Polowanie na Polaka

Polowanie na Polaka

Rosjanie kręcą polakożercze filmy podobne do tych, które robili hitlerowcy i komuniści
Kreml płaci, Kreml wymaga. Usłużni filmowcy kłaniają się w pas, biorą gigantyczne zaliczki i kręcą polakożercze agitki. Władimir Chotinienko pracuje nad epopeją "1612" o krwawej rozprawie z "polskimi okupantami", którzy rzekomo próbowali osadzić na tronie córkę Borysa Godunowa. Film powstaje na bezpośrednie zamówienie Władysława Surkowa, odpowiedzialnego w ekipie Putina m.in. za sprawy ideologiczne.Na Ukrainie za rosyjskie pieniądze Władimir Bortko kręci kolejną ekranizację "Tarasa Bulby". Antypolska wymowa powieści Mikołaja Gogola została jeszcze podkręcona przez scenarzystę. Daje kronikę kozackiego powstania w latach Polski szlacheckiej i wzywa cara do zjednoczenia wszystkich narodów słowiańskich pod rosyjską hegemonią. Polacy w niej to zdrajcy, oszuści albo po prostu okrutnicy. Przypomina nam to najczarniejszą propagandę filmową z czasów wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. i hitlerowskie ataki na "słowiańskich podludzi" znad Wisły.

Powtórka z rozrywki
Zdaniem Szamila Idiatullina, dziennikarza rosyjskiej gazety "Kommiersant-Włast'", szykuje się wielki komercyjny sukces, bo "1612" będzie skrzyżowaniem kina akcji, melodramatu, a nawet fantasy - bo i jednorożec bierze udział w ratowaniu Matuszki Rossii przed Polakami. Pokazanie naszych wojsk jako dzikiej bandy grabieżców nie jest jednak nowym pomysłem. - Nakręcony jeszcze za cara, w 1913 r., niemy film "300 lat panowania domu Romanowów" silnie eksponuje wątek napaści polskich wojsk na Rosję - mówi Grażyna Grabowska, która w warszawskim kinie Iluzjon organizuje przegląd propagandowych filmów antypolskich. - Nasi żołnierze są tu nieposkromieni w szale niszczenia i palenia - mówi.
- Naprawdę polakożercze produkcje trafiły na ekrany jednak dopiero podczas wojny polsko-bolszewickiej - podkreśla historyk filmu Jerzy Maśnicki. Wśród twórców najbardziej zajadłych paszkwili byli tak sławni reżyserzy jak Lew Kuleszow (autor "Na czerwonym froncie", 1920), a w postacie bolszewików gromiących Polaków wcielał się sam Wsiewołod Pudowkin ("W dni walki", 1920, czy "Sierp i młot", 1921). Większość produkcji opiewała zażartą nienawiść między polskim ludem, nastawionym rewolucyjnie i komunistycznie, a "polskimi panami", którzy znęcają się nad chłopami i wyzyskują robotników.
Ten rodzaj kina był w Związku Sowieckim żywy przez kolejne czterdzieści lat! Według Rafała Marszałka, autora "Filmowej pophistorii", szczególnie haniebny był obraz "Marzenie" Michaiła Romma (autora słynnego "Zwyczajnego faszyzmu"). Na ekrany wszedł w 1943 r., ale zdjęcia rozpoczęto niedługo po wkroczeniu wojsk sowieckich do Polski w 1939 r. - mówi Marszałek. Aneksja Polski przez Rosjan jest tu nazwana połączeniem ziem ukraińskich. Zdaniem Grażyny Grabowskiej, najbardziej antypolski film sowiecki powstał dopiero w roku 1958. Były to nakręcone na Białorusi "Czerwone liście" Władimira Korsz-Sablina, których akcja rozgrywa się jesienią 1936 r. na Kresach Wschodnich. Rzeczpospolita pokazana jest tu jako kraj, którego mieszkańcy nienawidzą imperialistycznej, kapitalistycznej władzy i wszystkiego, co polskie. - Nie do wiary, że tyle lat po śmierci Stalina kręcono takie monstrualne obrazy - przyznaje Grabowska.

Polak niesie grabież i zniszczenie
Robotnicy mieszkają w chlewach pospołu ze świniami, szaleje tyfus, nędzarze na hałdach biją się o kawałki węgla - to już Polska widziana oczami innego wroga: Niemiec. "Kraj pod krzyżem" Ulricha Kaysera (1927) uświadamiał widzom, jak bardzo stoczył się Górny Śląsk po oddaniu go Polsce - opowiada Jerzy Maśnicki. W tym samym roku skandal wywołała "Płonąca granica" Ericha Waschnecka. Pokazywała polskie wojsko wkraczające do niemieckiego dworu, gdzie zaczyna się orgia pijaństwa i gwałtów. Polacy tańczą kazaczoka na stołach, a wyglądają jak kałmuckie bandy czerwonoarmistów.
- Falę antypolskich filmów wywołały powstania śląskie. To była niemiecka odpowiedź na straty terytorialne - uważa Maśnicki. - Na przykład film "Płonący kraj" Heinza Haralda (1921) premierę miał w przededniu plebiscytu i udowadniał, że tylko Niemcy są w stanie ocalić Śląsk przed polską anarchią. Hasłem przewodnim tych produkcji było zawołanie "Polak niesie nam grabież i zniszczenie!".
Dla bolszewików Polak był synonimem burżuja, kapitalisty i wyzyskiwacza. Dla Niemca odwrotnie - symbolem wschodniej dziczy, pijanym rabusiem i analfabetą z azjatyckiej czerni dobijającej się do wrót cywilizowanej Europy. O ile na początku lat 20. niemieckie prowokacje przechodziły bez echa, o tyle kilka lat później protestowali już polscy dyplomaci. Niemcy raz się uginali (cenzura wstrzymywała projekcje), innym razem ignorowali skargi. Co ciekawe, po dojściu Hitlera do władzy propaganda antypolska w kinie osłabła. Wybuch II wojny światowej zakończył jednak ostatecznie okres odprężenia.
Szczytem nazistowskiej propagandy był niesławny film "Powrót" (1941) Gustava Ucicky'ego, oparty na antynomii: nadczłowiek rasy nordyckiej i prymitywny słowiański podczłowiek. - W niemieckich filmach nacisk położony był na czynnik rasowy i etniczny - mówi Waldemar Piątek, dyrektor Filmoteki Narodowej. - Zazwyczaj eksponowały stereotyp Polaka lenia, warchoła, sadysty, prymitywa i brudasa, niezdolnego do twórczego działania - dodaje. Zdaniem Kristine Kopp, amerykańskiej filmoznawczyni, nawet w słynnych "Nibelungach" Fritza Langa (1922-1924), kiedy dzikie plemiona wypełzają z nor, by najechać ziemie germańskie, mamy do czynienia z aluzją do inwazji słowiańskich brudasów na bogaty niemiecki Zachód.

Kac po Holocauście
Po II wojnie światowej antypolska propaganda w dawnym nazistowskim czy wczesnobolszewickim stylu stała się rzadkością. Źli Polacy jednak nie wyginęli, tylko z kapitalistów albo podludzi zmienili się w antysemitów. W dużej mierze stało się tak za sprawą wpływowego Claude'a Lanzmanna, który "Korczaka" i "Ziemię obiecaną" Andrzeja Wajdy uważa za dzieła antysemickie. Jego "Shoah" (1985), dziewięciogodzinny film dokumentalny, gromadził relacje świadków i współsprawców Holocaustu. Francuski dziennik "Libération" podsumował treść filmu słowami "Polska na ławie oskarżonych". - To, co Lanzmann pokazał na ekranie, było prawdziwe - zauważa znawca kina historycznego Rafał Marszałek - ale niepełne. Nie można mu zarzucić, że manipulował wypowiedziami rozmówców, ale po prostu nie zapisał na taśmie wypowiedzi o innej wymowie.
Film Lanzmanna zachęcił twórców fabuł do budowania stereotypu Polaka antysemity. Tak było między innymi w "Wyborze Zofii" Alana J. Pakuli (1982). Inna sprawa, że podatny grunt dla tego typu produkcji przygotował już wcześniej Jerzy Kosiński książką "Malowany ptak" (1965) - zmyśloną opowieścią o okrucieństwach polskich chłopów wobec Żydów (co nie oznacza, że takich okrucieństw nie było). Być może nastawienie Hollywood zmieni się wkrótce dzięki planowanemu filmowi o Irenie Send-lerowej, Polce, która uratowała podczas wojny więcej Żydów niż Oskar Schindler, upamiętniony filmem Spielberga.

Polak Polsce wilkiem
Łatwo wytykać Niemcom czy Rosjanom skłonności do polakożerstwa, znacznie rzadziej pamięta się w Polsce o tym, jakie zasługi w obrzydzaniu własnego kraju mieli sami Polacy. - Wszystkie polskie filmy opowiadające o naszej historii lat 1945-1947 są ideologicznie zakłamane - z goryczą podkreśla historyk Andrzej Kunert. - Jeśli chodzi o II wojnę światową, to zafałszowana jest większość produkcji - dodaje. Nawet tak dobrze przyjmowane przez widzów filmy, jak "Kolumbowie" czy "Popiół i diament", to jawne fałszywki. Zdaniem Kunerta, to po prostu paszkwile na Armię Krajową. Czy jednak mogło być inaczej, skoro polską kinematografię po 1945 r. budowano rękami sowieckich propagandzistów i ich wiernych polskich uczniów? Zapomniane dziś komunistyczne klasyki Wandy Jakubowskiej, takie jak "Żołnierz zwycięstwa" (1953) czy "Ostatni etap" (1948), fałszowały historię nie gorzej od zagranicznych. Ten ostatni film na długie lata wypaczył obraz życia w Auschwitz. Jak zauważyła Maria Dąbrowska, w filmie Jakubowskiej wszystkie pozytywne postaci wśród więźniarek to Rosjanki i komunistki, role kanalii zarezerwowano zaś dla Polek.
Z edukacją historyczną byłoby w Polsce nieco lepiej, gdyby telewizja publiczna częściej przypominała haniebne obrazy opowiadające o podłych polskich burżujach i mieszczańskich sabotażystach. Koniecznie z informacjami, który film był zamówiony przez wojskowe biuro propagandy, a który inspirowany przez UB.
Oby zwiastunem zmian stała się premiera filmu "Katyń" Andrzeja Wajdy. Nestor polskiego kina może nim pokazać, że przeszedł długą drogę od opowieści o generacji niezłomnych komunistów ("Pokolenie"). Inaczej trudno będzie się oburzać na propagandę Rosjan czy Niemców, którzy zawsze mogą powiedzieć, że ich wymysły to nic w porównaniu z tym, co sami o sobie nakręciliśmy.
Okładka tygodnika WPROST: 16/2007
Więcej możesz przeczytać w 16/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 16/2007 (1269)


ZKDP - Nakład kontrolowany