Przedstawiamy fragmenty książki pt. „Oddajcie nam Jezusa Chrystusa!”, której autorami są Krzysztof Oppenheim – stały współpracownik Wprost.pl, oraz red. Krzysztof Budka. Krzysztof Oppenheim w zaskakujący sposób interpretuje treść ewangelii, twierdząc, że na pamiątkę Drogi Krzyżowej powinniśmy się radować nie mniej niż w okresie Bożego Narodzenia. Tym samym stawia hipotezę iż Kościół Katolicki mocno wypaczył znaczenie ostatnich godzin życia Jezusa, a także niektóre fakty związane z Jego śmiercią. Zapraszamy do lektury i do własnych przemyśleń na poruszone tematy.
Red. Krzysztof Budka: Droga Krzyżowa to z całą pewnością najbardziej znany epizod z życia Jezusa Chrystusa. Pewnie także jedno z najbardziej rozpowszechnionych wydarzeń z historii świata. Czy zgadza się Pan z tą opinią?
Krzysztof Oppenheim: Najbardziej znane wydarzenie, ale jednocześnie słabo rozpoznane… Od setek lat obowiązuje jedna wersja Drogi Krzyżowej, utrwalona przez Kościół, gdzie w wielu miejscach widać poważne sprzeczności.
Skąd taki pomysł i co zatem według pana się nie zgadza?
Podczas Wielkanocy 2024 roku po raz pierwszy w życiu uczestniczyłem, po części z przypadku, w nabożeństwie Drogi Krzyżowej. Obserwując, jak ostatnią drogę Jezusa przedstawia Kościół, stwierdziłem, że nic się nie zgadza. Wtedy właśnie podjąłem mocne postanowienie napisania na ten temat książki. Uznałem bowiem, że Kościół nie tylko bezprawnie przywłaszczył sobie Jezusa, „zmieszał” Jego nauki z inną religią – judaizmem, to na dodatek w dość dowolny sposób interpretuje treść ewangelii, przestawiając fałszywy obraz Syna Bożego. Postanowiłem zająć się m.in. prostowaniem wielu faktów i dogmatów oraz dokonać własnej interpretacji wybranych wypowiedzi i uczynków Jezusa. Za bardzo istotną część pracy intelektualnej nad tekstem Ewangelii uznaję efekt moich rozmyślań na temat Drogi Krzyżowej Syna Bożego.
Opis męki Jezusa w bardzo realistyczny sposób ukazał Mel Gibson w słynnym filmie „Pasja”, obraz ten odpowiada powszechnie przedstawianej wersji Drogi Krzyżowej. Na jakich materiałach, oczywiście oprócz treści Ewangelii i własnych przemyśleń, będzie się opierał Pana wywód?
Nie da się prowadzić rozważań nad tym tematem bez odniesienia do Nowego Testamentu, źródeł historycznych oraz do opinii ekspertów. W swojej „pracy badawczej” musiałem podeprzeć się fachową literaturą. W niniejszej rozmowie będę przywoływał głównie trzy pozycje. Są to: „Historia Chrześcijaństwa. Tom I. Narodziny Chrześcijaństwa” Warrena H. Carrolla (z 1985 roku), „Jezus Chrystus. Biografia” Petera Seewalda (z 2009 roku) oraz „Rozmowy Jerozolimskie. Dlaczego zginął Mesjasz?” autorstwa ks. prof. Waldemara Chrostowskiego i Pawła Lisickiego (z 2024 roku). Znajomość tła historycznego oraz spojrzenie na tę kwestię oczami tak wybitnych autorytetów nie oznacza jednak, że zgadzam się z ich wersją wydarzeń, która nie różni się znacząco od tej powszechnie obowiązującej.
Wróćmy więc do naszej poprzedniej rozmowy. Zakończył ją Pan sensacyjnie brzmiącym przypuszczeniem, iż Jezus podczas Drogi Krzyżowej i całej swojej męki wcale nie cierpiał. Skąd taki wniosek?
Jak Pan pamięta, w mojej interpretacji Ewangelii dominuje matematyka, a ta nauka nie dopuszcza współistnienia sprzeczności. Skoro Bóg jest nieskończonym Dobrem, nie mógł swego Syna skazywać – z pełną premedytacją – na tak straszliwe cierpienia. Trzymając się treści Słowa Bożego, powołam się na tę frazę: „Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego", znane nam z Ewangelii św. Łukasza (Łk 1, 37). Jeśli Pan Bóg mógł wskrzeszać zmarłych, uzdrawiać niemych, głuchych i sparaliżowanych, także leczyć na odległość, to „odcięcie” Jezusa od ośrodka bólu nie było dla Stwórcy trudnym zadaniem. Jezus – mimo tak wielu zadawanych Mu ran – nie cierpiał, bo nie odczuwał bólu. Taki obraz Boga jest w pełni spójny, w przeciwieństwie do wersji przedstawianej nam przez Kościół. Z drugiej zaś strony, tak spektakularne zakończenie życia Jezusa było przez Boga bardzo szczegółowo zaplanowane. Zamierzony efekt został osiągnięty. Wrażenia naocznych świadków tego makabrycznego spektaklu z pewnością pozostały w pamięci widzów na zawsze. Bardzo silnie działają także na naszą wyobraźnię, mimo iż od tego wydarzenia minęło prawie 2000 lat. To także część Planu Bożego.
Z ludzkiego punktu widzenia rzeczywiście trudno uwierzyć, by ktoś był w stanie to wszystko przetrwać. Najpierw biczowanie – wyjątkowo okrutna kara w wykonaniu Rzymian.
Zacznijmy od tej kwestii: nie możemy do domniemanych cierpień Jezusa podchodzić wyłącznie z ludzkiej perspektywy. Przecież jako Syn Boży, był On także Bogiem, który przybrał ludzką postać jedynie na czas swojej ziemskiej misji. Uszanujmy więc Jego boskość: z pewnością nie miał On do czynienia z ludzkimi dolegliwościami typu zgaga, czy katar sienny. Na podobnej zasadzie możemy uznać, że mógł On nie odczuwać bólu fizycznego, bowiem Stwórca na pewno tę kwestię przewidział.
Czytaj też:
Poruszający gest papieża przed Wielkanocą. Tego nie widziano od lat
Wróćmy jednak do ostatnich godzin z życia Jezusa. W tym miejscu oddam głos ks. prof. Włodzimierzowi Chrostowskiemu z cytowanej wcześniej książki:
„W przekonaniu Piłata (…) biczowanie – to prawda, że bolesne i krwawe – mogło być sposobem na ocalenie Jezusa. Piłat liczył, że ponieważ była to kara bardzo surowa – trzydzieści dziewięć razów rzemieni zakończonych kawałkami zwierzęcych kości – zatem lud odstąpi od (…) zadawania Jezusowi dalszych cierpień, a więc i od ukrzyżowania Go. Wielu skazanych nie przeżywało kary biczowania”.
Podobny, makabryczny obraz biczowania Jezusa znajdujemy w „Historii Chrześcijaństwa. Tom I”, cytuję:
„Piłat, w nadziei, że wzbudzi litość tłumu (…) nakazał, aby wymierzono Jezusowi sześćdziesiąt batów biczem rzymskim, który składał się z potrójnego rzemienia zakończonego ołowianymi lub kamiennymi kulkami. Po ubiczowaniu, żołnierze „ukoronowali” Jezusa czepcem uplecionym z ciernistych gałęzi; kolce wbijające się w głowę zadały Jezusowi około dwudziestu szerokich ran”.
Nie ma w tym wypadku znaczenia, czy Jezusowi „zaaplikowano” 39 czy 60 batów, z pewnością było to – dla każdego człowieka – niewiarygodne cierpienie. A przecież był to dopiero początek… Jeśli więc przyjmiemy wersję, że Jezus odczuwał ból, dajemy potężną oręż wrogom naszej wiary, którzy dość często szafują argumentem, że Bóg, który skazuje własnego Syna na takie cierpienia, jest sadystą. Moja hipoteza, iż Syn Boży wcale nie cierpiał, nie tylko jest w pełni spójna z obrazem Boga znanym nam z Ewangelii, ale na dodatek obala tak mocny i sensownie brzmiący zarzut.
Jak powszechnie wiadomo, Sanhedryn nie ulitował się nad Jezusem i po biczowaniu. Jezus i tak miał zakończyć swój żywot na krzyżu. Droga Krzyżowa wymagała od skazańca niesienia krzyża. Opinie znawców tematu wskazują na to, że Jezus niósł tylko belkę poprzeczną, całego krzyża raczej nie dałby rady udźwignąć. Choć najczęściej Kościół to przedstawia inaczej, mowa tu m.in. o sztuce sakralnej. Na słynnym obrazie El Greca „Chrystus niosący krzyż” – także widzimy Jezusa z „pełnym” krzyżem na plecach. Podobnie jest w filmie Gibsona: filmowy Jezus, w którego rolę wcielił się James Caviezel, także niesie cały krzyż.
Poddając analizie scenę, kiedy po biczowaniu Jezus ma zanieść swój krzyż na miejsce stracenia, odwołajmy się do wymienionych wcześniej opracowań. Narzuca się pytanie: jakiej wielkości i wagi miał być krzyż, na którym skończył żywot Syn Boży? Cytując Petera Seewalda:
„Badania całunu turyńskiego skłoniły do wysnucia przypuszczenia (…), że w tym wypadku chodzi o krzyż składający się z 2 części, liczący sobie 2,80 metra wysokości i 125 kilogramów wagi”.
Widzimy więc, że obraz znany nam z „Pasji” jest wymysłem reżysera. Nie wiem, czy nawet współczesny strongman przeniósłby na swoich barkach taki ciężar na odległość około 500 metrów, na dodatek pod górę. A oto jak ostatnią drogę skazańców opisuje Warren H. Caroll:
„W starożytności ukrzyżowanie było najokrutniejszym sposobem odebrania życia – najboleśniejszym i najbardziej poniżającym. (…) Słupy osadzano w miejscu egzekucji, a skazańca odzierano z ubrania i zmuszano, aby dźwigał na miejsce straceń 50-cio kilogramową poprzeczną belkę”.
Oczywiste jest więc, że Jezus mógł nieść ze sobą jedynie belkę poprzeczną, zgodnie z Pana sugestią. Ale również ta wersja jest całkowicie niewiarygodna.
Czytaj też:
Czy katolik może kupić mięso w piątek? „Spowiednik gwiazd” wyjaśnia wątpliwości
Gdzie tym razem dostrzegł pan sprzeczność?
Możemy się domyślać, że w owym czasie nigdy obu kar nie stosowano jednocześnie. Czyli albo było biczowanie, albo ukrzyżowanie skazańca. Jezusowi, dzięki „litościwemu” Piłatowi, zaaplikowano obie kary. Po biczowaniu, które nierzadko kończyło się śmiercią, samo przejście odległości 500 metrów wydaje się niemożliwe, szczególnie, że Golgota znajdowała się na wzniesieniu. A co dopiero z ciężarem na plecach około 50 kilogramów? Ale skoro miało to miejsce – znamy bowiem tę scenę ze wszystkich czterech Ewangelii – jest to kolejny dowód na boskość Jezusa. Żaden człowiek nie miałby najmniejszych szans na pokonanie tej odległości z potężnym ciężarem na plecach. Nawet przy pomocy osoby trzeciej, bo – jak wiemy – do Drogi Krzyżowej Syna Bożego dołączył i pomagał Jezusowi Szymon Cyrenejczyk.
Niektórych może nieco dziwić fakt, że Jezus w pewnym sensie „współpracował” ze swoimi oprawcami. Gdyby odmówił niesienia krzyża, prawdopodobnie Rzymianie zakatowaliby go na śmierć w sposób – jeśli można się tak wyrazić – mniej okrutny i szybciej by zmarł. Dlaczego pana zdaniem Chrystus tak się nie zachował?
Z ludzkiego punktu widzenia, po biczowaniu Jezus Chrystus był bardzo bliski śmierci. A mimo to – jak Pan to nazwał – „współpracował” ze swoimi oprawcami, podejmując się przejścia na miejsce ukrzyżowania z potężnym ciężarem na barkach. Żaden człowiek w ten sposób by się nie zachował, choćby z braku siły na tak ogromny wysiłek fizyczny.
Jaką zatem miał motywację Syn Boży skoro – jak Pan zauważył – z całych swoich sił „współpracował” ze swoimi oprawcami? Otóż, zgodnie z Planem Bożym Jezus miał swój ludzki żywot zakończyć na krzyżu, a nie jako zakatowany przez Rzymian skutkiem biczowania. Musiała to być śmierć znacznie bardziej spektakularna. Jezus nie mógł zawieść swego Ojca, dzięki któremu zyskał „supermoce” i mógł dotrzeć na miejsce ukrzyżowania. Skoro był w tak opłakanym stanie, na dodatek z ciężarem na barkach, musiał to być dlań naprawdę ogromny wysiłek – mimo Bożej pomocy. Zadane rany i upływ krwi były wszak prawdziwe.
Jezus dociera na Golgotę. Zgodnie z Pana hipotezą: wykonał swoją misję, dotarł na miejsce straceń, gdzie wkrótce zostanie ukrzyżowany – tak, jak zaplanował to Bóg. Czy to koniec „pracy” Jezusa na tym etapie?
Z treści Ewangelii wiemy, że nie. Kiedy Jezus już znajduje się na krzyżu, nie umiera w milczeniu. Dzieje się. Znane nam z czterech Ewangelii opisy, znacząco różniące się między sobą, warte są wysiłku intelektualnego, aby zrozumieć ostatnie przesłania, które niosą za sobą słowa wypowiedziane przez Jezusa. Warto też rozpoznać te treści, które znamy z „powszechnie obowiązującej wersji” – a na pewno nie miały miejsca. Jak wspominałem, końcowe godziny Jezusa opisane przez Ewangelistów zawierają sprzeczności, dlatego i te kwestie zdecydowałem się dokładniej rozpoznać, m.in. przez szukanie fałszu w relacjach autorów Ewangelii.
Czytaj też:
Polacy idą 100 km w nocy. Bez tego Wielkanoc się nie liczy
Zatem który Ewangelista najbardziej, według Pana, odszedł od prawdy?
Święty Łukasz. Pod jego relacją z ostatnich godzin życia Jezusa powinien być podpis: „treść zawiera lokowanie produktu”. Tym „produktem” są oczywiście wartości chrześcijańskie.
Które zatem fragmenty Ewangelii św. Łukasza budzą Pana wątpliwość?
Na pewno ten o Rzymianach – oprawcach Jezusa (Łk 23, 34):
„Jezus mówił: «Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią». Potem rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając losy”.
Żadna z pozostałych trzech Ewangelii nie przytacza tej wypowiedzi Jezusa, w której św. Łukasz jakby promuje rezygnację z prawa odwetu: czyli bardzo ważną część nauk Chrystusa, tak skrajnie różniącą się od tego, czego uczył judaizm. W świetle całości treści opisów życia Jezusa, znanych nam właśnie treści Ewangelii, Syn Boży jakby w ogóle nie zauważał Rzymian, nie traktował ich jak wrogów, starał się jedynie nie wchodzić im w drogę. Cały przekaz Syna Bożego kierowany był do Żydów i dotyczył Żydów, ich religii, porównania judaizmu z wartościami, które głosił Jezus. To są jednak wyłącznie moje domniemania. Natomiast inny opis znany nam z Ewangelii Łukasza na pewno nie ma nic wspólnego z prawdą. Chodzi o „rozmowy skazanych na krzyżu”, jakie toczą się między Jezusem a dwoma złoczyńcami, którzy zostali wraz z Nim ukrzyżowani.
Dlaczego zatem według pana to wydarzenie, które weszło powszechnie do kanonu chrześcijaństwa, nie mogło mieć miejsca? Nigdy z tak zaskakującą hipotezą się nie spotkałem.
Zajrzyjmy najpierw do pozostałych Ewangelii. Nic nie ma na ten temat w Ewangelii św. Jana. W dwóch pozostałych czytamy:
„Także i ci, co z nim byli ukrzyżowani, urągali mu” (Mk 15, 32), oraz
„Tak samo urągali mu złoczyńcy, którzy z nim razem byli ukrzyżowani” (Mt 27, 34).
Czyli mamy tu oczywistą sprzeczność relacji. Ale są jeszcze inne – i to aż trzy – „twarde” dowody, że opisane przez św. Łukasza „rozmowy skazanych na krzyżu” nie mogły mieć miejsca. W tym miejscu zapraszam czytelników do samodzielnego wysiłku intelektualnego: dlaczego scena opisana przez św. Łukasza na pewno się nie wydarzyła? Rozwiązanie tej zagadki przedstawię w następnej rozmowie.
Ciekawym wątkiem, przez wielu chrześcijan źle rozumianym, są słowa, jakie Jezus wypowiedział na krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Mt 27, 46). Wiele osób wnioskuje z tej wypowiedzi, że Jezus tuż przed śmiercią miał chwilę słabości i jakby zwątpił w swoją misję i Ojca.
To interpretacja najgorsza z możliwych! Zacytujmy tu fragment opracowania „Jezus Chrystus. Biografia” Petera Seewalda:
„Te ostatnie słowa Jezusa (…) są modlitwą, jest to pierwszy werset Psalmu 22, to wielka lamentacja Izraela, i w tej godzinie odnosi się do losów Jego narodu”.
Przypomnijmy zatem, że zebranie psalmów – i autorstwo wielu z nich – judaizm i tradycja żydowska przypisywała królowi Dawidowi. Jeśli więc uznamy przez domniemanie, że słowa te (z Psalmu 22) wypowiedział właśnie Dawid, to na krzyżu, tuż przed męczeńską śmiercią, Jezus jakby na pytanie Dawida prześmiewczo odpowiedział. W ten oto sposób: „zobacz, co twój naród zrobił z Synem Bożym. Czy teraz już wiesz, dlaczego Bóg opuścił Żydów?”.
Ale jest też inny argument, który potwierdza, że Jezus nie zwracał się do Boga tymi słowy, tylko jakby w imieniu osoby trzeciej. Przecież dla Jezusa Bóg był Ojcem. W każdym innym przypadku, kiedy Jezus zwraca się do Stwórcy, zaczyna zdanie od „Ojcze”, a nie od „Boże”. Taką samą mamy sytuację, kiedy syn lekarza zwraca się do swego rodzica „tato” lub „ojcze”, a nie w formie „panie doktorze”.
Ostanie słowa Jezusa: „Wykonało się!” są kolejnym potwierdzeniem wniosku z naszej rozmowy, że męczeńska śmierć Chrystusa była częścią Bożego Planu. Oraz że misja Jezusa – jego żywot i działalność na ziemi – zakończyła się pełnym sukcesem. „Plan został wykonany” – tak pewnie brzmiałyby dziś ostatnie słowa Jezusa.
Prawdziwość tego wniosku widać w bardzo wielu momentach, wszak wiele dowodów przedstawiliśmy w naszych rozmowach. Tego samego zdania jest Peter Seewald, oto jego słowa:
„Jezus zrobił wszystko, aby wykonać zamierzony projekt po swojej myśli. Cały Jego plan zorientowany został na święto Paschy w roku 30”.
Ten Boży Plan został opracowany z iście zegarmistrzowską precyzją: misja Jezusa była „wyrysowana” co do dnia! Mowa tu m.in. o Jego męczeńskiej śmierci, która musiała mieć miejsce konkretnego dnia, w konkretnym miejscu: w Jerozolimie podczas święta Paschy w roku 30.
Zatem ostatnie, bardzo ważne pytanie w tej części: co wniosła śmierć Jezusa – skoro był to Boży Plan?
Ze śmiercią Jezusa wiąże się także Jego zmartwychwstanie, które z pewnością można uznać za początek chrześcijaństwa. Pan Bóg „przechytrzył” Żydów, którzy z religii i wiary zrobili sobie narzędzie władzy i drogę do bogactwa. Ostatnie trzy lata życia Jezusa były dowodem, że żydowscy kapłani, którzy powoływali się na służbę Bogu, naprawdę czcili szatana. Od 2000 lat wie o tym cały świat. Plan Boży – i jego skuteczne wykonanie przez Jego Syna – rzucił bardzo ostry cień na judaizm. Misją Jezusa było nie tylko stworzenie podwalin do całkiem nowej religii, ale udowodnienie, iż judaizm jest religią fałszywą. Że nie ma w niej Boga.
Inne przesłanie wynikające z Bożego Planu pozostaje wciąż aktualne: najgorszym wrogiem zła jest prawda. Największe ryzyko ponosi ten, kto nie boi się jej głosić. Od 2000 lat w tej kwestii nic się nie zmieniło.
Dlatego też, skoro Jezus tak idealnie wypełnił Swoją misję, na pamiątkę Drogi Krzyżowej powinniśmy się radować nie mniej niż w okresie Bożego Narodzenia. I tak powinien tę kwestię przedstawiać Kościół: jako dzień wielkiego zwycięstwa Boga i Jezusa Chrystusa nad szatanem, nieskończonego Dobra nad złem. Jako dzień, który okazał się jednocześnie narodzinami chrześcijaństwa. A jeśli już w czasie Drogi Krzyżowej lamentować, to nie nad męką Chrystusa, tylko nad okrutną naturą człowieka, która w ostatnich godzinach życia Jezusa tak wyraziście się objawiła.
Książka pt. „Oddajcie nam Jezusa Chrystusa!” ukaże się pod koniec 2026 roku. Będą to 22 rozmowy na temat Jezusa Chrystusa, Boga i wiary. Ewangelia i Stary Testament czytane całkiem na nowo, pozbawione narracji znanej nam z nauk Kościoła, w tym walka ze wszystkimi dogmatami tegoż. Autorami książki są Krzysztof Oppenheim i Krzysztof Budka. Przedstawiony tekst to fragmenty rozdziału „Rozmowa nr 6. O Drodze Krzyżowej inaczej”.
Czytaj też:
Tych „grzechów” nie wyznawaj podczas spowiedzi. Znany ksiądz stworzył listęCzytaj też:
Obchody Wielkiego Tygodnia zagrożone. To pierwsza taka sytuacja w historii
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
