W samej tylko Kałudze zamknięto ostatnio pięć fabryk. Im większe zaś problemy ekonomiczne, tym mocniejsza retoryka nacjonalistyczna. Wiele wskazuje na to, że opowieści o wojnie ideologicznej z Zachodem to głównie retoryka na potrzeby mas. Z ujawnionych ostatnio zeznań podatkowych deputowanych wynika, że wielu z nich nadal ma domy na południu Francji i jest właścicielami firm w rajach podatkowych, chociaż formalnie jest to niezgodne z prawem.

WODZU, NA BERLIN

Mimo kłopotów stosunek Rosjan do władzy się nie zmienia. Poparcie dla Putina jest ciągle na rekordowym poziomie, a patriotyczna retoryka na 9 maja jeszcze je pewnie wzmocni. Zwycięstwo Związku Radzieckiego w II wojnie światowej to nadal kamień węgielny dzisiejszej państwowości, a Władimir Putin jest strażnikiem dobrego imienia Rosji. – Coraz mniej wiadomo jednak, przeciwko komu walczyliśmy w czasie II wojny światowej i kto był naszym sojusznikiem – uważa Gleb Pawłowski. Jego zdaniem można by pomyśleć, że walka toczyła się przeciwko... Amerykanom i banderowcom.

Ta sytuacja prowadzi do schizofrenii. Z jednej strony Kreml jest zdaniem rosyjskiej propagandy jedynym spadkobiercą anty faszystowskiej koalicji z czasów wojny. Równocześnie jednak jest sponsorem europejskich organizacji radykalnie nacjonalistycznych. Niedawno w Petersburgu spotkali się delegaci partii, z których niektóre – jak węgierski Jobbik – ocierają się o faszyzm. A jednak dzisiaj hasło „Berlin nasz” miesza się z hasłem „Krym nasz”. Rocznica historycznego zwycięstwa nad faszyzmem służy wytłumaczeniu obecnej polityki. Jak twierdzi Stanisław Biełkowski, podobna schizofrenia dotyczy stosunku do Zachodu. Z jednej strony rosyjska elita ma domy na Lazurowym Wybrzeżu, posyła swoje dzieci do angielskich szkół, a z drugiej Zachód jest w propagandzie największym wrogiem. Według badań ośrodka socjologicznego WCIOM dla Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia najbardziej przyjaznym narodem dla Rosjan są Chińczycy, najmniej Amerykanie, Ukraińcy i Polacy. Zdaniem Biełkowskiego wszystko jest podporządkowane politycznemu celowi Putina. A jest nim odtworzenie strefy wpływów, tak jak po II wojnie światowej. I z tego powodu również nawiązywanie do zwycięstwa w tej wojnie jest takie ważne. – Putin marzy o powrocie do sytuacji po Jałcie, podziale Europy na strefy wpływu, gdzie Ukraina była zależna od Rosji – uważa Biełkowski.

W medialnym obrazie tych, którzy chcą podważyć zdobycze antyfaszystowskiej koalicji, coraz częściej negatywną rolę odgrywa Polska. Wrażliwość naszej opinii publicznej na wszelkie ruchy ze strony Rosji jest historycznie zrozumiała, lecz sprawia, że łatwo przewidzieć polskie reakcje. Sprawa rajdu motocyklowego Nocnych Wilków wywołała w Polsce medialną histerię. – Nie rozumiem tego – przyznaje Gleb Pawłowski. Jego zdaniem Kremlowi dokładnie o to chodziło. – Przecież przejazd 20 czy 30 motocyklistów nie może być problemem wagi państwowej. Do Rosjan dotarł przekaz, że Polacy nie chcą brać udziału w świętowaniu zwycięstwa nad faszystami, bo sami ich popierają – mówi. Komentator rządowej agencji Ria Nowosti Dimitrij Babicz twierdzi w rozmowie z „Wprost”, że całe zamieszanie tylko umocni przekonanie Rosjan, iż Zachód nie chce świętować zakończenia II wojny światowej. – Dla większości Rosjan będzie to dowód na to, że Zachód nie chce zobaczyć, jak wielką daninę krwi podczas II wojny światowej złożyła Rosja – uważa Babicz. Znów zyska Putin – obrońca godności Rosji.

Prawda jest jednak taka, że Zachód jest od początku na straconych pozycjach, jeśli chodzi o odbiór medialny w Rosji. W obecnej sytuacji każda decyzja może być przedstawiona jako próba agresji czy lekceważenie. 70 proc. Rosjan wierzy we wszystko, co zobaczy w telewizji. Mniejszość, która myśli inaczej, jest marginalizowana i kontrolowana. Aparat państwowy nawet nie musi ingerować. Społeczeństwo rosyjskie kontroluje samo siebie. Do zmiany na szczytach władzy doprowadzić może któraś kolejna wojna na górze, jednak ruchy oddolne i jakiekolwiek bunty mas są dziś zupełnie nierealne. Na razie w piosence, która jest hitem telewizji, Masza Rasputina śpiewa o rosyjskim prezydencie: „Rosja się modli za pana, a pan niech modli się za Rosję”. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

ZDERZENIE KREMLOW- SKICH FRAKCJI

WŁADISŁAW SURKOW twórca putinowskiej młodzieżówki Idący Razem, potem wiceszef administracji prezydenta i szara eminencja Kremla.

WIACZESŁAW WOŁODIN obecny wiceszef kancelarii prezydenta i wicepremier. Uchodzi za bezwzględnego intryganta.

MOSKIEWSKA LISTA NIEOBECNOŚCI

Rosyjskie media z dumą wyliczają, kto pojawi się na obchodach 70. rocznicy zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami, które w tym roku mają być szczególnie uroczyste. Żródła dyplomatyczne w Moskwie utrzymują, że zaproszenie przyjęło 26 przywódców państw. Jako pierwszy przybycie do Moskwy zadeklarował dyktator Korei Północnej Kim Dzong Un, jednak w ostatniej chwili zrezygnował „z powodu napiętego harmonogramu”. Miejsca na trybunie honorowej zajmą za to prezydent Chin Xi Jinping, prezydent Wietnamu Truong Tan Sang, prezydent Indii Pranab Mukherjee. Będą przywódcy dawnych azjatyckich republik ZSRR i kilku innych państw, głównie z Azji i Afryki. Wśród nich takie potęgi jak Kuba, Wenezuela, Zimbabwe. Obecny ma być szef ONZ Ban Ki-moon oraz dyrektor generalna Unesco Irina Bokowa. Prezydenci Chin, Indii i Serbii zabierają ze sobą kompanie honorowe, które będą maszerować na placu Czerwonym. Dla propagandy rosyjskiej znacznie bardziej kłopotliwa jest lista nieobecności, która obejmuje większość przywódców państw szeroko rozumianego Zachodu – od Australii i Ameryki Północnej po Unię Europejską. Jeszcze niedawno mogło się wydawać, że na paradę zwycięstwa uda się przynajmniej kilku polityków z tych państw Europy, które utrzymują z Rosją szczególnie bliskie kontakty. W miarę upływu czasu nadchodziły jednak kolejne rezygnacje. Z powodu ostrej krytyki do pominięcia defilady w programie pobytu w Moskwie zmuszony został prorosyjski prezydent Czech Miloš Zeman. W czasie parady ma się spotkać z obecnym w Moskwie premierem Słowacji Robertem Fico.

W zeszłym tygodniu o pominięciu defilady powiadomił prezydent Węgier János Áder. Do końca nie było wiadomo, jak zachowa się inny przyjaciel Rosji, premier Grecji Aleksis Cipras. Obecności na placu Czerwonym nawet nie rozpatrywała za to większość przywódców państw unijnych, choć w przypadku niektórych to tylko demonstracja nieoznaczająca całkowitej izolacji Władimira Putina (Angela Merkel będzie w Moskwie dzień później). Na uroczystości upamiętniającej ofiary Wielkiej Wojny Ojczyźnianej obecne będą jedynie delegacje niższej rangi lub ambasadorowie. Szczególną przykrość sprawił Moskwie prezydent Aleksander Łukaszenka. 9 maja białoruski sojusznik Putina będzie obserwował własną defiladę zwycięstwa w Mińsku. JG

Okładka tygodnika WPROST: 19/2015
Więcej możesz przeczytać w 19/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0